konie: All Your Reasons, Chandresh, Pretty Valentine, Diamond Bones, Nobody's Hero
jeźdźcy: William Allen, Elliot Gray, Kyle Jenkins, Effie Collins
Spojrzałam spokojnie na nasze roczniaki, stojące na razie po lewej stronie od bramy. Ziewnęłam w poczuciu jeszcze minionej spokojnej, zimnej nocy, gdy mogłam nakryć się cieplutkim kocykiem po sam czubek głowy. Poprawiłam czapkę, wsadzając pod nią koka. Cały czas zjeżdżała mi z głowy. Chwilę później w boksie jednej z Herbatek zobaczyłam jasną czuprynę. Zaraz za nią wynurzyły się czekoladowe oczy i prześliczny szeroki uśmiech.
- Piękna zima, prawda Eff?
Rozejrzałam się dookoła. Rzeczywiście wszystko pokryte było białym, miękkim puchem.
- Prześlicznie - prychnęłam, gdy jeden z mokrych płatków spadł mi na nos.
To coś miało być niedokończonym kichnięciem, ale widocznie jakoś mi się to odwiedziło. Ktoś zasłonił mi oczy. Chyba oczywiste było, że został mi do odgadnięcia tylko drugi z moich słodkich blondynków. Chociaż Kyle nigdy nie bawił się w takie rzeczy.
- Kyle, nigdy nie zabłyśniesz w moich oczach jako romantyk - drażniłam się z oprawcą tej chwilowej ciemności.
Usłyszałam tylko cudowny śmiech Williama, a następnie wysoki pisk:
- Eff! Jak możesz nie odwzajemniać moich uczuć. Teraz złamałaś mi serduszko.
- Boże Elliot! - krzyknęłam, odwracając się do pięknego, ciemnowłosego chłopaka o szlachetnych rysach twarzy. Rzuciłam się na niego, przytulając najmocniej jak potrafiłam.
- Też chciałbym takie powitania codziennie - mruknął zazdrosny Allen.
Elliot objął mnie mocno, uśmiechając się szeroko. Wyjątkowo do twarzy było mu w kolorowej czapce Kyle'a z dużym pomponem na końcu, a w dodatku pachniał drogimi perfumami.
- Myślę, że nie tylko o to możesz być zazdrosny - uśmiechnął się jeszcze szerzej młody.
William nieco spoważniał, przymrużył oczy, po czym podszedł do nas. Herbatka odskoczyła pod ścianę.
- A ja jestem pewien, że niekoniecznie mam czego - uśmiechnął się.
Był wyższy od Elliota niemal o głowę, starszy, bardziej doświadczony i ciężko było mu popsuć humor. Chyba warto dodać także, iż był jednym z mojej ukochanej dwójki stałych pracowników, których uwielbiałam ponad życie. Poczułam jak lekko odciąga mnie od bruneta, po czym odwraca przodem do siebie.
- Nie miałaś iść do roczniaków? - podniósł pytająco brwi.
Westchnęłam tylko, po czym zabrałam Elliota ze sobą, ciągnąc go za granatową kurtkę.
- Piękna zima, prawda Eff?
Rozejrzałam się dookoła. Rzeczywiście wszystko pokryte było białym, miękkim puchem.
- Prześlicznie - prychnęłam, gdy jeden z mokrych płatków spadł mi na nos.
To coś miało być niedokończonym kichnięciem, ale widocznie jakoś mi się to odwiedziło. Ktoś zasłonił mi oczy. Chyba oczywiste było, że został mi do odgadnięcia tylko drugi z moich słodkich blondynków. Chociaż Kyle nigdy nie bawił się w takie rzeczy.
- Kyle, nigdy nie zabłyśniesz w moich oczach jako romantyk - drażniłam się z oprawcą tej chwilowej ciemności.
Usłyszałam tylko cudowny śmiech Williama, a następnie wysoki pisk:
- Eff! Jak możesz nie odwzajemniać moich uczuć. Teraz złamałaś mi serduszko.
- Boże Elliot! - krzyknęłam, odwracając się do pięknego, ciemnowłosego chłopaka o szlachetnych rysach twarzy. Rzuciłam się na niego, przytulając najmocniej jak potrafiłam.
- Też chciałbym takie powitania codziennie - mruknął zazdrosny Allen.
Elliot objął mnie mocno, uśmiechając się szeroko. Wyjątkowo do twarzy było mu w kolorowej czapce Kyle'a z dużym pomponem na końcu, a w dodatku pachniał drogimi perfumami.
- Myślę, że nie tylko o to możesz być zazdrosny - uśmiechnął się jeszcze szerzej młody.
William nieco spoważniał, przymrużył oczy, po czym podszedł do nas. Herbatka odskoczyła pod ścianę.
- A ja jestem pewien, że niekoniecznie mam czego - uśmiechnął się.
Był wyższy od Elliota niemal o głowę, starszy, bardziej doświadczony i ciężko było mu popsuć humor. Chyba warto dodać także, iż był jednym z mojej ukochanej dwójki stałych pracowników, których uwielbiałam ponad życie. Poczułam jak lekko odciąga mnie od bruneta, po czym odwraca przodem do siebie.
- Nie miałaś iść do roczniaków? - podniósł pytająco brwi.
Westchnęłam tylko, po czym zabrałam Elliota ze sobą, ciągnąc go za granatową kurtkę.
- Widzisz z kim ja muszę pracować? - zaczęłam mu narzekać.
W końcu niepewnie popatrzyłam na nasze wystraszone źrebaki. Gdybyście tylko widzieli te opuszczone uszy i rozbiegane oczy. Gdybym od początku wiedziała, jak trudne będzie ich zajeżdżanie, oddałabym całą ferajnę Elvii pod opiekę. Uśmiechałam się tylko na myśl, że ona bardzo chętnie wszystkie by poprawnie pozajeżdżała.
- Okey, chwila, poczekaj - poleciłam, po czym weszłam do Pretty Valentine, która stała pierwsza od lewej strony.
Klacz chyba od razu zaczęła biegać dookoła boksu w popłochu. Stanęłam więc przy samych drzwiach z kantarem w ręce i tak czekałam, aż się uspokoi. Zajęło mi to jakieś piętnaście minut. Klaczka następnie spojrzała na mnie, strzygąc uszami. To nie tak, że nie miała już zakładanego kantara, jednak okropnie wszystkiego się bała. Wyciągnęłam nisko rękę z kostką cukru. Nie chciała. Podeszłam krok, któremu uważnie się przyglądała. Drugi, trzeci, pogłaskałam ją po szyi, przemieszczając rękę w górę. W końcu udało mi się przyczepić linkę do kantara. Wzięła ode mnie cukier zadowolona chyba z samej siebie. Zawołałam Elliota, który zaraz przejął linkę. Zabrałam się powoli za czyszczenie klaczki. Nie byłoby to wcale takie trudne, jeśli nie kręciłaby się wokół.
- Elliot, trzymaj ją mocniej, bo cały czas odkręca się zadem w moją stronę! - nakrzyczałam na chłopaka.
Powoli miałam tego dość. Zbliżanie się do zadu było ogólnym ryzykiem, ale jakoś powoli wyczyściłam i kopyta i ogon. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda? Elliot zostawił w spokoju Pretty, wychodząc z boksu, a ja zabrałam się za kolejną z klaczy.
Diamond Bones była o tyle lepsza w obyciu, że jako maleństwo strach ją paraliżował. Tym razem to chłopak czyścił konia, ja natomiast stałam i uspokajałam jej nierówny oddech. Niziutka Diamond była naprawdę przeuroczym stworzeniem, wymarzonym do pracy. Siwa przez całe dziesięć minut nie ruszyła się o krok, chociaż to również spowodowało problemy przy czyszczeniu kopyt. Elliot nie mógł sobie z nią poradzić. Na początku delikatnie prosiłam, by podniosła nogę, jednakże potem klaczka lekko dostała w zad. Odskoczyła przerażona, następnie weszła w róg boksu i stała tak wystraszona. Powoli zaczęłam ją głaskać, gdy już dała do siebie podejść, powoli schodząc do zadnich tylnych kopyt. Tym razem bez problemu obie nogi podniosła. Sprawdziłam jeszcze, czy aby na pewno wszystko z nimi jest okey i niepokój konia nie wynika z bólu. Wszystko było dobrze, poza tym, że akurat Diamond musiała mieć nogi na noc owijane i smarowane maścią rozgrzewającą.
Przeszliśmy do pierwszego z ogierów.
Chandresh już na wstępie odwrócił się do mnie zadem. Poprosiłam Elliota, by przyniósł mi jeden z batów, leżący gdzieś w siodlarni. Ostatnio przez roczniaki panował tam ogromny nieporządek. Część sprzętu zniknęła wraz z nowymi właścicielami i końmi, a część przybyła lub poddaliśmy się czyszczeniu tej starszej. Wszystkie wyścigowe tranzle leżały na jednej kupce, przygotowane do wymycia, a raczej wytarcia z piachu i nasmarowania. Nie miałam zamiaru robić tego sama, przecież mam całą kadrę.
Chłopak zaraz przyszedł z batem. Chandresh dostał raz, na co zareagował mocnym kopem.
- Idioto - posłałam mu drugi bat tuż obok niego, nawet go nie dotykając.
Wtedy spojrzał na mnie uważnie, po czym głośno zarżał. W oświetlonym boksie, długie cienie odbijały się po ścianach. Był naprawdę piękny jak na roczniaka, gdy tak podnosił całe ciało, chcąc pokazać, że jest ważniejszy. Wtedy podeszłam spokojnie z kantarem i założyłam mu go. Ogier miał lekkie problemy z uszami, ale mniej więcej dalej nie reagował źle. Tym razem to ja czyściłam konia. Dokładnie aczkolwiek szybko przejechałam miękkimi szczotkami, bo i Chandresh nie był jakoś bardzo brudny, po czym wzięłam ścierkę. Gdy tylko ogier zobaczył niebieski materiał, zaczął niespokojnie dreptać w miejscu. Grey uspokajał go cicho, a ja wzięłam się za ocieranie z kurzu całej skarogniadej kłody. Klasycznie zad wymagał od nas więcej zaangażowania. Maluchy nie były jeszcze przyzwyczajone do dotykania go. Mimo to reszta poszła sprawnie, nawet kopyta. Chandresh miał chyba najdłuższy ogon z całej czwórki źrebaków, przez co wyglądał bardziej jak wyścigowiec, a nie maluszek. Poklepałam go delikatnie po szyi, dałam kostkę cukru, a potem przenieśliśmy się do ostatniego kasztana. Kolejny malec z cyklu: hej, jeśli wejdziesz, spróbuję cię zabić. Na początku chciałam załatwić to na spokojnie, jednakże dzisiaj zwyczajnie nie miałam czasu ani cierpliwości na takie zabawy. Gdy ogier zaczął się rzucać raz naprawdę dostał w zad batem, jednakże nie pozwoliłam mu na mnie skoczyć. Zamiast tego stanął dęba w rogu, nie mając dokąd uciec. Na początku All Your Reasons lekko wystraszył się sytuacji, przy czym zaczął panikować. Odesłałam więc Elliota z boksu i sama, z rękami nisko opuszczonymi, podeszłam do konia. Czekałam, aż zacznie normalnie oddychać, a następnie zaciekawi się samym kantarem. W końcu zaczął go lekko skubać, więc podniosłam powoli dłonie i nałożyłam mu go na łeb. Początkowo wyraźnie nie był zadowolony, jednakże badał każdą moją reakcję kątem oka. Nie dałam się zmanipulować, przez co stanowczo go opanowałam, jednym lekkim szarpnięciem za linkę. Oczywiście zmiana musiała nastąpić i teraz to ja ogarniałam zachowanie kasztana, podczas gdy Elliot go czyścił. All Your Reason nie bał się szczotek ani ścierki, ciekawszą rzeczą było próbowanie nas w boksie, kręcenie się i skakanie. Gdy koń wiedział już, że nie może się ruszyć, przestał cokolwiek robić i opuścił nisko łeb. Wyzwaniem tym razem były kopyta, ponieważ ogier zwyczajnie kopał. Nie mogliśmy sobie na takie coś pozwolić. Szarpnęłam za linkę przy kolejnej jego próbie, po czym dostał lekko batem tuż przy zadzie. Stanął wpatrzony uważnie, zastrzygł uszami. Tym razem tylko wyrywał kopyto, jednakże nie próbował zranić żadnego z nas.
Odetchnęłam z ulgą. Roczniaki wyczyszczone. Teraz mogłam wziąć się za Nobody's. Było zdecydowanie za zimno i ślisko na bieganie wokół z roczniakami na linkach, dlatego też musieliśmy przypiąć je z obergutami oraz czaprakami do maszyny. Potrzebny nam jednak był jeden koń, który elegancko mógłby dawać młodym przykład. Jako iż gniady odbył wczoraj dość wyczerpujący trening, dzisiaj spokojnie mógł chodzić w maszynie. Najwyżej potem zaangażujemy mu coś, co nie obciąży jego stawów. Zima nigdy nie sprzyjała treningom, nawet jeśli chodzi o tą w Cheltenham. Temperatura lewo schodziła poniżej zera, a zaraz całe ulewne deszcze zamarzały, po czym zaczynał prószyć mokry śnieg.
Przeszliśmy do pierwszego z ogierów.
Chandresh już na wstępie odwrócił się do mnie zadem. Poprosiłam Elliota, by przyniósł mi jeden z batów, leżący gdzieś w siodlarni. Ostatnio przez roczniaki panował tam ogromny nieporządek. Część sprzętu zniknęła wraz z nowymi właścicielami i końmi, a część przybyła lub poddaliśmy się czyszczeniu tej starszej. Wszystkie wyścigowe tranzle leżały na jednej kupce, przygotowane do wymycia, a raczej wytarcia z piachu i nasmarowania. Nie miałam zamiaru robić tego sama, przecież mam całą kadrę.
Chłopak zaraz przyszedł z batem. Chandresh dostał raz, na co zareagował mocnym kopem.
- Idioto - posłałam mu drugi bat tuż obok niego, nawet go nie dotykając.
Wtedy spojrzał na mnie uważnie, po czym głośno zarżał. W oświetlonym boksie, długie cienie odbijały się po ścianach. Był naprawdę piękny jak na roczniaka, gdy tak podnosił całe ciało, chcąc pokazać, że jest ważniejszy. Wtedy podeszłam spokojnie z kantarem i założyłam mu go. Ogier miał lekkie problemy z uszami, ale mniej więcej dalej nie reagował źle. Tym razem to ja czyściłam konia. Dokładnie aczkolwiek szybko przejechałam miękkimi szczotkami, bo i Chandresh nie był jakoś bardzo brudny, po czym wzięłam ścierkę. Gdy tylko ogier zobaczył niebieski materiał, zaczął niespokojnie dreptać w miejscu. Grey uspokajał go cicho, a ja wzięłam się za ocieranie z kurzu całej skarogniadej kłody. Klasycznie zad wymagał od nas więcej zaangażowania. Maluchy nie były jeszcze przyzwyczajone do dotykania go. Mimo to reszta poszła sprawnie, nawet kopyta. Chandresh miał chyba najdłuższy ogon z całej czwórki źrebaków, przez co wyglądał bardziej jak wyścigowiec, a nie maluszek. Poklepałam go delikatnie po szyi, dałam kostkę cukru, a potem przenieśliśmy się do ostatniego kasztana. Kolejny malec z cyklu: hej, jeśli wejdziesz, spróbuję cię zabić. Na początku chciałam załatwić to na spokojnie, jednakże dzisiaj zwyczajnie nie miałam czasu ani cierpliwości na takie zabawy. Gdy ogier zaczął się rzucać raz naprawdę dostał w zad batem, jednakże nie pozwoliłam mu na mnie skoczyć. Zamiast tego stanął dęba w rogu, nie mając dokąd uciec. Na początku All Your Reasons lekko wystraszył się sytuacji, przy czym zaczął panikować. Odesłałam więc Elliota z boksu i sama, z rękami nisko opuszczonymi, podeszłam do konia. Czekałam, aż zacznie normalnie oddychać, a następnie zaciekawi się samym kantarem. W końcu zaczął go lekko skubać, więc podniosłam powoli dłonie i nałożyłam mu go na łeb. Początkowo wyraźnie nie był zadowolony, jednakże badał każdą moją reakcję kątem oka. Nie dałam się zmanipulować, przez co stanowczo go opanowałam, jednym lekkim szarpnięciem za linkę. Oczywiście zmiana musiała nastąpić i teraz to ja ogarniałam zachowanie kasztana, podczas gdy Elliot go czyścił. All Your Reason nie bał się szczotek ani ścierki, ciekawszą rzeczą było próbowanie nas w boksie, kręcenie się i skakanie. Gdy koń wiedział już, że nie może się ruszyć, przestał cokolwiek robić i opuścił nisko łeb. Wyzwaniem tym razem były kopyta, ponieważ ogier zwyczajnie kopał. Nie mogliśmy sobie na takie coś pozwolić. Szarpnęłam za linkę przy kolejnej jego próbie, po czym dostał lekko batem tuż przy zadzie. Stanął wpatrzony uważnie, zastrzygł uszami. Tym razem tylko wyrywał kopyto, jednakże nie próbował zranić żadnego z nas.
Odetchnęłam z ulgą. Roczniaki wyczyszczone. Teraz mogłam wziąć się za Nobody's. Było zdecydowanie za zimno i ślisko na bieganie wokół z roczniakami na linkach, dlatego też musieliśmy przypiąć je z obergutami oraz czaprakami do maszyny. Potrzebny nam jednak był jeden koń, który elegancko mógłby dawać młodym przykład. Jako iż gniady odbył wczoraj dość wyczerpujący trening, dzisiaj spokojnie mógł chodzić w maszynie. Najwyżej potem zaangażujemy mu coś, co nie obciąży jego stawów. Zima nigdy nie sprzyjała treningom, nawet jeśli chodzi o tą w Cheltenham. Temperatura lewo schodziła poniżej zera, a zaraz całe ulewne deszcze zamarzały, po czym zaczynał prószyć mokry śnieg.
Weszłam spokojnie do boksu ogiera, który wydoroślał nam przez ostatni sezon. Zbudowaliśmy mu ładną tkankę mięśniową, ale również jakoś wewnętrznie się ogarnął. Spokojniejsze przypięłam go nad żłobem, po czym zaczęłam dokładnie czyścić. Poszło łatwo i sprawnie, dzięki czemu zaraz mogłam go przykryć derką, a następnie wyprowadzić. Mury stajni teoretycznie chroniły nas przed wiatrem, jednakże nadal padał mocno mokry śnieg, przez co koń zaraz ociekał wodą. Ze zniecierpliwieniem czekałam na wiosenny remont całego Cheltenham, spoglądając na własne, trzęsące się ręce. Zwinnie przypięłam ogiera do karuzeli po środki placu, a następnie zawołałam trójkę chłopców do pomocy. Wylądowałam w parze z Kylem, który zadowolony szedł tym razem z czaprakiem, obergutem i derką w stronę klaczy. Zapowiadało się na niemałe wyzwanie.
- Ja sobie nie poradzę? - zaakcentował blondyn w pewnym momencie, mrużąc oczy.
W końcu weszliśmy do Diamond Bones, która teoretycznie powinna być o wiele spokojniejsza od naszej skarogniadej ślicznotki.
Przyczepiłam sprawnie grubą linkę do skórzanego kantara, obróciłam klaczkę przodem do żłobu, po czym Kyle podszedł bliżej konia. Założył mocnoróżowy czaprak, a następnie przełożył przez niego obergut.
- Okey, trzymaj ją mocniej - uśmiechnął się dziennie.
Jakbym o tym nie wiedziałam. Wraz z liczbą zwiększających się dziurek paska za klamerką koń zaczynał bardziej się szarpać. Uciszałam nasz diamencik, głaszcząc ją delikatnie po łbie. W końcu Kyle skończył podpinać popręg i zabrał się za derkę. Szeleszczący materiał straszył siwą już od początku. Gdy Kyle tylko podniósł ręce, klaczka zaraz odskakiwała od niego. Podłożył derkę pod jej nos mocno już zirytowany, następnie powoli przekładając materiał na wysokości kłebu i rozkładając go delikatnie do tyłu. Diamond po jednym moim szarpnięciu podniosła łeb do góry, patrząc na mnie przestraszona. Ściągnęłam ją powoli do dołu, by zwyczajnie mieć lepszą kontrolę.
- Gotowa - mruknęłam, a Kyle wychylił się przez szczelinę w drzwiach, spoglądając w kierunku okropnego rżenia.
*Kyle Jenkins*
Nie wiem nawet czy blado uśmiechnąłem się do Effy, ale zaraz po prostu wybiegłem z boksu, ponieważ przeczucie ciągnęło mnie w stronę hałasu. Nieodpowiedzialnie zostawiłem Elliota z Allenem oraz parą najgorszych młodzików. Zabrałem bat, który leżał gdzieś obok na ziemi, widząc jak przerażony Gray wycofuje się z boksu All Your Reasons.
- Chyba mu coś odpierdoliło - krótko skomentował.
Spojrzałem na to, co dokładniej się stało. Ogier z podpiętym lekko popręgiem biegał wokół Willa. Mina chłopaka chyba wyrażała nawet pewną zaciętość, jednakże nie miał pojęcia jak sobie aktualnie poradzić.
- Pomóc ci - ironicznie zapytałem blondyna.
- Pfff, przecież genialnie mi idzie - niemal wołał pomocy swoimi czekoladowymi oczami, wypowiadając słowa.
Otworzyłem szeroko drzwi od boksu, po czym kasztan prawie rzucił się na mnie. William zatrzymał się oparty całym ciężarem ciała na nogach, jednocześnie blokując konia linką.
Uderzyłem mocno w łopatkę ogiera, który postanowił się postawić mojej przemocy. Dostał więc jeszcze raz i kolejny. Dopiero po piątym bacie ustawił się elegancko pod ścianą boksu. Nawet nie śmiał patrzeć w kierunku otwartych drzwi, dlatego też odkręcał głowę w stronę ściany. Gdy tylko chciał zmienić pozycję Allen głośno na niego krzyczał, klnąc.
Elliot z otwartymi szeroko oczami, patrzył się na naszą dwójkę. Pociągnąłem mocno popręg do góry, a następnie zabrałem się za derkę. Kasztan próbował kopnąć Willa, za co tym razem in mu przyłożył nie mniej mocno niż ja. Zawzięty koń stał, prawieże obrażony na cały świat, ale raczej nie sprawiał już większych problemów, więc zostawiłem go z Willciamem, a sam poszedłem do kolejnego z naszych cudaków.
Elliot złapał ogiera przed moim przyjściem, więc sam mogłem zająć się czaprakiem i obergutem. Na początku podłożyłem materiał pod nos ogierowi. Wydaje mi się on wyjątkowo rozbiegany w szerokim tego słowa znaczeniu. Mimo wszystko jest dość płochliwy, a także jednocześnie ciekawski. Znając życie przejażdżki będą wyglądały w stylu: Och, co to jest?! Okey, uciekamy; byłem tego niemalże pewien i mógłbym robić zakłady. Przerzuciłem wyścigowy popręg, złapałem u dołu, a następnie zacząłem go podciągać. Chandresh tylko strzygła uszami ciekawy nowego uczucia. Chwilę potem go poklepałem, dałem buziaka w nos i mruczałem coś do niego, próbując go uspokoić. Teraz to derkę dałem mu do obejrzenia, a następnie zrobiłem ten sam myk, co przy Diamond Bones. Wtedy tkanina o wiele mniej straszyła konia, a ja sam zarobiłem w życiu jednego kopa mniej. Skatogniady zaraz zaczął machać ogonem w każdą możliwą stronę, gdy tylko poczuł derkę na zadzie. Wyjąłem z kieszeni kostkę cukru, ponieważ ogier zdecydowanie na nią zasłużył.
Zamknąłem Elliota z Chandreshem, po czym przeszedłem jeden boks dalej
- Moja mała ślicznotka - powitałem cudowną kaczkę.
Gdzieś dalej zarżała zazdrosna Miętowa Herbatka.
Piękna odwróciła się do mnie, po czym zaczęła odważnie wkładać mi łeb pod rękę. Żaden z roczniaków nie był dotąd tak wylewny ani śmiały. Pogłaskałem klaczkę delikatnie po łbie, po czym położyłem rękę na kłębie, drapiąc ją pod grzywą. Zadowolona odprężyła się, opuszczając jeszcze niżej szyję.
- Kochanie - cicho mówiłem do klaczy, która była nie zwykłą pieszczoszką.
W końcu usłyszałem poganiający krzyk Williama, ponieważ All Your Reasons znowu zaczął rozrabiać w boksie.
Szybciutko założyłem czaprak, a następnie zacząłem i jej podpinać nieszczęsny popręg. Klaczka kilka razy obróciła się wokół własnej osi, a ja biegając za nią, coraz mocniej zapinałem pasek. Gdy już skończyłem Pretty zatrzymała się, popatrzyła na mnie uważnie. Miałem w końcu okazję wziąć derkę. Złożyłem ją na pół, a następnie przewiesiłem przez konia i rozłożyłem po całej jego kłodzie. Uspokajałem powoli Valentine, głaszcząc wzdłuż szyi.
- Okey, jesteśmy gotowi - wykrzyknąłem.
Pierwszy wyszedł Allen z szarpiącym kasztanem, potem Elliot z Chandreshem, następnie ja z Pretty i na końcu Effie z białą Diamond Bones. Zatrzymałem maszynę, po czym usłyszałem głośny pisk Williama, który jechał po lodzie tuż za ogierem, broniąc się przed kopem z jego strony.
- Will, widzę, że nawet łyżew nie potrzebujesz - zaśmiałem się, a zaraz i Effie podchwyciła temat, dopowiadając Willciamowi.
Chłopak głośno jęczał, jak bardzo nienawidzi tego konia, cały czas machając przy jego łbie końcem linki, by się ogarnął.
W końcu dociągnął kasztana do maszyny. Kiedy próbował go podpiąć, koń wspinał się nad nim. Allen wytrwale ściągał go na dół. I my przypinaliśmy konie do karuzeli. Klaczki spokojnie podchodził do zadania, jednakże Chandresh cały czas cofał się, wpadając na Pretty. Widziałem jego kopyta tuż przed sobą.
Zagwizdałem, gdy jego zad był dosłownie metr ode mnie, a wtedy koń mocni naparł do przodu. Elliot zwinnie zapiął pasek na jego nosie, po czym sprawnie odskoczył. Chwilę później i William poradził sobie z kasztanem.
Poprosiłem młodego Graya, by poszedł włączyć maszynę. Zostawiłem Pretty, łapiąc się Chandresha. Eff dała znak brunetowi. Pierwsze pociągnięcie za metalowe łańcuchy, zwiastowały również pierwsze problemy. Nagle przytłoczyły nas niczym fala. Diamond Bones zaparła się na maszynie, ciągnąc ją do tyłu; All Your Reasons stał dęba między konstrukcją, nastomiast Chandresh odskoczył na mnie tak, że znalazłem się pod jego kopytami. Ogier jeszcze bardziej wystraszony zaczął kopać przodem, więc musiałem jak najszybciej się ewakuować. Uspokajałem konia, jednakże on poddał się panującej atmosferze.
Effie złapała siwą za kantar, po czym maszyna prawidłowo ruszyła wraz z nami. Ściągnęła jednocześnie kasztana, a William zdzielił go porządnie batem. Od tamtej pory nawet nie śmiał czegokolwiek zrobić. Ogier za nim nerwowo przy mnie skakał co chwilę, jednakże cicho uspokajałem go, opowiadając przeróżne historie. Wierzcie lub nie, ale skarogniady naprawdę słuchał mojego głosu. Cała nasza trójka mruczała pod nosami mniejsze lub większe przekleństwa w kierunku wyścigowców.
Tylko Pretty zachowała zimną krew i chodziła jak gdyby nigdy nic się nie stało. Naprawdę nie przejmowała się tym, iż jest w złowieszczej karuzeli.
W końcu nasze maluszki chodziły niemalże perfekcyjnie za poirytowanym sytuacją Bohaterem, a my mogliśmy odejść spod maszyny. Wzbudziło to niemałe poruszenie, chociaż zdecydowanie nieporównywalne z wcześniejszym zamieszaniem.
Usiedliśmy pod boksami, które znajdowały się pod dachem, dzięki czemu nie padał na nas śnieg, dalej obserwując młodziaki. Naprawdę cały czas trzeba było ich doglądać, a szczególnie za pierwszym razem w karuzeli. Paski przy mocnym szarpnięciu, łatwo można było zerwać, a znowu powszechnie wiadomo, iż źrebaki na wolności, nie zwiastują niczego dobrego.
Siedzieliśmy więc tak przez długie czterdzieści minut, szykując jednocześnie Herbatki na tor. One przynajmniej nie sprawiały już problemów. Czyżby dojrzały?
Gdy czas na chodzenie w maszynie skończył się, a dwulatki przebiegły swoje dziesięć minut kłusem, wszyscy byliśmy przemarźnięci do szpiku kości. Nie tylko ja nie czułem palców, dlatego też z ogromną ulgą wyłączaliśmy maszynę i zbieraliśmy zmęczone konie. Dopiero teraz szły potulnie jak baranki. Nawet kasztan wlókł się za Willem z opuszczoną, a zarazem rozluźnioną szyją. Taki prosty, a taki skuteczny trening dla anglików w ich wieku.
Wytarłem dokładnie słomą całe oblepione piachem nogi Pretty, zawinąłem jej owijki, po czym zdjąłem dopiero kantar. Nie miałem ochoty wychodzić od tej cudownej klaczki. Koniom należy poświęcić dużo czasu, więc usiadłem na ziemi w kącie tak, żeby Valentine mnie widziała. Na początku nieufnie stała w drugim kącie, jednakże po kilkunastu minutach powoli zaczęła podchodzić zniżając nisko łeb. Nie wiem nawet w którym momencie, postanowiła się położyć obok mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz