sobota, 28 września 2013

004. trening

konie: Pompeii
dżokeje: Effie Collins

Wróciłam do stajni, następnie rzucając siodło przed nią, a Topka zapinając pod karuzelę. Pompeii ciekawie mi się przyglądał, co chwilę stając dęba. Był chyba jednym z najbardziej niespokojnych koni jakie posiadaliśmy. Za każdym razem pełen niepokoju wyczekiwał swojego treningu, by przeciągnąć dżokeja po torze. Nie potrafił chodzić przez kilkanaście minut w maszynie, dlatego też rzucał się po jej bokach. Ku naszemu zakłopotaniu musieliśmy wymieniać częściej łańcuchy, gdyż gniady zwyczajnie co rusz je wyrywał. Setki nowych kantarów i wytoków, nieco opanowywały konia, przez co sprawiał złudne wrażenie 'doświadczonego'. Nie ukrywajmy, w tym sezonie był naszą wyścigową gwiazdką, zdolną pokonać wszystkich i wszystko. Zatrzymałam jeszcze na chwilę karuzelę, by ściągnąć roztargnionego ogiera. Pompeii cofnął się do tyłu, głośno dysząc i stając na tylnych nogach. Brązowa sierść zalśniła pięknie na tle słońca. Podeszłam jeszcze bliżej, kiedy nasza gwiazda odsuwała się coraz dalej. Musiałam stanąć na palcach, by przyczepić uwiąz i mocniej szarpnąć za charakterystyczne wędzidło w jego pysku. Zarżał głośniej, obijając sobie łopatki łańcuchem. Zaczęłam spokojnie do niego mówić, lecz kiedy to nie podziałało, jeszcze raz szarpnęłam sprowadzając go na ziemię i klnąc głośno. Ktoś zaśmiał się tuż za mną.
- Masz wspaniałe podejście do koni – wcześniej poznany Alan postanowił mnie odwiedzić.
Zmarszczki ułożyły mi się w dość zabawne linie na czole, ukazując nie tyle złość, co desperacje.
- Czymże zawdzięczam twoją wizytę? - zapytałam dość niemiłym tonem.
Dane założył ręce na piersi i dłuższą chwilę przyglądał się ogierowi.
- Mogę na nim pojechać? - delikatnie przejechał po chrapach konia, drażniąc go tym.
- Nie – zaprzeczyłam, zostawiając to cudo dla siebie.
Chłopak oburzył się, niemal prychając z niezadowolenia. Był naprawdę uroczy, jednak nie mogłam powierzać swojego najlepszego wyścigowca w jego ręce.
- Możesz wyczyścić Tiptoe i zabrać ją, gdy wrócę, na tor roboczy – pocieszyłam go.
Zgodził się na moją propozycję, za co nie chciał brać jakichkolwiek wynagrodzenia. Przecież nie oferowałam mu milionów, lecz drobną gotówkę na życie. Nie wiem kiedy coś wygrał, a tym bardziej czy ogólnie startował w lepiej obstawianych gonitwach. Chciałam dokładnie zobaczyć jak jeździ oraz czy da sobie radę z najprostszymi końmi.
Ku mojemu zaskoczeniu mój ogier stał spokojnie. Chyba nawet próbował wstrzymywać oddech, by nam nie przeszkadzać. Poklepałam cudo, po czym zabrałam go tuż przed stajnię. Na terenie wyścigów konnych nie rozumiałam jednego. W jaki sposób poza nimi może być 7'C, a kiedy wejdziesz za bramę odczuwasz 20? Nie wiązało się to wcale z emocjami, a było najprawdziwszą prawdą.
Nabrałam trochę jesiennego powietrza do płuc, po czym zabrałam się za czyszczenie konia. Gdybym jechała na tor roboczy, jestem pewna, że otarłabym gniadego tylko ręcznikiem, lecz główny obiekt treningów wymagał prezentacji z jak najlepszej strony. Koń miał nie tylko wyglądać zachęcająco dla pośredników, ale również groźnie dla rywali ( w przenośnym tego słowa znaczeniu ). To właśnie najlepsze konie były dobrze zbudowane, a jednak lekkie w swoich chodach, wytrzymałe i szybkie na finiszu, piękne i budzące respekt. Można powiedzieć, że stanowiło to nawet jeden z kluczy do sukcesów naszych koni. Stały się one już powszechnie znane, lecz ginęły wśród wyścigowych 5 letnich gwiazd tego (ich ostatniego) sezonu. Zaczęłam więc dokładnie czyścić konia w porannym blasku lekko rozgrzewającego słońca. Trzeba przyznać, że dawniej czerwona, twarda szczotka teraz była na tyle zakurzona, że jej odcień pozostawiał wiele do myślenia. Dmuchnęłam delikatnie. Większość szarych kotów poleciała w stronę Pompeii, który przestraszony podnosił wysoko nogi, przebierając nimi w miejscu. Pięknie, mój wierzchowiec z każdą sekundą nie stawał się nawet czysty, a nawet brud sam próbował go oblepić. Następnym razem zapomnijmy o padokach, gdyż dziesięciominutowa przerwa w pracy, skazała mnie na dwadzieścia minut okropnego szorowania twardymi szczotkami. Nawet z grzywy musiałam wyczesywać grudy, jeszcze mokrego błota. Ogier niesamowicie się przy tym kręcił, co wcale nie ułatwiało mi zadania. Naprawdę łączyłam się z nim w bólu. Z powodu mocnego ciągnięcia za włosie, próbował mnie ugryźć. Ani dla mnie ani dla niego nie skończyło się to dobrze, gdyż szarpanie za wędzidło z mojej strony, a kopanie z jego równało się z zaciętą wojną domową. Skończyło się na tym, że i on i ja nie byliśmy zadowoleni z taktyki swojej walki, a wręcz rozczarowani nią.
Zbyt wiele czasu straciłam na czyszczenie konia, by móc teraz spokojnie go ubierać. Odbywało się to w naprawdę szybkim tempie przy ogromnej krzątaninie i nerwach. Co chwilę gubiłam podkładki, ścierki i popręgi, by szukać je w jeszcze większym amoku. Owijanie białych owijek wokół jego nóg sprawiało mi wyjątkowo wiele problemów. Jedna z par została rzucona gdzieś pod okno stajni, ożywiając nieco śpiącego już na karuzeli Topka. Chociaż nienawidziłam ogłowi syntetycznych z całego serca (jak dla mnie są przekombinowane, a dodatkowe paski tylko ograniczają konia), pozwoliłam sobie założyć je na Pompeii'a włącznie z nachrapnikiem. To właśnie przy takim ograniczeniu ciągnął jeźdźca od bandy do bady po torze, podnosząc łeb najwyżej jak się da, jednakże założenie wytoku miało nieco uspokoić wyścigowca. Reszta sprzętu była raczej standardem, miękka żelowa podkładka, czerwony czaprak i czarna ścierka miały posłużyć raczej do mocniejszego wypocenia konia niż ochrony przed niewygodnym siodłem treningowym.
Obeszłam już na spokojnie jeszcze raz wokół konia, przeciągając ręką wzdłuż nóg, łopatek, popiersia i szyi. Poklepałam go tuż przed siodłem. Teoretycznie właśnie tak zatwierdziłam zadowalający stan ogierka. W końcu po trzydziestu minutach oporządzania mogłam wsiąść. Poprosiłam Alana by podsadził mnie, przy czym nawet nie protestował. Zwinnie pomógł mi wsiąść, po czym ruszył tuż przede mną w stronę toru. Znowu przejazd tak zwanym 'skrótem' dostarczał nam takich rozrywek jak na przykład: błąkający się kot. Nasze konie były zdecydowanie zbyt płochliwe i dopiero teraz to wychodziło, może nawet zbyt późno. Tor roboczy pozwalał nam na swobodne wypady bez cyrkowych trików zapewnianych przez otoczenie, które na torze wyścigowym były normą. Zimny poranek był zniewalająco piękny. Kiedy tylko wyłoniły się sylwetki startujących koni, można było spostrzec ich wspaniałe nastawienie na rywalizację. Bez oszust, niedowag czy przytrzymań. Wszystko to było niesamowicie naturalne i widocznie różniło się od typowego dnia wyścigowego. Wciągnęłam głośno powietrze, rozkoszując się jego przyjemnym zimnem. Wśród rozgrzanych ciał był czymś naprawdę potrzebnym. Łagodził dolegliwości, rozjaśniał myśli i skupiał na czystej walce. Zakłusowałam tuż przy zewnętrznej barierce przy czym oczywiście denerwowałam konie, które biegły na mnie. Wiele z nich widząc ogiera rozpraszało się lub wyrywało wodze z rąk jeźdźców. Jednym z pilniejszych koni okazał się ogier, jadący pod własnym trenerem. Nawet się nie zawahał mijając nas w zabójczym tempie i wygrywając trening o pięćset metrów. 'Faworyt' dało słyszeć się podrażnione głosy wśród dżokei. W końcu dołączyłam się do rozgrzewających się arabków, które wręcz zagrodziły mi przejście. Pompeii musiał się dostosować do ich tępa, co wcale nie było takie proste. Mocno przytrzymywałam ogiera, gdyż wpychał nos między klacze, przy których podniecenie brało górę. Można powiedzieć, że kłus był raczej mieszanką przeplataną wzorowym, zebranym ( pod naporem próśb o zwolnienie ) galopem. Po całym okrążeniu takiej jazdy gniady na zmianę uspokajał się i wskakiwał w pobliskie zarośla. Podziękowałam miło za okrążenie w kłusie właścicielom arabów, po czym ruszyłam już stępem, trzymając mocno Pompeii'a i szukając odpowiedniego konia do wyścigu. Chciałam poprowadzić mocny, dłuższy dystans, z dobrą ostatnią prostą oraz mocnym tempem nadawanym przez rywala. Planowałam zostać przez większość czasu w tyle, wstrzymując wierzchowca. Ryzykowne wyzwanie, aczkolwiek podobnież efektowne.
Spojrzałam na trenera, który wyjechał w pośpiechu na znanym wszystkim faworycie, po czym podjechałam do dżokei startujących dla niego.
- Wiecie kogo teraz bierze? - spytałam, uchylając lekko głowę ku szacunku dla nich.
Brunet zmrużył oczy nieprzekonany do mojej ciekawskiej osoby.
- Myślę, że coś dobrego – obojętny głos wydawał się dość pretensjonalny.
Do przemiłej dyskusji wtrąciła się drobna blondynka, amatorka na ospałym, starszym koniu:
- Alex, przecież wiesz, że bierze tego startującego w podsumowaniu sezonu. Jeszcze nigdy nie widziałam tak dobrego konia, a...
- Rose – oburzył się wspomniany wcześniej dżokej.
- Przepraszam – odburknęła cicho, chociaż nadal nie jestem pewna czy było to skierowane do mnie czy do Alexa.
Postanowiłam wycofać się z konwersacji, nie chcąc wszczynać kłótni i nieporozumień, więc ponownie uchyliłam głowę i przyłożyłam do boku ogiera mocniejszą łydkę. Miła elita jeszcze długi czas miała się za mną oglądać, lecz ich zatroskanym spojrzeniom przeszkodził Alan, który widocznie chciał do czegoś dociec. Mogłam zająć się stępowaniem po niewielkim kole oraz wyciąganiem kroku konia, próbującego cały czas wieszać się na wędzidle. Gdy tylko to robił puszczałam wodzę całkiem luźno, przez co tylko obijał sobie mocno zęby o wędzidło. Niezbyt powszechne i atrakcyjne metody, a jednak jakkolwiek pomogły. Koń próbował nadal podtrzymywać się na nich delikatnie, lecz nie przekładał tam już całego ciężaru ciała. Chciałam zaklepać sobie kolejkę u starszego trenera, dlatego też chciwie dopadłam go przy wejściu na pięknym, kasztanowatym koniu. Tylko za sprawą czarodziejskiej różdżki lub rzeszy stajennych mógł w tak krótkim czasie doprowadzić klacz do perfekcji. Była dość młoda, gdyż teoretycznie nie skończyła jeszcze trzech lat, lecz w praktyce brakowało jej do tego wieku dwóch miesięcy. Cudem zakwalifikowała się do młodszej grupy, przez co teraz była lepsza od grupy startującej. Pompeii był od niej trzy miesiące starszy, a brakowało mu do niej ciut i jeszcze trochę. Gdyby był poddany takiemu treningowi jak młoda, miałby zapewniony świetny sezon, chociaż i tak było naprawdę dobrze. Trener widocznie zadowolony był z mojej propozycji, a raczej podekscytowania, które było mocno widoczne nie tylko po mnie, ale i koniu.
Musieliśmy odczekać w swojej grupie koni do dłuższego dystansu i twardszego toru. Nie wiedzieć czemu Pompeii właśnie przy takiej nawierzchni radził sobie zdecydowanie lepiej. Nie mogłam być pewna jak zareaguje na konie po obu swoich stornach, a szczególnie tych ścigających się obok. Oczywiście, obawiałam się, że naprze zdecydowanie do przodu, a przy jego sile nawet nie miałam nic do powiedzenia. Uzgodniłam wszelkie wymagane informacje z mężczyzną u boku, nie podając mu całej mojej obranej taktyki. Głupotą byłoby objaśnianie w jaki sposób chcesz wygrać. Zastrzegł sobie tylko, że jeśli miałbym go wyprzedzić to mam nie jechać wolniej niż średnim kentrem. To właśnie miało być zagwarantowaniem mocnego tempa. Przy odrobinie szczęścia wjechaliśmy na tor dziesięć minut później. Rozemocjonowane konie przestępowały niespokojnie, płosząc się i podnosząc głowy w ramach protestu. Właśnie ten stan pozwolił nam na szybkie przejście do galopu po ruszeniu. Umowne pięćdziesiąt metrów kłusem i dobry, szybki start. Pompeii potknął się zahaczając o kamień, który zdecydowanie nie powinien tam leżeć, tracąc przy tym kilka długości do klaczy. Jej dżokej z góry narzucił jej półmach. Podejrzewałam, iż wkrótce zbyt mocny wysiłek ją zmęczy, więc zbytnio nie przejmowałam się coraz większą odległością. Ogier stanowczo rwał do przodu, próbując przejść do tego samego tempa, lecz tym razem również byłam przekonana, że straci siły na potrzebną końcówkę. Kilkaset metrów było nawet spokojnie, wydawało się, że gniady pogodził przegraną ze swoją dynamiczną duszą i temperamentem, jednakże kiedy w jednej czwartej długiego dystansu pogoniłam go do półmachu zaczął wariować. Nie obyło się bez klasycznego podniesienia wysoko głowy. Mimo wytoku znalazł sposób by to zrobić. Niemal zatrzymał się wierzgając i podnosząc w locie przednie kończyny. Poczułam się jak na rodeo, byłabym w tym całkiem dobra po takich przeżyciach. Pompeii po postawieniu się ruszył już galopem, nie reagując na jakiekolwiek prośby. Zdecydowanie postanowiłam kierować go na bandy, by chociaż trochę opanował jeszcze gwałtowniejsze emocje. W efekcie sprężyście przechodził z półmachu do galopu, biegnąc nagannym zygzakiem. Niezbyt szeroki tor nie pozwalał na duże pole do manewru, lecz ratując się ostatecznie wodzami, zawiesiłam na nich cały ciężar swojego ciała. Czułam jak koń próbuje wyrwać mi je z rąk, jednakże musiał skupić się na tyle na torze, by nie wpaść w jego ogrodzenie. Pokonaliśmy tak kolejne pięćset walecznych metrów, po czym Pompeii zwyczajnie się poddał. Stracił tyle energii, że zdecydował się na ostateczną średnią kentrę, chociaż gdyby mógł, zapewne przeszedłby do kłusa. Przed nami zostało jeszcze tysiąc osiemset metrów. Okazało się to naprawdę dużym wyzwaniem dla walecznego wyścigowca. Umyślnie nie popędzałam go, chcąc by nieco odzyskał siły. W duchu nadal marzyłam o nadrobieniu tych dwustu metrów przewagi. Po swobodnej, ciężkiej przeprawie ku poszukiwaniu własnej siły, zaczęłam przeciągać ręce wyżej po szyi konia. Całkiem zrelaksowany gniadosz ruszył półmachem z niebywałym zapałem. Przed ostatnią prostą wpadliśmy za ogon kasztanowatej klaczy, która nawet nas nie zauważyła. Zastanawiałam się czy jej dżokej robi to umyślnie czy po prostu już dawno stracił nadzieje na jakąkolwiek walkę ze starszym ogierem. Jak się okazało jego przypuszczenia były całkowicie błędne. Wyłoniliśmy się w pełnym galopie po jego lewej stronie, podchodząc do rywala od niezablokowanej bandy. Dość wygodne wejście, pozwoliło Pompeii na zaciętą walkę na początku finiszu. Dalej ponownie wstrzymałam konia, dmuchając na zimne, a dokładniej nie chcąc przetrenować wytrzymałego ogierka. Trening nie polegał na wygranej, lecz przygotowaniu młodego do wyścigu na którym powinien wystartować w szczytowej formie. Byłam pod ogromnym wrażeniem jego zawzięcia i stawiania na swoim. Niech dżokeje strzegą się jego stylu, albowiem można wiele stracić jak i zyskać tylko techniką jazdy. Oczywiście, klacz z wielką satysfakcją wygrała, lecz wzburzony ogier zachował ducha walki na następną gonitwę.
Przeszłam do kłusa tuż za rywalką, dziękując jednocześnie trenerowi za wyścig. Nie wszyscy byli tak uprzejmi jak on. Imponował przede wszystkim swoją skromnością, czego nie można powiedzieć o jego koniach. Wypowiedział kilka słów uznania w stronę mojego podopiecznego zalecając na razie treningi bardziej pod względem wytrzymałościowym lub techniką, ponieważ z szybkością widocznie nie było żadnych problemów, po czym odjechał do stajni, pozostawiając za sobą niebywały blask. Zrobiłam to samo, przytrzymując nadal niespokojnego Pompeii'a, który cały czas rozpraszał się przez konie biegnące tuż obok, przy czym zawracał i próbował na nowo rozpędzać.
Właśnie chyba na powrocie straciłam najwięcej siły i nerwów. Dlatego też na terenie stadniny podałam gniadosza Alanowi, który z wielką chęcią go przyjął. Poleciłam by sprawdzić na wszelki wypadek podkowy, ponieważ incydent z kamieniem dał mi wiele do myślenia. Chłopak niezwykle sprawnie poradził sobie z rozsiodłaniem konia, po czym zweryfikował jego stan po treningu. Zadbał nawet o zbadanie pulsu i temperatury, gdyż ogier wydawał się być zbyt rozgrzany nawet jak na wyścigowca. Po charakterystycznym dźwięku odetchnęliśmy z ulgą. Termometr wskazał nieco ponad pół stopnia więcej niż powinna wynosić odpowiednia wartość, więc teoretycznie nie było się czym przejmować. Podpięliśmy gniadego przed Topka, ponieważ próby zapięcia za nim kończyły się nierówną walką obu ogierów. Trenowany przed chwilą koń widocznie się spiął, więc przed ponownym wprowadzeniem do maszyny, Alan zabrał go na spacer po ośrodku. Młody dobrze ochłonął, oddając derce niepotrzebne ciepło, a ja w tym czasie mozolnie uprzątnęłam jego porozrzucany sprzęt. Ścierka pod spodem nadawała się tylko do porządnego prania, ponieważ całkiem nasiąknęła potem ogiera, zresztą tak samo jak czaprak. Nawet na siodle dało się wyczuć mokre miejsca. Po przebiegnięciu trzy tysiące sześciuset metrów należał mu się ten nieszczęsny padok i dzień odpoczynku. Zdecydowanie mogłam być zadowolona z tego treningu, albowiem Pompeii spisał się niewiarygodnie dobrze jak na 3 latka. Co prawda od dawna wiedzieliśmy, że dobrze wylegitymowany otrzyma dużo większe szanse, jednakże to właśnie w tej gwiazdce pokładaliśmy największe nadzieje. To właśnie on był przyszłością hodowli. A teraz? Teraz stał przede mną zmęczony, oblepiony w błocie i pocie, przygotowujący się się do kolejnego wyczerpującego startu.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz