konie: Pompeii
dżokeje: Effie Collins
Zimno, zimno, cholernie zimno. Nie mam najmniejszego pojęcia czemu konie musimy trenować o czwartej rano, kiedy na dworze każdy organizm zamarza, a mgła powleka wszystko niczym rozlewające się mleko. Takie nieprofesjonalne przykrycie realnego świata. Realia wyglądały tak, że nasza stajnia miała się całkiem dobrze i jedna z właścicielek Winter Mist wypatrzyła gniadą gwiazdkę podczas jednego z wyścigów. Nie mogę powiedzieć, że było mi źle z powodu jego sprzedaży, jednak nagłe rozstanie się z pierwszym z ogierów było niesamowitym przeżyciem. Detalli ku mojemu zadowoleniu postanowiła zostawić gniadego jeszcze jeden tydzień pod nasza opieką. Może uznałam to za powinność i sama zajęłam się jego treningiem, a może chciałam się po prostu pożegnać z Pompeii'em? Jego kondycja zmierzała w bardzo dobrym kierunku, trening wręcz rozwijał młodego, więc kontynuując program treningowy postanowiłam zabrać go klasycznie na tor roboczy.
Przypuszczam, że gdy tylko weszłam do boksu ogier zwyczajnie spał, jednakże zrobił wszystko by nie okazać tego. Czyżby uważał swoje wzorowe zachowanie za coś wręcz nieodpowiedniego? Jak już wspominałam zrobił wszystko, żebym zapomniała o aniołku zastanym z rana. Kiedy tylko postawił czujne uszy, wiedziałam że wymyślił coś banalnego. Zabrałam jego czerwony kantar z drzwi boksu, po czym zaczęłam powoli podchodzić. Gniady stanowczo zaczął się cofać pod ścianę, głośno rżąc. Zagwizdałam lekko, próbując go uspokoić. Skończyło się na gwałtownym stanięciu dęba i jeszcze donośniejszym świstem konia. Naprawdę nienawidziłam kiedy jakikolwiek z wierzchowcy to robił, chociaż raczej nie dało się tego uniknąć w wyścigowym świecie. Kolejny świst.
- Cholerny Pompeii! - zakrzyczałam, przybliżając się do niespokojnego konia.
Zatrzymałam się, sprawdzając jak daleko ogier się jeszcze posunie. Obrócił się tyłem do mnie, stając ponownie na tylnych nogach, a następnie:
- O nie, nie, nie – natychmiast otworzyłam boks i usiadłam na betonie, unikając mocnego kopnięcia.
Ogier zdecydowanie nie należał do posłusznych koni, a już na pewno nie do tych wahających się. Złapałam beżową linkę, która raczej nie należała do nas i stanęłam w wejściu. Pompeii odwrócił się, nachalnie prąc na mnie. Szybko założyłam mu kantar i dziękowałam za to, że jestem na tyle wysoka, by dosięgnąć do jego wysoko podnoszonej głowy. Mocno pociągnęłam głowę konia w dół. Bardzo długo po tym zastanawiałam się, która część paliczków sprawia najmocniejszy ból. Gniady obniżył łeb tylko o połowę wysokości. Wystarczyło, by podpiąć znalezioną linkę. Spojrzałam na ogiera. Wydawał się niesamowicie zdeterminowany, a jego oczy niby płonęły zachłannością. Strzeżcie się tego konia trenerzy i dżokeje. Genialny i niebezpieczny. Czy właśnie tego potrzebuje świat wyścigów? Szczerze oraz podświadomie właśnie tego pragnęłam. Wyprowadziłam konia z boksu, otwierając szeroko kolejne drzwi. Dobra widoczność była nikłym marzeniem, ponieważ przede mną jedynym zauważalnym punktem była czerwona stal karuzeli. Pompeii zadrżał. Zdecydowanym ruchem pociągnęłam jeszcze raz jego kantar, po czym ruszyłam w stronę maszyny. Nie mogę powiedzieć, że szedł spokojnie. Wyrwał gwałtownie do przodu, cofnął się i skoczył mocno w bok, jednakże nie na tyle aby wyrwać mi się z ręki. Złapałam mocniej plecionej liny i kontynuowałam bezsilnie szarpaninę. Dotarcie do łańcucha zapisze do naszych tegorocznych sukcesów, szczególnie jeśli chodzi o potomka Mecoma. Genialny długodystansowiec był Australijskim championem, chociaż jego wytrzymałość zazwyczaj była jedynym atutem. Kupując go bałam się, iż tak samo jak ojciec nie będzie mógł się rozpędzić na ostatniej prostej, jednak istniała minimalna szansa, że dostanie również coś po matce. Aktualnie mogę kłaniać się za idealny wybór konia i udawać, że wszystko przewidziałam. Samo sprowadzenie go aż z Anglii było nie lada wyzwaniem. A teraz? Gniady śmiało rzucał się po karuzeli, chcąc wyrwać kolejny łańcuch. Co chwilę piaszczyste podłoże latało gdzieś nad moją głową, ponieważ kochany nie umiał nie narobić bałaganu wokół siebie. Zostawiłam go, ruszając na poszukiwanie własnego sprzętu i czystej ścierki. Jeśli ktoś myślał, że spróbuje go dokładniej wyczyścić przed treningiem na miękkim piasku, może tylko pomarzyć o pracy trenera. Nawet moje siodło znalazło się dość szybko, chociaż leżało przy ostatnim, pustym boksie, czyli daleko od swojego miejsca. Wygodna, miękka panterka miała zapewnić mi jakąkolwiek wygodę, jeżeli ogólnie możemy o niej mówić przy pracy z wyścigowcami. Szczotki minęłam tylko klnąc o utrzymaniu tego wszystkiego w jakimkolwiek poczuciu czystości. Rzuciłam całość tuż przy otwartym boksie ogiera, po czym wyszłam po niego. Jak się okazało stępował idealnie, udając, że jego nieposłuszeństwo było czymś w stylu okresu czy depresji. Poklepałam go mocno po szyi, przy czym przepięłam z powrotem na leżącą obok linkę. Gdybym nie obawiała się, iż zaraz znowu zacznie się wyrywać, zapewne założyłabym mu ogłowie. Niepewność, to właśnie był punkt, który nas pogrążał. Pompeii był na tyle młody, że potrafił wyrządzić nie tylko komuś, ale przede wszystkim sobie krzywdę. Nie zważał na przeciwności i ból. Koń bogów? Podpięłam go na środku stajni, starając się ograniczyć jego ruchy. Mimo samego przeczyszczenia kawałkiem materiału zrobiłam to naprawdę dokładnie. Napływ troskliwości spowodował chęć zaplecenia niedawno umytej grzywy, jednakże lenistwo zrobiło swoje. Nawet bez tego wyglądał przepięknie. Mocno zarysowane mięśnie sprawdziłam, przejeżdżając po nich delikatnie ręką. Po wielu gonitwach nie chciałam narażać konia na kontuzje.
Założyłam na ogiera brązowe ogłowie, po czym uregulowałam nowiutkie paski. Ciekawa byłam jak trzyletni koń przyjmie nowe wędzidło, chociaż gumki miały zapewnić brak jakichkolwiek ran w kącikach jego warg. Miałam ogromną nadzieję, że sytuacja sprzed roku nie powtórzy się. To właśnie wtedy po jednym z wyścigów zmuszeni byliśmy do oddania konia w ręce weterynarza, ponieważ zwyczajnie powiesił się na wodzach i nie miał zamiaru puścić. Dżokej próbując zatrzymać gniadego, nie zrobił nic innego jak tylko walczył o prawo do nadawania tempa i kierunku. Nie udało się. Od tamtej pory przytrzymywanie konia było naszym głównym celem. Pompeii nawet nie poruszył się, kiedy podpinałam charakterystyczny popręg. Oczywiście tuż pod siodłem leżała aktualnie czerwona, polarowa derka, by chronić gwiazdę od zwykłych przeziębień. Nie miałam ochoty bawić się w uzdrowiciela i ryzykować zawieszeniem licencji za środki dopingujące. Ogier mocniej pociągnął głową w bok, kiedy upewniałam się, że wszystkie paski są w dobrym stanie i nie ulegną nagłemu przerwaniu. Dopiero po tej porannej rutynie mogliśmy spokojnie (lub mniej spokojnie) wyjść ze stajni. Ponownie zaczęłam drżeć z zimna.
dżokeje: Effie Collins
Zimno, zimno, cholernie zimno. Nie mam najmniejszego pojęcia czemu konie musimy trenować o czwartej rano, kiedy na dworze każdy organizm zamarza, a mgła powleka wszystko niczym rozlewające się mleko. Takie nieprofesjonalne przykrycie realnego świata. Realia wyglądały tak, że nasza stajnia miała się całkiem dobrze i jedna z właścicielek Winter Mist wypatrzyła gniadą gwiazdkę podczas jednego z wyścigów. Nie mogę powiedzieć, że było mi źle z powodu jego sprzedaży, jednak nagłe rozstanie się z pierwszym z ogierów było niesamowitym przeżyciem. Detalli ku mojemu zadowoleniu postanowiła zostawić gniadego jeszcze jeden tydzień pod nasza opieką. Może uznałam to za powinność i sama zajęłam się jego treningiem, a może chciałam się po prostu pożegnać z Pompeii'em? Jego kondycja zmierzała w bardzo dobrym kierunku, trening wręcz rozwijał młodego, więc kontynuując program treningowy postanowiłam zabrać go klasycznie na tor roboczy.
Przypuszczam, że gdy tylko weszłam do boksu ogier zwyczajnie spał, jednakże zrobił wszystko by nie okazać tego. Czyżby uważał swoje wzorowe zachowanie za coś wręcz nieodpowiedniego? Jak już wspominałam zrobił wszystko, żebym zapomniała o aniołku zastanym z rana. Kiedy tylko postawił czujne uszy, wiedziałam że wymyślił coś banalnego. Zabrałam jego czerwony kantar z drzwi boksu, po czym zaczęłam powoli podchodzić. Gniady stanowczo zaczął się cofać pod ścianę, głośno rżąc. Zagwizdałam lekko, próbując go uspokoić. Skończyło się na gwałtownym stanięciu dęba i jeszcze donośniejszym świstem konia. Naprawdę nienawidziłam kiedy jakikolwiek z wierzchowcy to robił, chociaż raczej nie dało się tego uniknąć w wyścigowym świecie. Kolejny świst.
- Cholerny Pompeii! - zakrzyczałam, przybliżając się do niespokojnego konia.
Zatrzymałam się, sprawdzając jak daleko ogier się jeszcze posunie. Obrócił się tyłem do mnie, stając ponownie na tylnych nogach, a następnie:
- O nie, nie, nie – natychmiast otworzyłam boks i usiadłam na betonie, unikając mocnego kopnięcia.
Ogier zdecydowanie nie należał do posłusznych koni, a już na pewno nie do tych wahających się. Złapałam beżową linkę, która raczej nie należała do nas i stanęłam w wejściu. Pompeii odwrócił się, nachalnie prąc na mnie. Szybko założyłam mu kantar i dziękowałam za to, że jestem na tyle wysoka, by dosięgnąć do jego wysoko podnoszonej głowy. Mocno pociągnęłam głowę konia w dół. Bardzo długo po tym zastanawiałam się, która część paliczków sprawia najmocniejszy ból. Gniady obniżył łeb tylko o połowę wysokości. Wystarczyło, by podpiąć znalezioną linkę. Spojrzałam na ogiera. Wydawał się niesamowicie zdeterminowany, a jego oczy niby płonęły zachłannością. Strzeżcie się tego konia trenerzy i dżokeje. Genialny i niebezpieczny. Czy właśnie tego potrzebuje świat wyścigów? Szczerze oraz podświadomie właśnie tego pragnęłam. Wyprowadziłam konia z boksu, otwierając szeroko kolejne drzwi. Dobra widoczność była nikłym marzeniem, ponieważ przede mną jedynym zauważalnym punktem była czerwona stal karuzeli. Pompeii zadrżał. Zdecydowanym ruchem pociągnęłam jeszcze raz jego kantar, po czym ruszyłam w stronę maszyny. Nie mogę powiedzieć, że szedł spokojnie. Wyrwał gwałtownie do przodu, cofnął się i skoczył mocno w bok, jednakże nie na tyle aby wyrwać mi się z ręki. Złapałam mocniej plecionej liny i kontynuowałam bezsilnie szarpaninę. Dotarcie do łańcucha zapisze do naszych tegorocznych sukcesów, szczególnie jeśli chodzi o potomka Mecoma. Genialny długodystansowiec był Australijskim championem, chociaż jego wytrzymałość zazwyczaj była jedynym atutem. Kupując go bałam się, iż tak samo jak ojciec nie będzie mógł się rozpędzić na ostatniej prostej, jednak istniała minimalna szansa, że dostanie również coś po matce. Aktualnie mogę kłaniać się za idealny wybór konia i udawać, że wszystko przewidziałam. Samo sprowadzenie go aż z Anglii było nie lada wyzwaniem. A teraz? Gniady śmiało rzucał się po karuzeli, chcąc wyrwać kolejny łańcuch. Co chwilę piaszczyste podłoże latało gdzieś nad moją głową, ponieważ kochany nie umiał nie narobić bałaganu wokół siebie. Zostawiłam go, ruszając na poszukiwanie własnego sprzętu i czystej ścierki. Jeśli ktoś myślał, że spróbuje go dokładniej wyczyścić przed treningiem na miękkim piasku, może tylko pomarzyć o pracy trenera. Nawet moje siodło znalazło się dość szybko, chociaż leżało przy ostatnim, pustym boksie, czyli daleko od swojego miejsca. Wygodna, miękka panterka miała zapewnić mi jakąkolwiek wygodę, jeżeli ogólnie możemy o niej mówić przy pracy z wyścigowcami. Szczotki minęłam tylko klnąc o utrzymaniu tego wszystkiego w jakimkolwiek poczuciu czystości. Rzuciłam całość tuż przy otwartym boksie ogiera, po czym wyszłam po niego. Jak się okazało stępował idealnie, udając, że jego nieposłuszeństwo było czymś w stylu okresu czy depresji. Poklepałam go mocno po szyi, przy czym przepięłam z powrotem na leżącą obok linkę. Gdybym nie obawiała się, iż zaraz znowu zacznie się wyrywać, zapewne założyłabym mu ogłowie. Niepewność, to właśnie był punkt, który nas pogrążał. Pompeii był na tyle młody, że potrafił wyrządzić nie tylko komuś, ale przede wszystkim sobie krzywdę. Nie zważał na przeciwności i ból. Koń bogów? Podpięłam go na środku stajni, starając się ograniczyć jego ruchy. Mimo samego przeczyszczenia kawałkiem materiału zrobiłam to naprawdę dokładnie. Napływ troskliwości spowodował chęć zaplecenia niedawno umytej grzywy, jednakże lenistwo zrobiło swoje. Nawet bez tego wyglądał przepięknie. Mocno zarysowane mięśnie sprawdziłam, przejeżdżając po nich delikatnie ręką. Po wielu gonitwach nie chciałam narażać konia na kontuzje.
Założyłam na ogiera brązowe ogłowie, po czym uregulowałam nowiutkie paski. Ciekawa byłam jak trzyletni koń przyjmie nowe wędzidło, chociaż gumki miały zapewnić brak jakichkolwiek ran w kącikach jego warg. Miałam ogromną nadzieję, że sytuacja sprzed roku nie powtórzy się. To właśnie wtedy po jednym z wyścigów zmuszeni byliśmy do oddania konia w ręce weterynarza, ponieważ zwyczajnie powiesił się na wodzach i nie miał zamiaru puścić. Dżokej próbując zatrzymać gniadego, nie zrobił nic innego jak tylko walczył o prawo do nadawania tempa i kierunku. Nie udało się. Od tamtej pory przytrzymywanie konia było naszym głównym celem. Pompeii nawet nie poruszył się, kiedy podpinałam charakterystyczny popręg. Oczywiście tuż pod siodłem leżała aktualnie czerwona, polarowa derka, by chronić gwiazdę od zwykłych przeziębień. Nie miałam ochoty bawić się w uzdrowiciela i ryzykować zawieszeniem licencji za środki dopingujące. Ogier mocniej pociągnął głową w bok, kiedy upewniałam się, że wszystkie paski są w dobrym stanie i nie ulegną nagłemu przerwaniu. Dopiero po tej porannej rutynie mogliśmy spokojnie (lub mniej spokojnie) wyjść ze stajni. Ponownie zaczęłam drżeć z zimna.
Niestety
nie wyposażyłam się w schodki, a krótkie strzemiona nie
pozostawiały mi złudzeń. Nie miałam szans sama wsiąść. Trzeba
było albo obudzić chłopców albo skorzystać z przedmiotów
martwych. Wykorzystałam pobliskie dwie belki siana, ustawiając je
jedna na drugiej. Delikatnie złapałam się siodła, po czym
wskoczyłam na nie. Pasza przewróciła się pod nogi konia, a ten w
popłochu przeskoczył na bok. Odruchowo podniosłam ręce wyżej,
jeszcze bardziej denerwując konia, który zaczął się podnosić.
Ruszył szybkim krokiem do tyłu, wpadając na wiszący łańcuch.
- Spokojnie – jęknęłam.
Reagowałam niemal identycznie jak on. Kiedy się denerwował, ponosiły mnie emocje, a kiedy uspokajał, miałam wrażenie, iż zasypiam razem z nim. Oboje wymagaliśmy tego drugiego. Bez żadnych emocji, miarowo oddychając. Spróbowałam ponownie zrobić krok do przodu i tym razem się udało. Nie sprawiało mu to najmniejszych problemów, więc skierowaliśmy się na tor roboczy. W tak zimny poranek nie chciałam robić zbyt gwałtownej rozgrzewki, dlatego też przejechaliśmy stępem aż do samego toru. Unosiła się nad nim mroczna mgiełka, spowijająca gwałtowne emocje. Pompeii patrzył na nią ciekawsko i myślał raczej o treningu w nadzwyczaj szybkim tempie. Miałam na celu przygotowanie ogiera na bardzo długie dystanse, więc postanowiłam utrzymać mocne tempo już od początku i mimo to dobrze zakończyć. Przejechałam przez środek, po czym wjechałam na wewnętrzną ścieżkę, która służyła mi raczej za tor do kłusowania. Pompeii ruszył dość żwawo, co chwilę przechodząc do półkentra. Pod koniec okrążenia miałam cholernie dość siłowania się z nim i puściłam go w końcu ukochanym chodem. O dziwo nie leciał do przodu, a nawet nie napierał zbytnio na wodzę. Skłoniło mnie to do zastanowienia się czy to aby na pewno ten sam koń. Wyjechałam w wolnym tempie na główne koło i ruszyłam dość delikatnie. Pompeii szedł naprawdę mozolnie, niemal zebranym galopem, którego nigdy nie wymaga się od koni wyścigowych. Musiałam go chociaż trochę ruszyć. Przed nami było trzy tysiące metrów, czyli około półtora okrążenia. Bardzo intensywny trening i dla ogiera i dla mnie. Popędziłam gniadego, mocniej przykładając łydki. Prawdą jest, iż szedł półkentrem, jednakże nawet to nie wystarczało. Próbował wieszać się na wodzach, czego najbardziej nienawidziłam. Puściłam je prawie całkiem, a on wyciągnął ochoczo łeb prawie pod same nogi, potykając się. Szarpnęłam lewą, a następnie prawą ręką za wodzę. Podniósł łeb, lecz niemalże wyrwał mi paski, trzymane w dłoniach. Zrobił to na tyle mocno, że przez kolejne trzydzieści musiałam je zbierać. Właśnie w ciągu tych trzydziestu metrów koń zdołał się rozpędzić. Podniosłam wysoko głowę, przy czym dopiero teraz zauważyłam, że jadę niebezpiecznie blisko zewnętrznej bandy. Pompeii umiał skakać, niezbyt dobrze, ale umiał. Niekoniecznie bałam się, że jednym ruchem przejedziemy na trzecie koło, ale o zdrowie konia. Gdyby wpadł na stalową barierkę, kto wie co mogłoby się stać. Szarpnęłam bezzwłocznie za lewą wodzę, automatycznie odciągając gwałtownie głowę konia w tą samą stronę. Ogier nagle pałając energią, w ramach protestu wyrwał mi niezbyt delikatnie tą samą część ogłowia, po czym mocno naparł na wędzidło. W duchu prosiłam, żeby tego nie robił, jednakże kiedy moje prośby nie zostały wysłuchane, postanowiłam zwyczajnie poluźnić zaciśnięte dłonie. Nie trzymałam go nawet na kontakcie, ponieważ zwyczajnie się nie dało. Może ufałam mu na tyle, iż wierzyłam, że nie wbiegnie między przeszkody? Nie wbiegł. Dzielnie, lecz z nieco większym tempem galopował przed siebie, bym na kolejnej krótkiej prostej mogła odzyskać kontrolę nad jego ruchami. Zostało nam około tysiąca metrów, a Pompeii nie wydawał się ani pełny energii ani osłabiony. 'Taki nijaki' jakby mogli to określić niektórzy. Nie chciałam go jeszcze posłać, jednakże zrezygnowałam z marzeń, że ogier sam przyspieszy bez jakiegokolwiek poczucia rywalizacji.
- Kotek, ruszamy – moja głowa znalazła się nisko przy jego uchu.
Cofnęłam nogi do tyłu, by nie stawiać oporu i zwyczajnie nie hamować konia, po czym machnęłam ręką po prawej stronie gniadego. Żałowałam, iż nie mam przy sobie palcata, chociaż nie preferowałam tego środka, albowiem wierzchowce potrafiły się po prostu zrazić do ścigania. Nie to było naszym celem. Wysunęłam lekko ręce do przodu, jednakże starając się oszczędzać siły na sam finisz. Ciężki, zbity piach bez oporów wysypywał się spod kopyt konia. Słyszałam szum w uszach, czułam owiewający mnie wiatr oraz każdy ruch mięśni. Zwinny i elastyczny krok dodawał otuchy i szybkości. Mknęliśmy nie zważając na prawa fizyki, chociaż wściekli na jej nieubłagalną prawdziwość. Pompeii pokazał, że stać go na wiele i zdecydowanie najlepiej czuje się właśnie na długich dystansach, gdzie może zaskakiwać. Pierwszy raz nie musiałam się z nim siłować, a jazda sprawiała mi nieopisaną przyjemność. Zamiast skupienia i zatroskania na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Cudowne uczucie. Wychować tak genialnego konia, przyszłego championa o idealnej budowie, charakterze, temperamencie jak i papierach. Nie powiem, że dotarłam do celu, lecz w końcu udało nam się obrać właściwą drogę ku niemu oraz przekonać ogiera do jego samego. Zwinnie minęliśmy bramkę toru, po czym zaczęliśmy zwalniać.
- Spokojnie – jęknęłam.
Reagowałam niemal identycznie jak on. Kiedy się denerwował, ponosiły mnie emocje, a kiedy uspokajał, miałam wrażenie, iż zasypiam razem z nim. Oboje wymagaliśmy tego drugiego. Bez żadnych emocji, miarowo oddychając. Spróbowałam ponownie zrobić krok do przodu i tym razem się udało. Nie sprawiało mu to najmniejszych problemów, więc skierowaliśmy się na tor roboczy. W tak zimny poranek nie chciałam robić zbyt gwałtownej rozgrzewki, dlatego też przejechaliśmy stępem aż do samego toru. Unosiła się nad nim mroczna mgiełka, spowijająca gwałtowne emocje. Pompeii patrzył na nią ciekawsko i myślał raczej o treningu w nadzwyczaj szybkim tempie. Miałam na celu przygotowanie ogiera na bardzo długie dystanse, więc postanowiłam utrzymać mocne tempo już od początku i mimo to dobrze zakończyć. Przejechałam przez środek, po czym wjechałam na wewnętrzną ścieżkę, która służyła mi raczej za tor do kłusowania. Pompeii ruszył dość żwawo, co chwilę przechodząc do półkentra. Pod koniec okrążenia miałam cholernie dość siłowania się z nim i puściłam go w końcu ukochanym chodem. O dziwo nie leciał do przodu, a nawet nie napierał zbytnio na wodzę. Skłoniło mnie to do zastanowienia się czy to aby na pewno ten sam koń. Wyjechałam w wolnym tempie na główne koło i ruszyłam dość delikatnie. Pompeii szedł naprawdę mozolnie, niemal zebranym galopem, którego nigdy nie wymaga się od koni wyścigowych. Musiałam go chociaż trochę ruszyć. Przed nami było trzy tysiące metrów, czyli około półtora okrążenia. Bardzo intensywny trening i dla ogiera i dla mnie. Popędziłam gniadego, mocniej przykładając łydki. Prawdą jest, iż szedł półkentrem, jednakże nawet to nie wystarczało. Próbował wieszać się na wodzach, czego najbardziej nienawidziłam. Puściłam je prawie całkiem, a on wyciągnął ochoczo łeb prawie pod same nogi, potykając się. Szarpnęłam lewą, a następnie prawą ręką za wodzę. Podniósł łeb, lecz niemalże wyrwał mi paski, trzymane w dłoniach. Zrobił to na tyle mocno, że przez kolejne trzydzieści musiałam je zbierać. Właśnie w ciągu tych trzydziestu metrów koń zdołał się rozpędzić. Podniosłam wysoko głowę, przy czym dopiero teraz zauważyłam, że jadę niebezpiecznie blisko zewnętrznej bandy. Pompeii umiał skakać, niezbyt dobrze, ale umiał. Niekoniecznie bałam się, że jednym ruchem przejedziemy na trzecie koło, ale o zdrowie konia. Gdyby wpadł na stalową barierkę, kto wie co mogłoby się stać. Szarpnęłam bezzwłocznie za lewą wodzę, automatycznie odciągając gwałtownie głowę konia w tą samą stronę. Ogier nagle pałając energią, w ramach protestu wyrwał mi niezbyt delikatnie tą samą część ogłowia, po czym mocno naparł na wędzidło. W duchu prosiłam, żeby tego nie robił, jednakże kiedy moje prośby nie zostały wysłuchane, postanowiłam zwyczajnie poluźnić zaciśnięte dłonie. Nie trzymałam go nawet na kontakcie, ponieważ zwyczajnie się nie dało. Może ufałam mu na tyle, iż wierzyłam, że nie wbiegnie między przeszkody? Nie wbiegł. Dzielnie, lecz z nieco większym tempem galopował przed siebie, bym na kolejnej krótkiej prostej mogła odzyskać kontrolę nad jego ruchami. Zostało nam około tysiąca metrów, a Pompeii nie wydawał się ani pełny energii ani osłabiony. 'Taki nijaki' jakby mogli to określić niektórzy. Nie chciałam go jeszcze posłać, jednakże zrezygnowałam z marzeń, że ogier sam przyspieszy bez jakiegokolwiek poczucia rywalizacji.
- Kotek, ruszamy – moja głowa znalazła się nisko przy jego uchu.
Cofnęłam nogi do tyłu, by nie stawiać oporu i zwyczajnie nie hamować konia, po czym machnęłam ręką po prawej stronie gniadego. Żałowałam, iż nie mam przy sobie palcata, chociaż nie preferowałam tego środka, albowiem wierzchowce potrafiły się po prostu zrazić do ścigania. Nie to było naszym celem. Wysunęłam lekko ręce do przodu, jednakże starając się oszczędzać siły na sam finisz. Ciężki, zbity piach bez oporów wysypywał się spod kopyt konia. Słyszałam szum w uszach, czułam owiewający mnie wiatr oraz każdy ruch mięśni. Zwinny i elastyczny krok dodawał otuchy i szybkości. Mknęliśmy nie zważając na prawa fizyki, chociaż wściekli na jej nieubłagalną prawdziwość. Pompeii pokazał, że stać go na wiele i zdecydowanie najlepiej czuje się właśnie na długich dystansach, gdzie może zaskakiwać. Pierwszy raz nie musiałam się z nim siłować, a jazda sprawiała mi nieopisaną przyjemność. Zamiast skupienia i zatroskania na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Cudowne uczucie. Wychować tak genialnego konia, przyszłego championa o idealnej budowie, charakterze, temperamencie jak i papierach. Nie powiem, że dotarłam do celu, lecz w końcu udało nam się obrać właściwą drogę ku niemu oraz przekonać ogiera do jego samego. Zwinnie minęliśmy bramkę toru, po czym zaczęliśmy zwalniać.
Po
tak wyczerpującym treningu nie mogłam zostawić Pompeiia w
karuzeli, lecz musiałam przynajmniej w połowie uspokoić jego
wyścigowe serce. Wydaje mi się, że miałam dość twardego piachu,
który czułam przy każdym ruchu ogiera, więc wjechałam spokojnie
na jeszcze zieloną trawę. Mgła nadal nie opadła, dlatego też
uważnie podjeżdżałam do każdej z przeszkód tak, by wierzchowiec
nie spłoszył się. Ciekawsko strzygł uszami, a stęp przerodził
się w zebrany kłus. Droczenie się z nim było bezsensowne, więc
jeśli chciał kłusować to mu tego nie zabraniałam. Oczywiście
pewne ograniczenia zawsze istniały.
Nieco
spokojniejszy oddech upewnił mnie w stwierdzeniu, iż mogę wracać.
Nie śpieszyło mi się, jednakże zimne powiewy wiatru nie tylko mi
zaczęły się coraz dotkliwiej dawać się we znaki. Okropne zimno
przeszywało nawet moją kurtkę, którą byłam szczelnie okryta.
Nie ukrywam, szczerze mówiąc bałam się, czy półderka Pompeiia
mu wystarcza. Ogier mocno spocony żwawo kierował się do stajni. Po
łopatkach ciekła mu lepiąca piana, a wędzidło wyraźnie, ładnie
przeżuwał. Była wymaganym, lecz niezbyt przyjemnym skutkiem
dobrego treningu dla wyścigowca. Moje ręce okropnie się kleiły od
białej substancji, a wodza zrobiła się biało-żółta. Chętnie
zaczęłabym jęczeć, jednakże cóż by to dało? Ewentualne
obudzenie moich młodych dżokei, kiedy mogłam sama w porannym,
ostrym powietrzu przetrenować to co miałam w planach, a co
najważniejsze sama odczuwałam skutki treningu i byłam świadoma
błędów jakie popełniam i ja i koń. Po dzisiejszej jeździe
postanowiłam dać ogierowi dwa dni wolnego, ponieważ jego
początkowe tempo zaczynało mnie coraz bardziej zastanawiać. Nie
mogłam go przetrenować, albowiem ogier nie wróciłby do aktualnej
świetności. Nie potrafiłby skupić w się w sobie na tyle mocno,
by odzyskać formę. Warto było poćwiczyć samą ostatnią prostą.
Uważam, że szybkość jest kwestią sporną u Pompeii'a. Brakuje mu
odpowiedniego (w jego przypadku maksymalnego)wyciągnięcia kończyn,
chociaż aktualnie nie wyglądało to najgorzej. Nawiązanie kontaktu
na przykład ze Sweet powinno mu zdecydowanie pomóc, jak również
kilka treningów płotowych. Plan treningowy nie był zbyt barwny, a
wręcz żmudny, więc obmyślanie go sprawiało najwięcej
satysfakcji, oczywiście poza efektami. Elastyczny krok gniadego,
który zaczął miarowo obijać kopytami o beton, zapewne słyszalny
był w sporej odległości. Młodego należało jeszcze szybko
rozebrać i wstawić z powrotem do maszyny. Rzuciłam siodło wraz z
ogłowiem gdzieś przy wejściu stajni, po czym zmieniłam derkę na
suchą. Pompeii wydawał się dymić, co przy mgle dawało
niesamowity efekt. Umięśniona sylwetka konia rysowała się po raz
kolejny na tle mlecznej substancji, pozwalając na dostrzeżenie
jednolitej i harmonijnej całości. Weszłam do stajni, rozcierając
zmarznięte ręce, po czym zabrałam się za budzenie reszty moich,
kochanych wyścigowców.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz