konie: Sweet Louise, Niezapomniany, Magia
dżokeje: Effy (cocaine), William, Kyle
*Eff*
Świąteczne lenistwo jest takie... piękne, zabawne i oryginalne, ale cóż najwyższa pora zabrać się za przygotowywanie naszych dwulatków. Skromnie mówiąc, młode w tym roku trafiły nam się naprawdę świetne i niestety pełne ignorancji. Może to i przeczucie, ale wydaje mi się, że będą sprawiały wiele kłopotów. Proszę, my sobie z nimi nie poradzimy?
Nie było wcale tak wcześnie. Piątka koni nie sprawia dużo problemów, a trenowanie w nocy jest całkiem bez sensu, więc wyobraźcie sobie moje zadowolenie, kiedy mogłam wstać spokojnie o ósmej i zejść na jakże odmienne śniadanie.
- Dobry, jesteście gotowi? - spytałam z charakterystyczną, poranną chrypą panów siedzących przy stole.
Mimo późnej godziny, chłopcy o mało nie zasypiali przy stole, pijąc kolejne kubki ulubionej herbaty. Jeden z nich podał mi Kyle, ściągając brwi i potwierdzając, że myślenie sprawia mu aktualnie okropnie dużo zachodu. Za dużo.
- Morning Eff - zajęczał William, który właśnie rysował idealne obrazki wylaną cieczą na stole.
- Wilciam, ho hey, idźże czyścić maluchy - chciałam rozbudzić szatyna, który tylko jeździł palcami przy moim talerzu.
Szybko reagując, Kyle próbował się dowiedzieć, co powinien zrobić:
- Nie możemy wziąć wszystkich, jest nas zwyczajnie za mało. Weźmy Louise i arabki, a potem ewentualnie ja i Will pojedziemy na Topku i Dzieciaku.
Chłopak jeszcze przez dłuższą chwilę mruczał pod nosem na temat opcji, a zmęczony artysta tylko trzasnął drzwiami, wcześniej zabierając ulubioną, czarną kurtkę i niebieski toczek.
- Kyle - zawołałam nadal mówiącego do siebie chłopaka - Kyle!
- Tak, tak już idę... - otworzył szeroko oczy - ale dziewczyno, mogłabyś się przynajmniej ubrać!
Uśmiechnęłam się delikatnie, poprawiając rozsypane włosy.
- Zimno jest, przeziębisz się - dodał wychodząc.
Tyle ich widziałam przez najbliższe trzydzieści minut. Spokojnie założyłam czarno-szare bryczesy, ciemno-szary, pleciony sweter i długie buty, po czym mogłam udać się w końcu do łazienki, by ogarnąć stylowy wyraz twarzy, jak i najlepszą fryzurę na świecie. Świetne połączenie, tworzące artystyczny nieład.
Oczywiście nie obeszło się bez dziecinnego uśmiechu i powiedzenia sobie 'good luck'. Tak patrząc wstecz, wiele razy takie słowa pomagały, nadawały pewności i sercu i umysłowi.
W końcu, cicho śpiewając, znalazłam się w cieplutkiej i... dość brudnej stajni.
- Chcecie mi powiedzieć, co się tu dzieje? - zamrugałam szybko, chcąc pozbyć się kurzu z oczu.
Nie powiem, że było to możliwe, gdyż jego spora ilość przeszkadzała nawet w oddychaniu, jednakże był to już odruch nabyty po pobytach w pierwszych stajniach.
- Eff, najpierw trzeba zrobić boksy, zanim weźmiemy młode - ledwo widoczny Kyle, wychylił się z boksu Magi, która niemal oszalała widząc chłopaka wymachującego widłami.
- Czy wy oszaleliście?! - wrzasnęłam, przez co wszyscy nagle zamarli.
Bystre osiem par oczu i dwie mniej błyskotliwe (dzisiejszego dnia) patrzyło uważnie w jeden punkt. Bali się nawet wydychanego przeze mnie powietrza.
I dobrze.
'Raz, dwa, trzy, cztery, pięć' liczyłam głęboko oddychając. Spokojnie, byle spokojnie.
Ton głosu przybrał normalny ton, co było wymagane, bym znowu mogła się odezwać:
- Kyle, bierz Magię, a ty Will, dostajesz dzisiaj Niezapomnianego. Osobiście wsiądę na Sweetie - rzeczywiście brzmiałam całkiem nieźle. - Tylko szybko, proszę - dodałam, nabierając jeszcze raz duszącego powietrza.
Chłopcy skierowali się do siodlarni, wybierając własny sprzęt, ponieważ aktualnie ten idealnie dopasowany jeszcze nie przyszedł i szczerze wątpiłam, że zostanie dostarczony do końca tego tygodnia.
Osobiście zabrałam tylko różowe ogłowie oraz suchy, niewielki ręcznik tego samego koloru. Wróć, kawałek materiału wcale nie był już tak czysty, więc jego kolor był trudny do określenia. Dzięki łagodnej zimie zostanę zapędzona do prania. Jest to na pewno moje ulubione zajęcie w tak krótkie dni, możecie być pewni! Zresztą pranie rzeczywiście by się przydało, ponieważ zaczynało brakować czystego materiału pod siodła, cóż, cóż, cóż, może innym razem.
Szybko weszłam do boksu Sweet Louise, która wesoło się mną przywitała, mrużąc oczy na swój własny, zabawny sposób. Była przecież prawdziwą damą, także czego innego mogłam się spodziewać? Klaczka wtuliła łeb w mój sweter, po czym dokładnie obwąchała w poszukiwaniu cukru. Oczywiście znalazła go. Oczywiście, nie powinnam tak rozpieszczać naszych wyścigowców, ponieważ podawanie takich rzeczy przed wyścigiem jest oficjalnie zabronione, a konie mogłyby zacząć uznawać to za zwyczaj, jednakże zwyczajnie nie miałam serca odmówić moim pupilom. Poklepałam coraz starszą klacz po szyi, po czym zaczęłam dokładnie ocierać ją z kurzu, który nadal zabawnie się unosił wokół nas, tworząc w słońcu całkiem urokliwą mgiełkę. Czyszcząc Louise dokładnie sprawdzałam każdy centymetr jej pięknie wyrzeźbionego ciała, przy czym mogłam ocenić i jej odpowiednie tętno, jak i budowę, która nie była daleka od ideału. Żadnych ran, zadrapań czy niepokojących guzków. Wydawała się wypoczęta i wyjątkowo żywa, co niestety miało być dzisiaj niewykorzystane. Przecież nie chciałam pozabijać moich dżokei. Ale wracając, Louise naprawdę nabrała kondycji, a kilka milimetrów zbędnego tłuszczu zamieniło się w ładną tkankę mięśniową, która miała ułatwić nam pracę przy właściwych wyścigach. Niemal podskoczyłam, strasząc konia, kiedy Kyle obwieścił mi, że są już gotowi, a ja nawet nie założyłam ogłowia. Na szczęście nie robi się tego zbyt długo, tak więc po dwóch minutach byłam podsadzana przez niego na miękki grzbiet Louise. On sam wsiadł z pomocą Williama na gniadą klaczkę, a Allen... jakoś sobie poradził, chociaż Niezapomniany zapewnił mu już na początku sporo rozrywki.
Szeroko otwarte drzwi zostawiliśmy daleko za sobą, obwieszczając wesoło, że wyjeżdżamy na tor. Nikt nie milczał, nie było nieręcznie, śmiechy pogodnie roznosiły się po okolicy, która lśniła w blasku słońca. Dzień idealny, można by powiedzieć.
Każde z nas mimo wszystko, skupiało się na swoim koniu. Ja akurat miałam najmniej problemu z Louise, ponieważ doświadczona klacz była tu tylko po to, by poprowadzić dwulatki. Za nią szedł szalejący Niezapomniany, postawiony w dość kłopotliwej sytuacji, ponieważ niestety musiał iść za płcią przeciwną, co równało się z minimalnie mniejszymi szansami na przeżycie. Magia natomiast szła równie dziarsko z tyłu, popędzana jednakże przez Kyle'a. Wszyscy luźno trzymaliśmy wodzy, by spokojnie kierować końmi, które już tak opanowane nie były. Trzeba dać im trochę czasu, by przeszły przez chwile buntu i przede wszystkim by nie załamały się psychicznie. Tego jedynego błędu nie wolno było popełnić nikomu z naszej trójki. Reszta po prostu ma się nie dotykać do moich koni. Delikatne ruchy chłopców, niemal wzruszały. To niecodzienny widok, szczególnie po tak intensywnym sezonie, gdzie każdy koń wyrywał ręce, a kręgosłup wymagał specjalistycznego leczenia, nie wspominając o czterech połamanych żebrach. Brak śniegu widocznie nam sprzyjał i pozwolił na całe dość wolne okrążenie w kłusie na torze. Chociaż młode zaczęły się już pocić, czekało je jeszcze jedno, bardziej dotkliwe koło. Nie chcąc narażać ich na zbytnie przemęczenie, uspokoiłam rozjuszoną Louise i lekko siedząc na jej grzbiecie przekłusowałam jeszcze pół prostej. Młode wyraźnie tego potrzebowały. Po pięciuset metrach dałam znak do kentra. Krótkiego, wolnego i niezbyt wymagającego. Idealnego dla takich koni. Mimo to młode nie były najlepsze do prowadzenia, ponieważ w ich krwi pojawiła się iskra, która zapaliła ogień.
*Kyle*
Ciężkie powietrze głośno świszczało wydychane przez Magię, która dzielnie i dość ładnie galopowała. Z zapałem, co najważniejsze.
- Spokojnie, malutka - mówiłem do niej, jednak zbyt oddalony, by usłyszała.
Miarowe tępo, było wyczuwalne na wodzach, które co chwilę gwałtownie wyciągała mi z rąk, podnosząc głowę. Niedobrze. Źle. I jeszcze raz niedobrze.
Położyłem łagodnie ręce tuż przy siodle, by wyrównała oddech, który zdradzał poddenerwowanie. Klaczka pode mną ściągnęła z jeszcze większym zaangażowaniem głowę do dołu, jednak pokonując właściwy odruch, nie zebrałem wodzy, które wyśliznęły mi się gwałtownie z rąk, a wręcz dałem jej jeszcze więcej swobody. Widziała przed sobą wzburzonego Niezapomnianego, który próbował nie tylko uciekać na boki, ale również wycelować w młodą kopytem. Roztrzęsiona gniada drżała pode mną. Charakterystyczna reakcja była na tyle wyczuwalna, że zaczęła mnie istnie niepokoić. Nachyliłem się lekko, siadając jednocześnie w siodle, po czym zacząłem wykonywać delikatne ruchy na jej błyszczącej w słońcu szyi.
Nic nie mówiłem. Skupiona na moich ruchach wyraźnie się rozluźniła, przy czym zaczęła pewniej iść. Lekki galop robi się o wiele przyjemniejszy, kiedy nie musisz obawiać się o własne życie na wystraszonym zwierzęciu. Elastyczne kroki na miękkim, złotym piachu były łagodne i płynne, jednakże nadal przepełnione pożądaniem, które klacz okazała ponownie podnosząc wyżej głowę. Spokojnie. Nie martw się, jeszcze przyjdzie czas, że będziesz ścigać się z własnym powołaniem. Magia. Magiczna Magia. Cóż za ironia.
*William*
'Cholera, cholera, cholera' jedyne o czym mogłem aktualnie myśleć. Pustka w głowie nie dawała mi spokoju, zresztą tak samo jak niebieski koń pode mną. Młody podniósł wysoko, dumnie głowę, przy czym niewyobrażalnie się kręcił po bokach. Wykręciłem mu spokojnie głowę w stronę przeciwną, w którą chciałem skręcić i o dziwo podziałało. Wszystko na odwrót. Usiadłem mocniej w siodle, przy czym dodałem mocno łydki, bardziej ku przypomnieniu Niezapomnianemu, że tam jestem, niż temu, by przyspieszyć. Zażarcie podniósł przednie kończyny, stając na chwilę na tylnych, po czym opadł z jeszcze większym impetem.
- Cholerny koń - mruczałem pod nosem.
Ponowna dawka mojego (tym razem) mocnego kopniaka, mile go zaskoczyła. Odskoczył w bok z odciągniętą w bok głową. Ach, więc teraz ćwiczymy chody boczne? Effy oddaliła się o długość od nas, więc wypadałoby ją delikatnie podgonić, ponieważ wcale nie miałem ochoty walczyć z Niezapomianym, który atakował zawzięcie Magię za nim.
Ucząc się od konia, podniosłem wyżej ręce, po czym jeszcze raz mocniej wbiłem nogę w jego bok. Wyżej głowy nie mógł już podnieść, więc jako inteligenty koń postanowił pozbyć się powodu swoich cierpień i wesolutko podbił się na wszystkich nogach, strzelając z zadu w locie. Jeszcze kopniak, kolejny i ostatni - trzeci, tym razem. Ręce nisko, lecz blisko przy pysku. Czyżby arab się zebrał? Tak, najwyraźniej tak. Chociaż nadal burzliwy i niezbyt wygodny, dał mi do zrozumienia, że boli go mój akt przemocy, który niestety był jedyną opcją. Jasne, wierzyć mi się nie chce, że tak łatwo się poddał. Niemożliwe.
Rozejrzałem się wokół. Praktycznie już kończyliśmy całe okrążenie. Walczenie z Niezapomnianym zajęło mi naprawdę sporo czasu i szczerze mówiąc, ogierek mi również dał mocno w kość... a dokładniej kręgosłup, co nie znaczy, że mi się nie podobało. W końcu jakaś miła odmiana!
*Eff*
Ostatnie dwieście metrów, a Sweet była w wręcz idealnym stanie. Wszyscy wiedząc, że nie jest to koń długodystansowy, jednakże miarowe tempo, pozwoliło jej utrzymać nawet odpowiedni, opanowany oddech. Wydaje mi się, że nawet znudziła się tym przejazdem, ponieważ dama nie zaznała żadnych ciekawych wrażeń, a także była przeze mnie na początku mocno przytrzymywana. Nie wiem czy lubię takie treningi, ponieważ są po prostu mało wyczerpujące, jednakże nie dają takiej satysfakcji jak pełny galop. Oczywiście powietrze owijające się wokół ciała, lecz bez fascynacji, szum w uszach, lecz niewabiący swym dźwiękiem, ruch ciała konia, lecz nieponętny. Każdy krok nadal lekki i elastyczny, idealny wręcz, jakby wyuczony. Głowa na odpowiedniej wysokości, nie za nisko, nie za wysoko nawet o centymetr. Cała Louise. Pani Perfekcyjna. Miękko zakończyłyśmy kenter, kiedy minęłyśmy bramkę, po czym odruchowo obejrzałam się na twarze, zmęczone twarze, chłopców. Kyle oblał róż, jednakże na Williama wystąpiła prawdziwa, płonąca czerwień.
- I jak chłopcy? - uśmiechnęłam się szeroko, ponieważ wyraz ich twarzy widocznie mnie bawił.
Szatyn skrzywił się lekko, próbując wydobyć na światło dzienne odpowiednie słowa. Takie z głębi serca.
Zdołał jednak wydusić, dysząc mocno:
- Cholerny koń, Niezapomniany zostanie niezapomniany.
Przeniosłam wzrok na Jenkinsa:
- I magiczna Magia - uśmiechnął się w czasie między głębokimi wdechami.
O mało się nie udusił, próbując to zrobić.
Machnęłam ręką, strasząc Sweetie, która nastroszyła szybko uszy i zarżała głośno.
- Oj kochanie, przynajmniej z tobą mogę porozmawiać - mimo to i klacz mocniej oddychała.
Pozostało mi rozmawianie z samą sobą lub cieszenie się wyjątkowymi promieniami słońca w środku zimy.
Gdyby nie to, że wymiana zdań z moją osobą jest niezbyt ... na poziomie, wybrałabym to pierwsze. Niestety ostatecznie zmusiłam się do zamknięcia oczu i napawania głębokimi oddechami oraz ciepłem padającym raźnie na moją twarz.
Dopiero głuchy stukot kopyt wyrwał mnie z mojego osobistego snu i marzeń o galopach w blasku słońca. O wyścigach, w których wyraźnie czułam płonące dwa serca. Swoje i konia pode mną. Majestatycznie pięknego.
Louise nawet jeśli jest zadufaną panną, to posiada przebłyski dobroci, myślę, że każdy tak ma. Nawet w swojej nienawiści znajdzie ziarno miłości. Luźne wodze spokojnie kołysały się przy jej szyi, kiedy wjeżdżałyśmy przed stajnię, gdzie zatrzymałam klaczkę. Jeszcze chwila, a posikała by mi się z tej błogości stanu ducha. Nie żartuję, naprawdę po zdjęciu siodła, jedyne o czym marzyła to oddanie moczu we własnym boksie, do którego, oczywiście, musiałam ją zaprowadzić.
Kiedy wróciłam, dwa dwulatki raźnie chodziły w karuzeli. W ich potulnych krokach widoczne było zmęczenie, mimo świecących elegancko sierści. Rzucone siodła po mojej prawej, a siedzący na mokrym betonie, chłopcy po lewej. Cóż takie jest życie. Ciężkie. A jedynym widocznym umileniem tamtej chwili były czekoladowe papierosy między ich palcami. Nienawidziłam ich za to, a jednocześnie kochałam.
- Tak Sweetie, miłość znaleziona w nienawiści - klacz uważnie mnie słuchała, strzygąc wyraźnie uszami i przyglądając mi się swoimi głębokimi i czarnymi jak otchłań oczami.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz