konie: Pompeii
dżokeje: Effie Collins
Wróciłam do stajni, następnie rzucając siodło przed nią, a Topka zapinając pod karuzelę. Pompeii ciekawie mi się przyglądał, co chwilę stając dęba. Był chyba jednym z najbardziej niespokojnych koni jakie posiadaliśmy. Za każdym razem pełen niepokoju wyczekiwał swojego treningu, by przeciągnąć dżokeja po torze. Nie potrafił chodzić przez kilkanaście minut w maszynie, dlatego też rzucał się po jej bokach. Ku naszemu zakłopotaniu musieliśmy wymieniać częściej łańcuchy, gdyż gniady zwyczajnie co rusz je wyrywał. Setki nowych kantarów i wytoków, nieco opanowywały konia, przez co sprawiał złudne wrażenie 'doświadczonego'. Nie ukrywajmy, w tym sezonie był naszą wyścigową gwiazdką, zdolną pokonać wszystkich i wszystko. Zatrzymałam jeszcze na chwilę karuzelę, by ściągnąć roztargnionego ogiera. Pompeii cofnął się do tyłu, głośno dysząc i stając na tylnych nogach. Brązowa sierść zalśniła pięknie na tle słońca. Podeszłam jeszcze bliżej, kiedy nasza gwiazda odsuwała się coraz dalej. Musiałam stanąć na palcach, by przyczepić uwiąz i mocniej szarpnąć za charakterystyczne wędzidło w jego pysku. Zarżał głośniej, obijając sobie łopatki łańcuchem. Zaczęłam spokojnie do niego mówić, lecz kiedy to nie podziałało, jeszcze raz szarpnęłam sprowadzając go na ziemię i klnąc głośno. Ktoś zaśmiał się tuż za mną.
- Masz wspaniałe podejście do koni – wcześniej poznany Alan postanowił mnie odwiedzić.
Zmarszczki ułożyły mi się w dość zabawne linie na czole, ukazując nie tyle złość, co desperacje.
- Czymże zawdzięczam twoją wizytę? - zapytałam dość niemiłym tonem.
Dane założył ręce na piersi i dłuższą chwilę przyglądał się ogierowi.
- Mogę na nim pojechać? - delikatnie przejechał po chrapach konia, drażniąc go tym.
dżokeje: Effie Collins
Wróciłam do stajni, następnie rzucając siodło przed nią, a Topka zapinając pod karuzelę. Pompeii ciekawie mi się przyglądał, co chwilę stając dęba. Był chyba jednym z najbardziej niespokojnych koni jakie posiadaliśmy. Za każdym razem pełen niepokoju wyczekiwał swojego treningu, by przeciągnąć dżokeja po torze. Nie potrafił chodzić przez kilkanaście minut w maszynie, dlatego też rzucał się po jej bokach. Ku naszemu zakłopotaniu musieliśmy wymieniać częściej łańcuchy, gdyż gniady zwyczajnie co rusz je wyrywał. Setki nowych kantarów i wytoków, nieco opanowywały konia, przez co sprawiał złudne wrażenie 'doświadczonego'. Nie ukrywajmy, w tym sezonie był naszą wyścigową gwiazdką, zdolną pokonać wszystkich i wszystko. Zatrzymałam jeszcze na chwilę karuzelę, by ściągnąć roztargnionego ogiera. Pompeii cofnął się do tyłu, głośno dysząc i stając na tylnych nogach. Brązowa sierść zalśniła pięknie na tle słońca. Podeszłam jeszcze bliżej, kiedy nasza gwiazda odsuwała się coraz dalej. Musiałam stanąć na palcach, by przyczepić uwiąz i mocniej szarpnąć za charakterystyczne wędzidło w jego pysku. Zarżał głośniej, obijając sobie łopatki łańcuchem. Zaczęłam spokojnie do niego mówić, lecz kiedy to nie podziałało, jeszcze raz szarpnęłam sprowadzając go na ziemię i klnąc głośno. Ktoś zaśmiał się tuż za mną.
- Masz wspaniałe podejście do koni – wcześniej poznany Alan postanowił mnie odwiedzić.
Zmarszczki ułożyły mi się w dość zabawne linie na czole, ukazując nie tyle złość, co desperacje.
- Czymże zawdzięczam twoją wizytę? - zapytałam dość niemiłym tonem.
Dane założył ręce na piersi i dłuższą chwilę przyglądał się ogierowi.
- Mogę na nim pojechać? - delikatnie przejechał po chrapach konia, drażniąc go tym.
-
Nie – zaprzeczyłam, zostawiając to cudo dla siebie.
Chłopak oburzył się, niemal prychając z niezadowolenia. Był naprawdę uroczy, jednak nie mogłam powierzać swojego najlepszego wyścigowca w jego ręce.
- Możesz wyczyścić Tiptoe i zabrać ją, gdy wrócę, na tor roboczy – pocieszyłam go.
Zgodził się na moją propozycję, za co nie chciał brać jakichkolwiek wynagrodzenia. Przecież nie oferowałam mu milionów, lecz drobną gotówkę na życie. Nie wiem kiedy coś wygrał, a tym bardziej czy ogólnie startował w lepiej obstawianych gonitwach. Chciałam dokładnie zobaczyć jak jeździ oraz czy da sobie radę z najprostszymi końmi.
Ku mojemu zaskoczeniu mój ogier stał spokojnie. Chyba nawet próbował wstrzymywać oddech, by nam nie przeszkadzać. Poklepałam cudo, po czym zabrałam go tuż przed stajnię. Na terenie wyścigów konnych nie rozumiałam jednego. W jaki sposób poza nimi może być 7'C, a kiedy wejdziesz za bramę odczuwasz 20? Nie wiązało się to wcale z emocjami, a było najprawdziwszą prawdą.
Nabrałam trochę jesiennego powietrza do płuc, po czym zabrałam się za czyszczenie konia. Gdybym jechała na tor roboczy, jestem pewna, że otarłabym gniadego tylko ręcznikiem, lecz główny obiekt treningów wymagał prezentacji z jak najlepszej strony. Koń miał nie tylko wyglądać zachęcająco dla pośredników, ale również groźnie dla rywali ( w przenośnym tego słowa znaczeniu ). To właśnie najlepsze konie były dobrze zbudowane, a jednak lekkie w swoich chodach, wytrzymałe i szybkie na finiszu, piękne i budzące respekt. Można powiedzieć, że stanowiło to nawet jeden z kluczy do sukcesów naszych koni. Stały się one już powszechnie znane, lecz ginęły wśród wyścigowych 5 letnich gwiazd tego (ich ostatniego) sezonu. Zaczęłam więc dokładnie czyścić konia w porannym blasku lekko rozgrzewającego słońca. Trzeba przyznać, że dawniej czerwona, twarda szczotka teraz była na tyle zakurzona, że jej odcień pozostawiał wiele do myślenia. Dmuchnęłam delikatnie. Większość szarych kotów poleciała w stronę Pompeii, który przestraszony podnosił wysoko nogi, przebierając nimi w miejscu. Pięknie, mój wierzchowiec z każdą sekundą nie stawał się nawet czysty, a nawet brud sam próbował go oblepić. Następnym razem zapomnijmy o padokach, gdyż dziesięciominutowa przerwa w pracy, skazała mnie na dwadzieścia minut okropnego szorowania twardymi szczotkami. Nawet z grzywy musiałam wyczesywać grudy, jeszcze mokrego błota. Ogier niesamowicie się przy tym kręcił, co wcale nie ułatwiało mi zadania. Naprawdę łączyłam się z nim w bólu. Z powodu mocnego ciągnięcia za włosie, próbował mnie ugryźć. Ani dla mnie ani dla niego nie skończyło się to dobrze, gdyż szarpanie za wędzidło z mojej strony, a kopanie z jego równało się z zaciętą wojną domową. Skończyło się na tym, że i on i ja nie byliśmy zadowoleni z taktyki swojej walki, a wręcz rozczarowani nią.
Chłopak oburzył się, niemal prychając z niezadowolenia. Był naprawdę uroczy, jednak nie mogłam powierzać swojego najlepszego wyścigowca w jego ręce.
- Możesz wyczyścić Tiptoe i zabrać ją, gdy wrócę, na tor roboczy – pocieszyłam go.
Zgodził się na moją propozycję, za co nie chciał brać jakichkolwiek wynagrodzenia. Przecież nie oferowałam mu milionów, lecz drobną gotówkę na życie. Nie wiem kiedy coś wygrał, a tym bardziej czy ogólnie startował w lepiej obstawianych gonitwach. Chciałam dokładnie zobaczyć jak jeździ oraz czy da sobie radę z najprostszymi końmi.
Ku mojemu zaskoczeniu mój ogier stał spokojnie. Chyba nawet próbował wstrzymywać oddech, by nam nie przeszkadzać. Poklepałam cudo, po czym zabrałam go tuż przed stajnię. Na terenie wyścigów konnych nie rozumiałam jednego. W jaki sposób poza nimi może być 7'C, a kiedy wejdziesz za bramę odczuwasz 20? Nie wiązało się to wcale z emocjami, a było najprawdziwszą prawdą.
Nabrałam trochę jesiennego powietrza do płuc, po czym zabrałam się za czyszczenie konia. Gdybym jechała na tor roboczy, jestem pewna, że otarłabym gniadego tylko ręcznikiem, lecz główny obiekt treningów wymagał prezentacji z jak najlepszej strony. Koń miał nie tylko wyglądać zachęcająco dla pośredników, ale również groźnie dla rywali ( w przenośnym tego słowa znaczeniu ). To właśnie najlepsze konie były dobrze zbudowane, a jednak lekkie w swoich chodach, wytrzymałe i szybkie na finiszu, piękne i budzące respekt. Można powiedzieć, że stanowiło to nawet jeden z kluczy do sukcesów naszych koni. Stały się one już powszechnie znane, lecz ginęły wśród wyścigowych 5 letnich gwiazd tego (ich ostatniego) sezonu. Zaczęłam więc dokładnie czyścić konia w porannym blasku lekko rozgrzewającego słońca. Trzeba przyznać, że dawniej czerwona, twarda szczotka teraz była na tyle zakurzona, że jej odcień pozostawiał wiele do myślenia. Dmuchnęłam delikatnie. Większość szarych kotów poleciała w stronę Pompeii, który przestraszony podnosił wysoko nogi, przebierając nimi w miejscu. Pięknie, mój wierzchowiec z każdą sekundą nie stawał się nawet czysty, a nawet brud sam próbował go oblepić. Następnym razem zapomnijmy o padokach, gdyż dziesięciominutowa przerwa w pracy, skazała mnie na dwadzieścia minut okropnego szorowania twardymi szczotkami. Nawet z grzywy musiałam wyczesywać grudy, jeszcze mokrego błota. Ogier niesamowicie się przy tym kręcił, co wcale nie ułatwiało mi zadania. Naprawdę łączyłam się z nim w bólu. Z powodu mocnego ciągnięcia za włosie, próbował mnie ugryźć. Ani dla mnie ani dla niego nie skończyło się to dobrze, gdyż szarpanie za wędzidło z mojej strony, a kopanie z jego równało się z zaciętą wojną domową. Skończyło się na tym, że i on i ja nie byliśmy zadowoleni z taktyki swojej walki, a wręcz rozczarowani nią.
Zbyt
wiele czasu straciłam na czyszczenie konia, by móc teraz spokojnie
go ubierać. Odbywało się to w naprawdę szybkim tempie przy
ogromnej krzątaninie i nerwach. Co chwilę gubiłam podkładki,
ścierki i popręgi, by szukać je w jeszcze większym amoku.
Owijanie białych owijek wokół jego nóg sprawiało mi wyjątkowo
wiele problemów. Jedna z par została rzucona gdzieś pod okno
stajni, ożywiając nieco śpiącego już na karuzeli Topka. Chociaż
nienawidziłam ogłowi syntetycznych z całego serca (jak dla mnie są
przekombinowane, a dodatkowe paski tylko ograniczają konia),
pozwoliłam sobie założyć je na Pompeii'a włącznie z
nachrapnikiem. To właśnie przy takim ograniczeniu ciągnął
jeźdźca od bandy do bady po torze, podnosząc łeb najwyżej jak
się da, jednakże założenie wytoku miało nieco uspokoić
wyścigowca. Reszta sprzętu była raczej standardem, miękka żelowa
podkładka, czerwony czaprak i czarna ścierka miały posłużyć
raczej do mocniejszego wypocenia konia niż ochrony przed niewygodnym
siodłem treningowym.
Obeszłam
już na spokojnie jeszcze raz wokół konia, przeciągając ręką
wzdłuż nóg, łopatek, popiersia i szyi. Poklepałam go tuż przed
siodłem. Teoretycznie właśnie tak zatwierdziłam zadowalający
stan ogierka. W końcu po trzydziestu minutach oporządzania mogłam
wsiąść. Poprosiłam Alana by podsadził mnie, przy czym nawet nie
protestował. Zwinnie pomógł mi wsiąść, po czym ruszył tuż
przede mną w stronę toru. Znowu przejazd tak zwanym 'skrótem'
dostarczał nam takich rozrywek jak na przykład: błąkający się
kot. Nasze konie były zdecydowanie zbyt płochliwe i dopiero teraz
to wychodziło, może nawet zbyt późno. Tor roboczy pozwalał nam
na swobodne wypady bez cyrkowych trików zapewnianych przez
otoczenie, które na torze wyścigowym były normą. Zimny poranek
był zniewalająco piękny. Kiedy tylko wyłoniły się sylwetki
startujących koni, można było spostrzec ich wspaniałe nastawienie
na rywalizację. Bez oszust, niedowag czy przytrzymań. Wszystko to
było niesamowicie naturalne i widocznie różniło się od typowego
dnia wyścigowego. Wciągnęłam głośno powietrze, rozkoszując się
jego przyjemnym zimnem. Wśród rozgrzanych ciał był czymś
naprawdę potrzebnym. Łagodził dolegliwości, rozjaśniał myśli i
skupiał na czystej walce. Zakłusowałam tuż przy zewnętrznej
barierce przy czym oczywiście denerwowałam konie, które biegły na
mnie. Wiele z nich widząc ogiera rozpraszało się lub wyrywało
wodze z rąk jeźdźców. Jednym z pilniejszych koni okazał się
ogier, jadący pod własnym trenerem. Nawet się nie zawahał mijając
nas w zabójczym tempie i wygrywając trening o pięćset metrów.
'Faworyt' dało słyszeć się podrażnione głosy wśród dżokei. W
końcu dołączyłam się do rozgrzewających się arabków, które
wręcz zagrodziły mi przejście. Pompeii musiał się dostosować do
ich tępa, co wcale nie było takie proste. Mocno przytrzymywałam
ogiera, gdyż wpychał nos między klacze, przy których podniecenie
brało górę. Można powiedzieć, że kłus był raczej mieszanką
przeplataną wzorowym, zebranym ( pod naporem próśb o zwolnienie )
galopem. Po całym okrążeniu takiej jazdy gniady na zmianę
uspokajał się i wskakiwał w pobliskie zarośla. Podziękowałam
miło za okrążenie w kłusie właścicielom arabów, po czym
ruszyłam już stępem, trzymając mocno Pompeii'a i szukając
odpowiedniego konia do wyścigu. Chciałam poprowadzić mocny,
dłuższy dystans, z dobrą ostatnią prostą oraz mocnym tempem
nadawanym przez rywala. Planowałam zostać przez większość czasu
w tyle, wstrzymując wierzchowca. Ryzykowne wyzwanie, aczkolwiek
podobnież efektowne.
Spojrzałam
na trenera, który wyjechał w pośpiechu na znanym wszystkim
faworycie, po czym podjechałam do dżokei startujących dla niego.
-
Wiecie kogo teraz bierze? - spytałam, uchylając lekko głowę ku
szacunku dla nich.
Brunet
zmrużył oczy nieprzekonany do mojej ciekawskiej osoby.
- Myślę, że coś dobrego – obojętny głos wydawał się dość pretensjonalny.
Do przemiłej dyskusji wtrąciła się drobna blondynka, amatorka na ospałym, starszym koniu:
- Alex, przecież wiesz, że bierze tego startującego w podsumowaniu sezonu. Jeszcze nigdy nie widziałam tak dobrego konia, a...
- Myślę, że coś dobrego – obojętny głos wydawał się dość pretensjonalny.
Do przemiłej dyskusji wtrąciła się drobna blondynka, amatorka na ospałym, starszym koniu:
- Alex, przecież wiesz, że bierze tego startującego w podsumowaniu sezonu. Jeszcze nigdy nie widziałam tak dobrego konia, a...
-
Rose – oburzył się wspomniany wcześniej dżokej.
- Przepraszam – odburknęła cicho, chociaż nadal nie jestem pewna czy było to skierowane do mnie czy do Alexa.
- Przepraszam – odburknęła cicho, chociaż nadal nie jestem pewna czy było to skierowane do mnie czy do Alexa.
Postanowiłam
wycofać się z konwersacji, nie chcąc wszczynać kłótni i
nieporozumień, więc ponownie uchyliłam głowę i przyłożyłam do
boku ogiera mocniejszą łydkę. Miła elita jeszcze długi czas
miała się za mną oglądać, lecz ich zatroskanym spojrzeniom
przeszkodził Alan, który widocznie chciał do czegoś dociec.
Mogłam zająć się stępowaniem po niewielkim kole oraz wyciąganiem
kroku konia, próbującego cały czas wieszać się na wędzidle. Gdy
tylko to robił puszczałam wodzę całkiem luźno, przez co tylko
obijał sobie mocno zęby o wędzidło. Niezbyt powszechne i
atrakcyjne metody, a jednak jakkolwiek pomogły. Koń próbował
nadal podtrzymywać się na nich delikatnie, lecz nie przekładał
tam już całego ciężaru ciała. Chciałam zaklepać sobie kolejkę
u starszego trenera, dlatego też chciwie dopadłam go przy wejściu
na pięknym, kasztanowatym koniu. Tylko za sprawą czarodziejskiej
różdżki lub rzeszy stajennych mógł w tak krótkim czasie
doprowadzić klacz do perfekcji. Była dość młoda, gdyż
teoretycznie nie skończyła jeszcze trzech lat, lecz w praktyce
brakowało jej do tego wieku dwóch miesięcy. Cudem zakwalifikowała
się do młodszej grupy, przez co teraz była lepsza od grupy
startującej. Pompeii był od niej trzy miesiące starszy, a
brakowało mu do niej ciut i jeszcze trochę. Gdyby był poddany
takiemu treningowi jak młoda, miałby zapewniony świetny sezon,
chociaż i tak było naprawdę dobrze. Trener widocznie zadowolony
był z mojej propozycji, a raczej podekscytowania, które było mocno
widoczne nie tylko po mnie, ale i koniu.
Musieliśmy
odczekać w swojej grupie koni do dłuższego dystansu i twardszego
toru. Nie wiedzieć czemu Pompeii właśnie przy takiej nawierzchni
radził sobie zdecydowanie lepiej. Nie mogłam być pewna jak
zareaguje na konie po obu swoich stornach, a szczególnie tych
ścigających się obok. Oczywiście, obawiałam się, że naprze
zdecydowanie do przodu, a przy jego sile nawet nie miałam nic do
powiedzenia. Uzgodniłam wszelkie wymagane informacje z mężczyzną
u boku, nie podając mu całej mojej obranej taktyki. Głupotą
byłoby objaśnianie w jaki sposób chcesz wygrać. Zastrzegł sobie
tylko, że jeśli miałbym go wyprzedzić to mam nie jechać wolniej
niż średnim kentrem. To właśnie miało być zagwarantowaniem
mocnego tempa. Przy odrobinie szczęścia wjechaliśmy na tor
dziesięć minut później. Rozemocjonowane konie przestępowały
niespokojnie, płosząc się i podnosząc głowy w ramach protestu.
Właśnie ten stan pozwolił nam na szybkie przejście do galopu po
ruszeniu. Umowne pięćdziesiąt metrów kłusem i dobry, szybki
start. Pompeii potknął się zahaczając o kamień, który
zdecydowanie nie powinien tam leżeć, tracąc przy tym kilka
długości do klaczy. Jej dżokej z góry narzucił jej półmach.
Podejrzewałam, iż wkrótce zbyt mocny wysiłek ją zmęczy, więc
zbytnio nie przejmowałam się coraz większą odległością. Ogier
stanowczo rwał do przodu, próbując przejść do tego samego tempa,
lecz tym razem również byłam przekonana, że straci siły na
potrzebną końcówkę. Kilkaset metrów było nawet spokojnie,
wydawało się, że gniady pogodził przegraną ze swoją dynamiczną
duszą i temperamentem, jednakże kiedy w jednej czwartej długiego
dystansu pogoniłam go do półmachu zaczął wariować. Nie obyło
się bez klasycznego podniesienia wysoko głowy. Mimo wytoku znalazł
sposób by to zrobić. Niemal zatrzymał się wierzgając i podnosząc
w locie przednie kończyny. Poczułam się jak na rodeo, byłabym w
tym całkiem dobra po takich przeżyciach. Pompeii po postawieniu się
ruszył już galopem, nie reagując na jakiekolwiek prośby.
Zdecydowanie postanowiłam kierować go na bandy, by chociaż trochę
opanował jeszcze gwałtowniejsze emocje. W efekcie sprężyście
przechodził z półmachu do galopu, biegnąc nagannym zygzakiem.
Niezbyt szeroki tor nie pozwalał na duże pole do manewru, lecz
ratując się ostatecznie wodzami, zawiesiłam na nich cały ciężar
swojego ciała. Czułam jak koń próbuje wyrwać mi je z rąk,
jednakże musiał skupić się na tyle na torze, by nie wpaść w
jego ogrodzenie. Pokonaliśmy tak kolejne pięćset walecznych
metrów, po czym Pompeii zwyczajnie się poddał. Stracił tyle
energii, że zdecydował się na ostateczną średnią kentrę,
chociaż gdyby mógł, zapewne przeszedłby do kłusa. Przed nami
zostało jeszcze tysiąc osiemset metrów. Okazało się to naprawdę
dużym wyzwaniem dla walecznego wyścigowca. Umyślnie nie popędzałam
go, chcąc by nieco odzyskał siły. W duchu nadal marzyłam o
nadrobieniu tych dwustu metrów przewagi. Po swobodnej, ciężkiej
przeprawie ku poszukiwaniu własnej siły, zaczęłam przeciągać
ręce wyżej po szyi konia. Całkiem zrelaksowany gniadosz ruszył
półmachem z niebywałym zapałem. Przed ostatnią prostą wpadliśmy
za ogon kasztanowatej klaczy, która nawet nas nie zauważyła.
Zastanawiałam się czy jej dżokej robi to umyślnie czy po prostu
już dawno stracił nadzieje na jakąkolwiek walkę ze starszym
ogierem. Jak się okazało jego przypuszczenia były całkowicie
błędne. Wyłoniliśmy się w pełnym galopie po jego lewej stronie,
podchodząc do rywala od niezablokowanej bandy. Dość wygodne
wejście, pozwoliło Pompeii na zaciętą walkę na początku
finiszu. Dalej ponownie wstrzymałam konia, dmuchając na zimne, a
dokładniej nie chcąc przetrenować wytrzymałego ogierka. Trening
nie polegał na wygranej, lecz przygotowaniu młodego do wyścigu na
którym powinien wystartować w szczytowej formie. Byłam pod
ogromnym wrażeniem jego zawzięcia i stawiania na swoim. Niech
dżokeje strzegą się jego stylu, albowiem można wiele stracić jak
i zyskać tylko techniką jazdy. Oczywiście, klacz z wielką
satysfakcją wygrała, lecz wzburzony ogier zachował ducha walki na
następną gonitwę.
Przeszłam
do kłusa tuż za rywalką, dziękując jednocześnie trenerowi za
wyścig. Nie wszyscy byli tak uprzejmi jak on. Imponował przede
wszystkim swoją skromnością, czego nie można powiedzieć o jego
koniach. Wypowiedział kilka słów uznania w stronę mojego
podopiecznego zalecając na razie treningi bardziej pod względem
wytrzymałościowym lub techniką, ponieważ z szybkością widocznie
nie było żadnych problemów, po czym odjechał do stajni,
pozostawiając za sobą niebywały blask. Zrobiłam to samo,
przytrzymując nadal niespokojnego Pompeii'a, który cały czas
rozpraszał się przez konie biegnące tuż obok, przy czym zawracał
i próbował na nowo rozpędzać.
Właśnie
chyba na powrocie straciłam najwięcej siły i nerwów. Dlatego też
na terenie stadniny podałam gniadosza Alanowi, który z wielką
chęcią go przyjął. Poleciłam by sprawdzić na wszelki wypadek
podkowy, ponieważ incydent z kamieniem dał mi wiele do myślenia.
Chłopak niezwykle sprawnie poradził sobie z rozsiodłaniem konia,
po czym zweryfikował jego stan po treningu. Zadbał nawet o zbadanie
pulsu i temperatury, gdyż ogier wydawał się być zbyt rozgrzany
nawet jak na wyścigowca. Po charakterystycznym dźwięku
odetchnęliśmy z ulgą. Termometr wskazał nieco ponad pół stopnia
więcej niż powinna wynosić odpowiednia wartość, więc
teoretycznie nie było się czym przejmować. Podpięliśmy gniadego
przed Topka, ponieważ próby zapięcia za nim kończyły się
nierówną walką obu ogierów. Trenowany przed chwilą koń
widocznie się spiął, więc przed ponownym wprowadzeniem do
maszyny, Alan zabrał go na spacer po ośrodku. Młody dobrze
ochłonął, oddając derce niepotrzebne ciepło, a ja w tym czasie
mozolnie uprzątnęłam jego porozrzucany sprzęt. Ścierka pod
spodem nadawała się tylko do porządnego prania, ponieważ całkiem
nasiąknęła potem ogiera, zresztą tak samo jak czaprak. Nawet na
siodle dało się wyczuć mokre miejsca. Po przebiegnięciu trzy
tysiące sześciuset metrów należał mu się ten nieszczęsny padok
i dzień odpoczynku. Zdecydowanie mogłam być zadowolona z tego
treningu, albowiem Pompeii spisał się niewiarygodnie dobrze jak na
3 latka. Co prawda od dawna wiedzieliśmy, że dobrze wylegitymowany
otrzyma dużo większe szanse, jednakże to właśnie w tej gwiazdce
pokładaliśmy największe nadzieje. To właśnie on był
przyszłością hodowli. A teraz? Teraz stał przede mną zmęczony,
oblepiony w błocie i pocie, przygotowujący się się do kolejnego
wyczerpującego startu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz