niedziela, 20 lipca 2014

008. trening

koń: On Top Of the World
dżokej: William Allen

Willciam cały czas plątał mi się pod nogami już od samego rana. W końcu niemal nie straciłam moich jakże przepięknych ząbków i zdecydowałam, że Allen musi jak najszybciej wyjść ze stajni. Jedynym ogierem, który nadawał się pod jego skrzydła wydawał się Topek, ponieważ Moon Child nadal był dzieciakiem, który przeważnie chodzi bardziej przy mamusi niż przy ojcu. Poza tym treningi o tak wczesnej porze były niesamowitą sprawą. Przede wszystkim mogłam spokojnie przyjrzeć się wyścigowcowi i temu jak jest przygotowany do czekających go gonitw. Ba, mamy nadzieję, że wystawimy go w nagrodzie Cheltenham, kiedy to grubasek przybiera na wadze. 
Niemniej jednak wcisnęłam niezadowolonemu brunetowi jego własny sprzęt, przy czym musiał konia przede wszystkim rozgrzać. Nie chciało mi się bawić z rana w kłusowanie w maszynie, ponieważ zwyczajnie nie było na to czasu. Miałam ochotę nasmarować zwyczajnie ogiera maścią rozgrzewającą. Niebywale denerwowało mnie to, iż cały czas się ziębił, ale oczywiście potem mógłby być problem z ewentualną próbą antydopingową, a aż tak ryzykować nie należy. Teraz właściwie Allen miał dwa razy więcej pracy. Niewybiegany koń jest rzeczą wymagającą niesamowitej cierpliwości, a on zwyczajnie jej nie miał.
Słońce leniwie podnosiło kurz w boksie, kiedy chłopak szybko siodłał swoje dziecko. Wysoka temperatura skłaniała do wyścigowej gąbki i ścierki w jakże mocnym odcieniu żółci. Nie powiem, że Willciam ma wyczucie w takich sprawach, lecz tym razem Topek wyglądał naprawdę porządnie. Jeszcze raz należało sprawdzić nogi, przy czym chłopak zrobił to nieco wolniej niż zwykle, byleby mi nie podpaść. Każdą ranę czy strup traktowałam jako błąd człowieka. Inaczej. Każda rana niosła za sobą strach. Chyba każdy tak ma, jeśli  chodzi o jego wychowanka. Ogier wręcz nienawidził schodzenia poniżej  własnych kolan, dlatego też cały rytuał wyglądał przezabawnie. Allen odsuwał się niemal na wyciągnięcie ręki. Jego sposób budził niemałe wątpliwości, niemniej jednak był wyjątkowo skuteczny. Nie mam pojęcia skąd brała się ta wrażliwość u konia. 
- Willciam, zostaw go już - mruknęłam cicho, gdy próbował przejechać po tylnej pęcinie. - Posmarujesz go po prostu glinką po karmieniu.
Gdy brunet dotknął jego tylnej nogi, Topek gwałtownie wyrwał ją i szybkim ruchem skierował w stronę Allena.
- Weź bat - prychnęłam ogierowi w chrapy.
Nie przepadałam za posługiwaniem się takimi pomocami, lecz najwyraźniej było to niezbędne. Przede wszystkim chodziło o sam efekt dźwiękowy, przy czym duża część dżokei w ten sposób nadużywała przemocy wobec tych delikatnych zwierząt. Brunet wrócił zaraz z własnym, obwiązanym błękitną tasiemką batem. Różnił się przede wszystkim grubością i elastycznością od chucherkowatych palcatów sportowych. Taki tutaj wcale by nie pomógł.
Podsadziłam Williama już w boksie. Topek na zewnątrz potrafił skakać od płotu do kolejnego, a tak w stajni nie miał zbyt wiele miejsca na takie sztuczki. Szczególnie, że Allen uwielbiał się popisywać, jeżdżąc bez strzemion. Idiota.
Poranek zaskakiwał wilgotnością i zimnem. Tuż nad powierzchnią ziemi unosiła się biała mgła. Niemal jak rozlane mleko. 
- Willciam, może wolałbyś pojechać na oklep? - uśmiechnęłam się delikatnie.
Dopiero teraz brunet jakby obudził się jeszcze z porannego snu. Po chwili zorientował się, że czekam na odpowiedź.
- Dlaczego śpisz mi na koniu, hm? - bałam się o chłopaka.
- Widzisz on też drzemie! Po prostu idealnie się dopełniamy - koń jakby zarżał na potwierdzenie.
Poklepałam kasztana po szyi, a ten uciekł w bok od mojej ręki.
- Dlaczego właściwe nie bierzemy udziału w Derby? - William znowu odpłynął gdzieś myślami.
Więc o to chodziło. Żadne z nas. Nikt ze stajni wyścigowej nigdy nie pojechał w dniu gali. Chyba każdy o tym marzył. Wszyscy chcieli wygrać.
- Will, po pierwsze nie mamy koni z rocznika 2011...
- A po drugie? - przerwał mi.
Zamilkłam. Nie miałam pojęcia, co mogło znaleźć się w drugim punkcie. William źle to odebrał.
- Więc za rok pojedziesz ty lub Kyle - ruszył kentrem do przodu przez wjazd na tor.
Wciągnęłam zimne powietrze, by przyjemnie rozlało się po ciele. Allen nie wziął nawet instrukcji jak jechać. 
- Dwa okrążenia rozgrzewki i trzecie galop! - krzyknęłam.
Tylko to mogło zagwarantować lepsze wyniki w gonitwach, w których Topek brał udział. Koń dreptał twardo po głębokim piachu nadal w stępie. Tylko tysiąc metrów szarpaniny, po czym ogier wyrwał mocno do przodu. Allen nadal był bez strzemion. Usłyszałam głośne przecięcie powietrza przez bat, po czym ogier odskoczył na wewnętrzną bandę, przygniatając do niej bruneta.
- Spokojnie, tylko spokojnie - mruczałam.
W kłusie chłopak nadal siedział w siodle, próbując nieco rozluźnić chód konia. Mocno wybijał go do góry, co oznaczało, że ogier jest niesamowicie spięty. Panowie nieco szarpali się o wodze, ponieważ Topek próbował strzelać baranki. Mimo tego, iż nie słyszałam jak William klnie, mogłam być pewna, że to robi. Koń pełen energii, co chwilę napierał na wędziło, chcąc ruszyć. Jeszcze pięćset metrów. Dopiero trzy czwarte za nimi. Chłopak mocno usiadł w siodle, obciążając kręgosłup wyścigowca. Konie tego typu przyzwyczajone są do lekkości i każde dodatkowe obciążenie staje się niesamowicie uporczywe. Próbują się go pozbyć. 4-latek znowu zwiesił głowę, chcąc pociągnąć za sobą bruneta. Typowe przy tej sytuacji. Wcale nie tak prosto jest podnieść łeb konia do góry, szczególnie przy sile folbluta.
Kolejne dwa tysiące metrów, spokojny kenter. William włożył nogi w strzemiona, po czym delikatnie zaprał się nimi, ciągnąc za wodze. Kasztan zaraz podniósł wysoko głowę, wytok nieco go przytrzymał, przez co koń stracił orientację. Dopiero teraz Allen mógł go sobie odpowiednio ustawić, blokując pysk. Jedna ręka na szyi, druga nieco wyżej w powietrzu. Byleby nie siłować się jak przez ostatnie dziesięć minut. Nawet ręce dżokeja nie wytrzymują takiego nacisku. Topek ładnie kierowany zaczynał ufać Allenowi. Zdawał się na jego rękę, przez co widocznie się rozluźnił. To nie tak, że nie lubił treningów, lecz między jeźdźcem i koniem musi znaleźć się harmonia, o którą trudno przy tak żywym charakterze. Oczywiście obaj panowie byli na tyle podobni, że każdy z nich chciał dominować. Zajmowało im trochę czasu zwyczajne dogadanie się. 
William wstał na ostatniej prostej, składając się powoli do pozycji stiplowej. Powoli podnosił dupkę do góry, robiąc to samo z Topkiem. Nogi musiały ładnie podchodzić pod zad, a kenter coraz bardziej się wyciągał. 
Tuż przede mną William oplótł grzywę wokół prawej ręki, a obie dłonie włożył w szyję konia. Start. Topek wyskoczył gwałtownie do przodu. Dobre rozpoczęcie okrążenia i chwila spokojnego ustawienia się w dobrej pozycji, po czym kasztan galopował już wolniej. Dobre rozłożenie sił konia jest podstawową sprawą. Najważniejszy jest finisz, ostatnia prosta. Brunet, co chwilę korygował tor Topka, który nie potrafił go utrzymać. Zawsze niemal opierał się o inne konie. Dlatego też samotny trening miał go tego oduczyć. Wydawało mi się, że William nie musiał nawet pilnować tempa konia, gdyż już tak doświadczony koń doskonale wiedział, co robi. Allen przełożył bat do lewej ręki i założył google, kiedy tylko zaczął wchodzić w zakręt. Łydki wspomagane batem idealnie pilnowały band, a raczej tego, by po nich nie jeździć. Oczywiście ogierowi zdarzało się nadal nie trzymanie ich, lecz było o niebo lepiej niż na początku sezonu. Koń zaczął łapać powietrze. William obniżył ręce, wspomagając lepszy jego przebieg w ciele kasztana, po czym wyszedł z zakrętu, przytrzymał konia i zaczął piękne zakończenie okrążenia. Cicho cmoknął, oparł się kolanami o łopatki konia. Topek od razu zrozumiał aluzję. Koń wyciągnął chód jak podczas najważniejszego wyścigu, posyłany przez dżokeja, który dusił się w burzy piaskowej, tworzonej przez własnego konia. Ogier szedł w idealnej linii, elastycznie odbijając się od głębokiego piachu. Podłoże nieco go spowalniało, lecz nie na tyle, by nie dało się zaobserować chwilowego zawieszenia w powietrzu. Uwielbiałam ten moment, gdy złożony koń jak i dżokej nie dotykali ziemi. Po prostu niesamowita sekunda w locie. 
Niezły czas okrążenia jeszcze raz potwierdzał talent Topka oraz jeźdźca, a także ich temperament. Minąwszy mnie, William błysnął tylko białymi ząbkami, po czym znów zaczął się podnosić i skracać chód konia. Wyhamował dopiero gdzieś na trzysetnym metrze kolejnego okrążenia. 
Koń mimo zmęczenia, ładnie, miarowo oddychał jak na wyścigowca, ale też delikatnie się spienił. Złota barwa przybrała aktualnie kolor bardziej przypominający karmel. Topek był po prostu mokry od potu, który będzie trzeba zebrać. William jeszcze na torze odpuścił dwie dziurki popręgu, dzięki czemu ogier wracał już maksymalnie rozluźniony i głęboko wdychający powietrze.
- Może Puchar to nie Derby, ale możesz być pewny, że w nim pojedziecie - zaśmiałam się cicho, widząc zszokowanego Willciama i Topka strzygącego uszami.
Chłopak szczerząc się, klepał rytmicznie kasztana po szyi. Wydaje mi się, że również był niebywale zadowolony z treningu. Dla takich chwil się jeździ. Nie dla samych gonitw, lecz właśnie tych pozytywnych momentów, które się zdarzają i tworzą wyścigowy światek.
Słońce zaczynało powoli wschodzić, rozjaśniając całą stadninę jak i nasze twarze. Wyglądaliśmy jak małe dzieci śmiejąc się z siebie nawzajem. Nawet Topek odzyskał pogodę ducha, zastępując tą swoją upartość. Dreptał w miejscu, lecz elastycznie i miękko. Wybijał ten charakterystyczny rytm, stępując po rozlanym betonie.
Allen rzucił sprzęt tuż przed drzwiami stajni, a ja zebrałam szybciutko pot z konia, po czym podczepiliśmy go do maszyny tuż przed stępującą Sweet Louise. Kyle podszedł raźnie w naszą stronę.
- I jak? - zapytał.
W tym samym czasie spojrzeliśmy na siebie z Allenem.
- Nieźle - odpowiedział szybciej niż ja William.
- Dostałem propozycję pojechania w Derby - wyszczerzył się Kyle.
Chyba już z przyzwyczajenia rzuciłam się mu w ramiona, by pogratulować i wypytać o wszystkie szczegóły. 
Tylko William jakby znowu odpłynął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz