środa, 23 lipca 2014

009. trening

konie: Magia, Sweet Louise, Nobody's Hero
dżokeje: Kyle Jenkins, Effie Collins, Phillip Lloyd

Przez ostatni tydzień w Cheltenham było naprawdę wesoło. W ramach treningu wyścigowego, przygotowującego do ważniejszych gonitw w sezonie, zawitał u nas, tak bardzo chwalony przez Elvię, Philip Lloyd wraz ze swoim cudeńkiem - Nobody's Hero. Samo zaaklimatyzowanie się u nas zajęło im trzy dni, zostawiając kolejne cztery na intensywne treningi. Zmiana temperatury nie była obca mieszkańcom Minnesoty, jednakże dziwna stabilizacja Cheltenham oraz tysiące kilometrów podróży przejawiało się brakiem apetytu i złym samopoczuciem. Dlatego też Phil odbył z naszą trójką popołudniową wycieczkę do wód alkalicznych. Powiedzmy, że ich działania nie przewidzieliśmy i przez kolejne dwa dni chłopak prawie umierał. Dopiero w poniedziałek wyszedł na dwór z nieco innym kolorem twarzy niż zielony, by sprawdzić co z jego dzieckiem. Wszyscy przepraszaliśmy go za działanie 'miasta', jednocześnie starając mu się to jakoś wynagrodzić.
Wparował do stajni, energicznie otwierając drzwi. Bez słowa wszedł do swojego ogierka, po czym westchnął jakby z ulgą.
- Spokojnie, nic mu nie jest - uśmiechnęłam się, zaglądając do nich. - Pensjonat gratis - mrugnęłam do Phila.
- Ze mną jest chyba trochę gorzej - zajęczał chłopak.
- Śniadanie będzie gdzieś około dziesiątej, po przejażdżkach, a mamy - spojrzałam na uroczy, różowy zegarek - siódmą.
Philip spojrzał na mnie zrezygnowany.
- Czekolady! Skąd mogę wziąć czekoladę, Effie? - zapytał, niemal błagając.
Jakby idealnie mnie znał. Kto normalny trzyma czekoladę w stajni? Który szanujący się dżokej utrzymuje wagę, przemycając ją? Tak, tak, to ja. Zaśmiałam się pod nosem.
- W siodlarni, w szafce z cukrem - poklepałam go po ramieniu - i przynieś swój sprzęt.
Nie podejrzewałam, że Philip zaraz wróci z calutką tabliczką mlecznej czekolady w ustach. Yup, miałam cichą nadzieję, iż grzecznie się poczęstuje. Oj, kogo ja okłamuję?
Ku zaskoczeniu chłopaka, ułamałam sobie kawałek, po czym zawołałam:
- Kyle, bierzesz Magię. Za dziesięć minut wyjeżdżamy.
W stajni zaczęła się niesamowita krzątanina. Konie zdjęte z maszyny stały w kantarach, były też już dawno wyczyszczone, a mimo to zostało nam niesamowicie dużo pracy. Każdy zajął się swoim pupilem. Ja tym razem miałam zamiar wsiąść na Sweet Louise. Jej siodło, ogłowie, a także reszta rzędu leżała już przed boksem, za co miałam potem ładnie podziękować Kyle'owi. Oczywiście księżniczki Sweetie nie opuścił świetny humor, a jej zabawa w podglądanie mnie przez własne nogi, sprawiała mi wiele przyjemności. Klaczka schylała się co chwilę, bacznie obserwując moje ruchy. Wiedziałam, że wyrobię się o wiele szybciej niż reszta, dlatego też pozwoliłam sobie na dokładne starcie glinki z pęcin gniadej. Biała maść podczas treningów sprawiała, że pod względem estetycznym konie traciły jakieś tysiąc punktów, a ścieranie jej po nałożeniu tysięcznej warstwy, równało się z pomocą podobną do kopystki lub przedmiotów z ostrzem. Oczywiście to zadanie należało do 'pań' czyli mnie. Jeszcze raz przetarłam mokrą ściereczką nogi Louise, po czym pozwoliłam sobie założyć białe, skórzane ogłowie i moje ukochane, cięższe niż przeciętnie siodło. W zimę powinnam jednak pamiętać o owijkach na następny sezon. Pod warunkiem, że klaczka zostanie u nas na następny sezon. Może różowe?
- Willciam, podsadzisz nas? - poprosiłam bruneta, który miał zaraz wyprowadzić panów do maszyny.
Chłopak zaraz znalazł się w boksie i lekko złapał  mnie za kolano, by następnie posadzić w końcu na grzbiet mojej ukochanej Sweetie. Allen złapał za wodze i wyprowadził szybko ze stajni, po czym zabrał się po cichu za resztę. Słychać był tylko wstydliwe 'dzięki'. Kyle nie odezwał się słowem. Racja, Williama w tak podłym nastroju lepiej było już nie drażnić. Mimo to, na twarzy moich towarzyszy zaraz zagościł uśmiech. Mieliśmy przed sobą pierwszy z serii treningów.
- Phill, macie Derbowy rocznik w stajni? - rzucił lekko Kyle, otrząsając się ze stajennych problemów.
Dżokej z Homestead ściągnął brwi. Bawiło mnie to, że albo nie wie albo nie pamięta. Mogę śmiało powiedzieć, że zaskoczył mnie odpowiedzią:
- Klaczkę. Szczerze mówiąc myślę, że z ogierami nie ma sznas, ale wy przecież nic nie macie.
Czuły punkt. Nie robi się tak poważnym ludziom. Za ten kiepski rok obwiniałam samą siebie, mocno wplątując palce w grzywę Sweetie, która obruszona próbowała mnie wysadzić... lub ewentualnie kopnąć Magię. Obrażona fuknęła głośno i ruszyła twardym kłusem.
- Tym. Razem. Nic. Ale. Resztę. Wygramy - równy chód wybijał mnie niewygodnie. - Lou, do cholery! - podciągnęłam luźne wodze mocno w bok, ponieważ moja panienka zaczynała mnie denerwować.
Zaraz nerwowa arabka zaczęła zawracać Kyle'owi, ale te delikatnie wypchnął ją łydkami do przodu. Temperamentny Bohater tym razem zdawał się olewać zachowanie naszych koni, które co chwilę coś kombinowały. Okropna cena za te nieszczęsne wygrane.
- Nobody's prowadzi. Wydaje mi się chyba, że jest wystarczająco dużym chłopcem? - zwróciłam się do dżokeja przede mną.
- Nie ma problemu, o ile masz zamiar bawić się w wyścigi.
Podebrałam delikatnie wodze, widząc, że zbliżamy się do toru.
- Nie, dzisiaj ma być spokojnie. Lekki kenter, bo i Magia jest z nami, a ona naprawdę wyleci na środek treningowego - obróciłam się, pokazując język Kyle'owi.
- Ale - zaczął dalej Phill.
- Chcesz się zamienić? - przerwałam mu.
Chyba w pełni byłam zgodna z mocniejszym treningiem, ale nie za pierwszym razem. Tak po prostu nie wypada, a samemu pomęczyć się dwa tysiące metrów jest lepiej niż wykończyć konia.
- Nie - obrażony Phill nawet się nie odwrócił.
- Głowa do góry, dam ci Dzieciaka - Kyle otworzył szeroko oczy - może cię nie zabije. A teraz koło bez zakrętu. Na końcu po prostu przestępujemy do wjazdu - instrukcje jak zawsze musiały być dokładne - i ja jednak wolałabym się wydłużyć, bo będą wysadzać, chyba że Phillip naprawdę nie dasz sobie rady z Nobody's Hero.
Effie
Wszyscy złapali puśliska w ręce i wydłużyli je o jakieś dwie dziurki. Teoretycznie normalna długość do skoków. Do wyścigów nadawała się tylko dla młodych koni, na których niema mowy o utrzymaniu się w siodle. Czyli ogólnie rzecz biorąc, wszystkich 2-latków.
Sweetie czuła się wręcz idealnie wjeżdżając za koniem, który jednak nieco kręcił się po torze. Czułam znowu tuż za sobą, niemal w ogonie, Kyle'a z Magią, która nerwowo chowała się przed całym światem. Sweetie mimo to ładnie potrafiła sobie znaleźć własny tor i równiutko po nim iść. Spokojny początek na prostej dał jej znać o niemal całym przebiegu treningu. Puściłam wodze, łapiąc prawie za węzełek, tak by mogła wyciągnąć szyję i było jej lepiej biec. Chyba jedyny koń w naszej stajni, który jeśli nie musi, to po prostu się nie wysila. Problemem jest jednak zbytnie rozluźnienie w takim treningu, ponieważ mimo kentra koń powinien być zebrany pod siebie, z lekko wyciągniętą aczkolwiek trzymaną wysoko szyją. Jeśli myślicie, że mówiąc 'zebrać konia, mam na myśli to samo, co w każdym innym sporcie, możecie być pewni, iż mijacie się prawdą. Jest to bardzo ważne do złapania równowagi w galopie, a jeszcze trudniejsze do zrobienia w o niebo wolniejszym chodzie. Cały czas podnosiłam jedną rękę wyżej z zamiarem zrobienia tego samego z łbem, jednakże Lou idiotycznie mnie ignorowała. Mocno usiadłam w siodle, obciążając automatycznie kręgosłup klaczki, po czym pociągnęłam wodze mocno do siebie. Sweetie przez chwilę szamotała się z wędzidłem w zębach, lecz momentalnie podniosła łeb wysoko do góry. Tym razem zwyczajnie nie dałam jej go opuścić. Lekko szła, nieco za bardzo podciągając pod siebie tylne nogi, a podnosząc blisko przednie. Wstałam, nadal trzymając ręce bliżej łba niż kłąb i oprałam się delikatnie. Poczułam tylko jak próbuje wyjmować mi gumowe wodze z rąk i zastosowałam ponownie zabieg z ich podnoszeniem. Klaczka krócej trzymana, zmuszona była w końcu na krótkie kroczki z łbem zadartym wysoko. Nie miałam siły utrzymać jej go w idealnej pozycji. Zmniejszyłam mostek, po czym ułożyłam ręce wygodnie w szyi. Poskutkowało. Lou wyciągnęła się przodem, a skróciła tyłem i dalej szła jak gdyby w życiu nie próbowała ze mną walczyć. Dzięki bogu, że ustawiłam taką kolejność, ponieważ ogier z przodu, co chwilę przyjmował.
Phillip
Wydawało mi się, że Nobody's zaraz do końca się spali. Całą prostą niewybaczalnie biegał od bandy do bandy jakby go coś opętało. Przyzwyczajony ostatnio do mocnych treningów, nie potrafił poradzić sobie z czymś tak zabawnie lekkim. Zablokowałem go dość szybko tak, że nie mógł mnie przeciągnąć, jednakże jako dobrze zbudowany ogier cały czas walczył. Potrafił przyjąć cztery razy w ciągu dwunastu sekund. Przy każdym naparciu na wodze zmieniał kierunek i jednocześnie niesamowicie mnie denerwował. Pociągnąłem wodze mocno do siebie, tak że koń zaczął się szarpać. Wędziło boleśnie stuknęło mu po zębach, a krok automatycznie się skrócił. Bohater i w takiej pozycji próbował ruszyć mocno do przodu, lecz znajomy odruch rąk nieco wyżej zawieszonych w powietrzu, powstrzymał go. Złapał ponownie wędziło, chcąc mnie ściągnąć w dół. Cholerny, idiota. Wypuściłem zewnętrzną wodzę z rąk, jednocześnie skracając wewnętrzną. Koń szedł z głową odchyloną do środka, bokiem o prostej. Akurat weszliśmy w zakręt, gdy mocno kopnął z zadu. Krótszą wodzę szarpnąłem pojedynczo do siebie, chwilowo jeszcze mocniej skręcając jego głowę. Drugą rękę opuściłem niżej, aż na łopatkę ogiera, ustawiając sobie jego łeb w dobrej dla mnie wysokości. Każda próba wysadzenia mnie z siodła kończyła się dodatkowym bólem, sprawianym przy przesunięciu się wędziła na prawą stronę. W połowie zakrętu zacząłem wyrównywać wodze, jednocześnie nadal pilnując samej głowy konia i dokładnie kontrolując pysk. Biała piana spływała mi na jedną z rąk, okropnie się lepiąc. Jeszcze raz gniady chciał ściągnąć głowę lekko do dołu i tym razem odpuściłem my te dwa centymetry. Tak było mu przede wszystkim wygodniej, a i nie próbował dalej kopać. Rozszerzyłem mostek, by było mi go lepiej kontrolować, po czym położyłem ręce po obu stronach szyi. Przerabiałem lekko ogiera, by szedł równym tempem i spokojnie dokończył trening. Całe okrążenia go wykańczały, a przecież większość z niego walczył gorzej niż podczas wyścigu. Zwyczajnie powoli zaczął łapać powietrze i odpoczywać. Spalił się niemal do końca, miał siłę tylko na to, co obejmowało dzisiejszą przejażdżkę.
Nadal trzymając ręce na szyi, jednocześnie gładziłem mokrą sierść konia. Zostało nam tylko osiemset metrów.
Kyle
Magia jest jednym z tych cudownych koni, które po późnym przyzwyczajeniu się do siodła, nie mają problemu z treningiem. Jako 2-latek potrafi się rozluźnić, zwłaszcza przy lekkich treningach. Ma to coś, za co się ją kocha. Problemem jest natomiast szybkie denerwowanie się tak spokojnych koni. Ptak, głośny świst bata gdzieś z przodu, samolot, samochód, krzyk dżokeja. Nienawidzi tego. Właściwie powinna chodzić w nausznikach z okularami, byleby to wyciszyć. Ale czy ktokolwiek może mi odpowiedzieć, co stałoby się później? Wpadałaby w lęk przy każdej gonitwie. Psychicznie zniszczyłaby samą siebie. Dlatego też spokojny trening był dla niej ważnym elementem w tak młodym wieku. Na dłuższych strzemionach znajdowałem się nieco niżej nad siodłem, przez co nogami lepiej wyczuwałem każde jej drgnięcie. Podbieranie wodzy tylko ją jeszcze bardziej niepokoiło. Naprawdę miałem wrażenie, że klaczka w każdym momencie może dostać zawału. Szlag by mnie trafił, jeśli moje myśli przeniosłyby się na rzeczywistość, dlatego też skupiłem się na ostatniej prostej. Przy mocniejszych treningach już tam szło się mocno poprawionym galopem, lecz tym razem równiutkie tempo utrzymywała już cała nasza trójka. Wydajność chodu Magii poprawiała się, gdy mocno opuszczała szyję. Tym razem nie potrzebowała tego, a jednak odpuściłem jej wodze, tak by lekko, miękko szła po głębokim piasku. Nieco wahała się, gdy próbowałem oddalić jej malutkie ciałko od zadu Sweet Louise przed nami. Nie było to spowodowane przyjmowaniem, ale właśnie samą bojaźliwością klaczki. Dałem jej w końcu spokój, oddalając ją na metr. Małymi kroczkami kiedyś ją ustabilizujemy, byle nie wszystko na raz. 
Małe kroczki lekko nadganiały oba folbluty, co oznaczało, że arabka jest wcale w nie tak złej kondycji. Zrównoważony trening przede wszystkim ją niebywale rozluźniał. Na początku chaotycznie próbowała przyspieszać i zwalniać kenter, dostosowując się. Teraz idealnie kończyła okrążenie. 
Jeszcze przez oba przejścia stałem w strzemionach, by w końcu miękko usiąść w stępie i poklepać moją najsłodszą Magię. 
Naprawdę nie często zdarza się tak wspaniałe cudeńko na wyścigach. 
Effie
Koniec. Cały biały Nobody's Hero ze zmęczonym Phillipem przede mną i spokojna Magia z Kylem za mną odetchnęli głośno. Zresztą ja sama zrobiłam to samo, pochylając się następnie nad moim słońcem. Łagodny trening widocznie wydał się wcale nie taki delikatny dla naszych gości, lecz osobiście byłam bardzo zadowolona. Cała nasza trójka wyjeżdżała bardzo rozluźniona. Widocznie dobrze dobrany trening zadziałał. Wewnętrznie przez poczucie sukcesu niemal skakałam, lecz zewnętrznie bolały mnie ręce. Codzienna szarpanina raz dawała o sobie znać, a raz przechodziła bez echa. Niestety nie tym razem. 
Wracaliśmy w całkowitej ciszy. Każde rozmyślało o ewentualnych poprawkach. Zawsze tak jest. Tylko głośny stukot kopyt o beton odbijał się zbyt głośno i rozpraszająco. Niecałe pięć minut później byliśmy pod stajnią. Zapocona ścierka spod Lou nadawała się tylko do prania, tak samo jak sprzęt reszty dżokei. Nie byłam sama, yay. 
Sweetie niecierpliwie ocierała się o mnie i dopiero podchodząc do maszyny, wytarzała w piasku. Jeszcze więcej do czyszczenia za pół godziny. Reszta zrobiła to samo. 
Podobna kolejność w karuzeli pozwoliła Nobody's Hero na spokojne stępowanie. Znając jego temperament, zaraz by skakał do przodu na klacze, więc lepiej się nad tym dokładnie zastanowić.
Phill zmywał wodą zebraną pianę do studzienki, a my zabraliśmy sprzęt, rzucając to, co mokre na ławeczkę.
- Kto robi pranie? - pokazałam na okropnie śmierdzące rzeczy.
- Ja miałem spróbować przejechać się na Dzieciaku - wyszczerzył się niewysoki brunet z Homestead.
Miałam ochotę życzyć mu tylko szczęścia. Zresztą Kyle zrobił to za mnie. 


2 komentarze:

  1. Dobrze że zwróciłaś mi uwagę, bo wcisnęła mi się tam zła data urodzenia. Jak tylko komputer przestanie mi wariować poprawię to. Winchester wciąż jest "staruszkiem", odmładzać go nie będę (choć i takie zabiegi zdarzało mi się nie raz zauważać :P); za jakiś czas zakończy także swoją wyścigową karierę :)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co do potomstwa - Carcano niestety został już sprzedany, tak samo jak reszta :)

      Usuń