sobota, 9 sierpnia 2014

011. trening

konie: Moon Child, American Colony, Miętowa Herbatka
jeźdźcy: Kyle JenkinsEffie Collins, William Allen

Konie przywiezione nam przez Elvię, prezentowały się niemal perfekcyjnie. Mówię niemal, ponieważ rączki swoje załamywałam nad derbistką i jednocześnie zachwycałam nowym nabytkiem - Miętową Herbatką. Dopiero pod koniec ostatniego tygodnia odzyskała siły po podróży. Jako dwulatka była bardziej wrażliwa niż nasze arabki. Jedna przejażdżka po torze wystarczyła mi, by poznać charakter nowej niuni. Cóż, takie cudeńka zdarzają się niezwykle rzadko. Z samego rana mieliśmy wziąć dwa młode konie i jednego starszego, by dwulatki nas nie powysadzały z siodeł. Trening miał być lekki ze względu na całą trójkę, dlatego też wcześniej zapowiedziałam kto, na kim wyjeżdża o szóstej.
Myślałam sobie o suchutkim lekkim torze, gdy gdzieś od czwartej najzwyczajniej w świecie lało. Z czarnych chmur woda ściekała jednym, wielkim strumieniem jak z gąbki, więc nasza trójka całość momentalnie wchłaniała. Phillowi zostawiłam odpowiedzialną pracę, czyli wysprzątanie boksów. Oczywiście dzisiaj nie musiał zmieniać całej ściółki, ale przynajmniej ją gruntownie przeczyścić. Miałam ogromną nadzieję, że chłopak nie będzie się opierdzielał w domu, śpiąc do dwunastej. Sportowy tryb życia dawał mu się po tygodniu we znaki. Umierał sobie każdego wieczoru przy przeglądzie koni, by ostatecznie położyć się w swojej prowizorycznej trumnie czyli łóżku. Tym razem dałam mu spokój, przynajmniej do ósmej.
Chyba jak zawsze w stajni byłam ostatnia, krzątając się i szukając batów, okularów, futerek na popręg. Co z tego, że mieszkałam tu już prawie dwa sezony. Gubiłam się we własnym pokoju, a co dopiero mówić o stajni. American była czyściutka, za co mogłam wyściskać moich chłopców, którzy sypali głupimi żarcikami przez rynek. Modliłam się w duchu, by nigdy im to nie przeszło. Dobra atmosfera w stajni była podstawą, a oni nie mieli żadnego oporu by kłócić się o byle bat, ale również by się z tego za chwileczkę głośno śmiać. Typowe poczucie humoru Willciama udzieliło się dawno Kyle'owi jak i mi, więc zaraz do nich dołączyłam, tańcząc do jednej z ulubionych piosenek pomiędzy nimi.
Cały deszcz stał się nieco mniej straszny, ponieważ tak czy inaczej mokrzy byliśmy od jakiś dziesięciu minut.
- Kto posadza? - szybko pośpieszyłam z pytaniem, ponieważ nie mieliśmy osoby, która mogłaby nas podrzucić
- Nie ja! - krzyknął Will, a zaraz za nim to samo Kyle
- Cholera - mruknęłam
Chociaż szczerze mówiąc, rzeczywiście z American było mi zdecydowanie najłatwiej. Child w samym swoim wewnętrznym dziecku był nienormalny, a Miętowa Herbatka nie potrafiła ustać w miejscu i wsiadać należało najlepiej z biegu. Tak, więc elegancko dostosowując się swoim czarnym sprzętem do karej maści klaczki wyszłam, zakładając jej jeszcze zawsze nieobecne okulary. Przy nich miała szansę na normalny trening, a nie latanie po bokach czy przechodzenie do kłusa. Na nią obowiązkowo bacik z moim przecudownym sposobem na deszcze i na trzy wskoczyłam, zginając się wpół. Chyba pięć razy podskoczyłam do góry, w końcu wspinając się ciężko na grzbiet klaczki.
Odetchnęłam głośno, po czym moi chłopcy zaczęli się śmiać. Dosłownie wszyscy, ponieważ Moon Child zaczął nerwowo parskać.
- Chyba ci się przytyło po tym wczorajszym obiedzie, Eff.
- Pamiętaj, że od teraz będziesz chodził głodny - zagroziłam Willciamowi, który wczoraj postanowił zjeść miskę fasoli szparagowej, mając świadomość, że w weekend będzie jechał wyścig.
Nas zmusił do zrobienia tego samego. Znając Allena tuż po dniu wyścigowym, będzie chodził w poszukiwaniu czekolady, lecz cóż za niespodziewanka go czeka. Może sobie pomarzyć.
Nie wkładając nawet nóg w strzemiona, złapałam lekko wodze i przyłożyłam głucho bat do zadu klaczki. American podskoczyła szybko, obijając kopytami o betonowe, mokre, podłoże.
- Już na początku ładnie zaczęłaś - Will obrócił się z tym swoim uśmieszkiem.
Kyle zmarszczył lekko brwi, po czym prawie poważnie powiedział:
- A jutro koń ładnie obolały będzie.
- Rozprężony, będzie elegancko rozprężony - wtrącił się znowu brunet.
- Oj Allen, jutro ty na niej jedziesz - próbowałam zabić go tym samym uśmiechem.
Wyszczerzył ząbki, po czym cmoknął na Miętową, która przy tym dźwięku gwałtownie podskoczyła.
- Idioci - wcale nie tak cicho dodał jeszcze Kyle, po czym zabrał się za swojego kucyka.
Dzieciak widocznie kręcił się przed nosem American, która miała to gdzieś, jednakże okropnie przeszkadzając kasztance. Tym razem spokój szatyna dobrze mu zrobi, zamiast rozrywkowej natury Allena. Mimo to, miałam nadzieję, że dogada się z Herbatką, która co chwilę nerwowo ruszała do przodu, tak, że obaj chłopcy za chwilę zaczęli gwizdać jakąś popularną melodię, byleby konie nie sprawiały tyle problemów. Dojechanie do toru graniczyło z cudem. Moon Child nie nadawał się na jazdę po froncie, jednakże trening za klaczą był jeszcze gorszym wyzwaniem, tak więc, co chwilę skakał do góry wraz z Kylem w siodle.
Kolejne uderzenie bata, tym razem właśnie od Jenkinsa.
- Co wyście się tak uparli na te baty? - wrzasnął na nas Will, przy czym przestraszył kasztankę pod sobą.
Oboje przemilczeliśmy sprawę. Szczerze mówiąc, nawet on wiedział, że innego wyjścia nie ma, a ogłuszone konie, nieco się ogarniają i lepiej słuchają jeźdźca. Na American nie było innej metody, ponieważ łydki i posyły miała gdzieś.
- Moi kochani, jedziemy pół koła, wolniutko. Miłego treningu wam życzę - jak zwykle wydałam polecenie, co do przejażdżki, chociaż była raczej oczywista.
Mimo tego, iż teoretycznie ja byłam trenerem, oznaczało to tyle, że mam papierek do zapisów. Resztę treningów i tak ustalała cała nasza trójka, a pieniądze z wygranych, nawet jeśli od czasu do czasu przejadaliśmy, to razem.
Wjechaliśmy na błotnisty tor, po czym przekłusowaliśmy na kłusowy kawałek jeszcze mniej suchego piachu, by konie nieco przyzwyczaiły się do kleistej powierzchni. Najcięższy Monn Child nieładnie zapadał się, przez co zaczął wysoko podnosić nogi. Ten trening zapowiadał się wyjątkowo okropnie. Gdzieś w połowie prostej skręciliśmy na właściwy tor. Opanowanej American nie przeszkadzała nawet woda po pęciny, jednakże Herbatka za mną widocznie miała tego dość.
- Jedź Kyle! - krzyknęłam do chłopaka przede mną, który właśnie kłusował bokiem.
Lekkie uderzenie bata od zewnątrz i Dzieciak automatycznie się wyprostował, ruszając. Mojej karej klaczce wcale się nie spieszyło, by złapać odpowiednią odległość, więc delikatnie przyłożyłam łydki i zaraz wykonałam ruch do przodu rękami. American jakby załapała, o co chodzi, po czym już lepiej ruszyła za Moon Childem. Niby lekka, a jednak zbyt ciężko stawiająca nogi w kentrze. Odciążyłam znacznie jej łopatki, podciągnęłam nieco do góry i zebrałam. Dzisiaj nie mieliśmy robić galopów, a klasyczne przejście mogło jej pomóc. Delikatnie przerabiałam ją wodzami, które złożone były dzisiaj nieco szerzej, tak by lepiej kontrolować ruchy konia. W końcu klaczka szła już o niebo lepiej. American Colony miała to do siebie, że nie ciągnęła jeźdźca po rękach i można było z nią normalnie pracować. Wszystko to wydawało się bardzo czasochłonne, jednakże przygotowanie do Derby było o wiele ważniejsze niż czas. Col, co chwilę jednak zaczynała znowu mocniej stawiać nogi, więc wyraźnie przestała reagować na lekkie ruchy. Pomoc bata, po czym znowu miękkie zwolnienie dało murowany efekt. Klaczka już przed zakrętem szła z wysoko podniesioną głową, jednakże nie przyjmując czy bujając się na boki. Takie tempo jest szczególnie narażone na tego rodzaju wybryki. Derbistka jednak tym razem biegła dużo lepiej, skupiając się na podciąganiu nóg pod zad i skróceniu kroku. Mimo tego minimalnego wyciągnięcia, utrzymywałyśmy tak samo szybki kenter jak ogier przed nami. Miało być spokojnie, a American akurat właśnie do tego się nadawała. Delikatność w jej ruchach była nieco płoszona przez Miętę z tyłu i jej głośnym oddechu, lecz po kolejnym sprowadzeniu do porządku, starała się unikać kontaktu z klaczką. Na trzy dodawane łydki i chwila ściągnięcia wodzy dała niewyobrażalny efekt i chwilowo problem z lekkością klaczki zniknął. Aż do wyjścia z pierwszego zakrętu, gdzie American Colony trening się znudził. Zaczęła ponownie biec, jakby siedziało na niej dwieście kilogramów. A przecież było już tak dobrze.
*Kyle Jenkins*
Narowisty Dzieciaczek, cały czas kręcił się po torze. Wolny kenter nie był jego mocną stroną i co dwa kroki przyjmował. Nie miałem nawet siły się z nim w to bawić, więc szybko zablokowałem jego pysk, tak że zdenerwowany machał głową na dwie strony. Prawdziwy koń idiota. Cieszyłem się przynajmniej, iż dobrze biega, ponieważ inaczej wylądowałby w jakiejś starej chatce dziadka Chrisa. Marzyłem o tym, żeby chociaż dzisiaj lekko się ogarnął. Przecież nie miałby dzisiaj szans na mocny galop. Zdenerwowany przeciągnąłem wędzidłem po jego zębach, po czym usiadłem w siodle. Konie nauczone lekkości dostawały na tym punkcie szału. Nieznośny Moon Child jeszcze raz dostał batem gdzieś pomiędzy uszami, przy czym przestraszony odskoczył. Okey, koniec bata, bierzemy się do pracy. Wchodzenie po zewnętrznej stronie zakrętu było zdecydowanie lubioną częścią każdego wyścigowca. Czekoladowy powoli zbierany, zaczął głośno oddychać. Spokojnie zwolniliśmy, nadal ze mną siedzącym w siodle, po czym lekko jeszcze obciążyłem zad konia. Kontrolowany trening miał na celu odstawienie właśnie tej ciężkości przez Moon Childa, jako koń ciężki miał przecież biegać, nie dotykając toru. Mokre błoto nie ułatwiało zadania ogierowi, ale mi za to tysiąc razy. W końcu Dzieciak przysiadł na zadzie, a gdy po jednym kroku podniosłem się do góry, w ruch za mną poszedł i koń. Zadowolony zebrałem wodze. Oczywiście, co chwilę musieliśmy się poprawiać, lecz potomek Topka załapał szybko, o co chodzi, szedł dokładnie za mną, reagując coraz poprawniej. Skupienie na ćwiczeniu zmieniło się w odpowiednie tempo, na które ogier jakby nie zdawał się zwracać uwagi, chociaż swoim zwyczajem nadal napierał na wodze. Aktualnie bardziej dla zasady niż przez swój buntowniczy temperament. Wydawało mi się, że koń jest po prostu bardzo inteligenty, ponieważ który dwulatek byłby w stanie tak szybko załapać rytm ćwiczenia? Praktycznie żaden.
*William Allen*
Pierwszy raz na nowym koniu zawsze jest niepewny. Poznajesz go z każdej jego strony, a nieufna klaczka, zdawała się być bardzo delikatna. Zwyczajnie nie na moje rączki, ponieważ chyba już wyuczone miałem gwałtowne ruchy, a przy niej było trzeba się ich wystrzegać. Trzeba przyznać, że lekki kenter zdecydowanie zasługiwał na plusa, jednakże kierowanie koniem traciło na wartości. Klaczka bez instrukcji nie nadawała się do biegania, a prędkości nawet nie miała jeszcze wyćwiczonej, więc jeszcze nie sprawiała problemów, lecz trening zapowiadał się dość długą drogą na przyszłość. Delikatnie podniosłem się jeszcze wyżej, po czym klacz gwałtownie podniosła głowę, jednocześnie uderzając mnie nią w nos. Oczywiście zaraz poczułem gorącą stróżkę krwi, jednakże nie miałem czasu, by się tym przejmować. Od zakrętu klacz nieco ustabilizowała się i przyzwyczaiła do lekkich ruchów. Drobna Mietowa Herbatka była chyba wyjątkowo miękka w swoich drobnych kroczkach. Gładko galopowała w wodzie. Zdawała się nie odczuwać różnicy, gdyż elastyczny kenter wybijał ją wysoko ponad ziemię. Cudeńko, po prostu cudeńko. Właśnie takie konie odnoszą sukcesy na torach wyścigowych. Płynnie biegła nadal przed siebie, ładnie zbierając się, gdy o to poprosiłem, jeszcze bardziej skracając krok. Chciałem sprawić, by nie zwalniała, mimo ćwiczeń na lekkość. Miała z tym lekki problem, więc bardziej liczyłem się z tym, by jednak szła nieco do przodu. Położyłem rączki na jej drobnej szyi, delikatnie skróciłem wodze i jednocześnie popychałem klaczkę do przodu. Efektywnie po trzech sekundach w końcu zrobiła to, o co proszę, na chwilę wyłamując pod nowym ruchem. Spokojną ręką łagodnie ją przerobiłem, po czym znowu powtórzyłem czynność. Miętowa Herbatka tym razem utrzymała tempo nieco dłużej, po czym sam zacząłem ciągnąć za wodze w chwili przejścia do kłusa. Elastycznie Herbatka przeszła tempo niżej, hamując jednakże dopiero na zadzie American Colony, za co Effie oczywiście mnie groźnie skarciła. Kasztanka jeszcze wiele musi się nauczyć, lecz myślę, że jej zaangażowanie przerodzi się we wspaniałe wyniki wyścigów.
*Effie Collins*
Allen wjechał mi niemal w dupkę, przez co American z dziwnym charakterem, zaczęła znowu olewać wszystkie pomoce. Wcześniej już cudownie ustawiona, teraz musiała się pośpieszyć, by nie stracić zapału. Trening chyba wszyscy uważali za przede wszystkim sensowny i idealny do aktualnych potrzeb całej trójki koni. Mimo połowy okrążenia folbluty wydawały się nie tyle zmęczone, co bardziej elastyczne, podatne na wskazówki jeźdźców. Wszystkie uważnie strzygły uszami, wyjeżdżając z toru i jakby bardziej ochoczo wracały. Wolne tempo pozwoliło na efektywne wykorzystanie odpowiedniej dawki energii.
- I jak Will? - zapytałam, obracając się do tyłu.
Moja najnowsza niunia szczęśliwie machała ogonem. Mniej uśmiechało mi się wyczyścić błoto praktycznie z całej powierzchni ciała. Chyba mogłam być pewna, że reszta koni wygląda tak samo.
- Wydaje mi się, że lepszego konia jeszcze nigdy nie mieliśmy - uśmiechnął się delikatnie, nada uważając na zbyt gwałtowne ruchy rąk.
- Możesz na niej jeździć - westchnęłam.
Chciałam dać mu do zrozumienia, że obecność tak różnych charakterów może dać wspaniałą mieszankę.
- Ykhym, chyba miał jechać na Amrican jutro - wtrącił się Kyle.
- A ty się nie odzywaj! - tak właśnie Allen rozpoczął kłótnię, która przebijała się o wiele głośniej niż stukot końskich kopyt aż do wjazdu w bramę.
Chyba mnie lekko poniosło:
- Panowie, kupki w dupki, bo zostaniecie stajennymi w bardziej licznych stajniach, a o torze będziecie mogli zapomnieć!
Moi chłopcy chyba lekko wystraszyli się groźby i rozjechali na dwie różne strony. Nie miałam ochoty wysłuchiwać ich dziwnych uwag z samego rana, szczególnie iż deszcz przemoczył mnie do suchej nitki. Każda część sprzętu była śliska na tyle, że nie dało się jej normalnie odpiąć, a futerko na popręg wyglądało jak gruby pas błota.
Konie z przejażdżki musiały moknąć, chociaż już w derkach, przez kolejne trzydzieści minut w maszynie, przez co zaczęłam obawiać się o ich zdrowie. To deszcz je wykończył. Przy obywaniu z błota miałam wrażenie, że ta energia z powrotu z toru gdzieś wyparowała, tak samo jak uśmiech z twarzy ludzi. Mieli dośc tego ulewnego dnia i wody w butach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz