jeźdźcy: Effie Collins, Joe Sugg, Abi Kesley, William Allen, Kyle Jenkins, Jack Harries, Finn Harries, Marcus Paradise, Ollie Nolan
Do oficjalnego otwarcia sezonu w UK został tydzień, kilka dni do Cheltenham Open Cup, więc przygotowania szły pełną parą nie tylko w naszej stajni. Musieliśmy załatwić tysiąc rzeczy związanych z torem głównym, a także wziąć się za porządne treningi. Konie zaczynały chodzić nam już pewnie w rękach na torze, przez co zadowoleni zaczynaliśmy pracę już około szóstej. Chłopcy obowiązkowo robili boksy, a my biegałyśmy szczęśliwe, czyszcząc konie, rozdając siano i patrząc jak wchodzi wiosenne słońce w połowie zimy. Napawaliśmy się ciepłem dnia, a ja sama coraz to dłużej zostawałam w ciepełku, wygrzewając się jak kot, przez co Ollie otwarcie się ze mnie śmiał, gdy już w końcu postanowił się odezwać. To właśnie on tylko spoglądał ciepło z rudym w rękach, odwracał się, znikał gdzieś, a potem okazywało się, iż zrobił więcej niż powinien.
Wszystkie konie stały spokojne, nawiązane i tylko czasami, któryś z nich rżał niecierpliwie. Podeszłam do tabliczki z magnesami, na których widniało imię każdego z nich, a następnie zaczęłam powoli je porządkować, raczej tak jak zwykle, chcąc by moje kochane aniołki były zadowolone. Zwyczajnie miałam cudowny humor, a co za tym szło, automatycznie robiłam się wyjątkowo miła. Gdy powoli zaczęliśmy kończyć poranny obrządek, coraz więcej ludzi gromadziło się przed stajnią, napawając się dniem, paląc, śmiejąc czy też rozmawiając na każdy możliwy temat. Bliźniacy ganiali się w koło, ponieważ Jack zabrał Finnowi telefon, a potem wcale nie miał zamiaru go oddać. Zdezorientowana Abi zastanawiała się, jak ich odróżniali w szkole, w końcu rozdała im bandanki, po czym wydała rozkaz posiadania ich, ponieważ osobiście jeszcze się gubiła. W końcu Marcus rozstrzygnął spór, zabierając zwinnie telefon, a następnie chowając go sobie, dokładnie tam gdzie znaleźć się nie powinien, przez co Finn zrobił się cały biały.
- Fujka! - krzyknął Joe, po czym wycofał się do stajni.
Przytuliłam mocno Kyle'a, który patrzył z rozbawieniem na całą gromadę, za co dostałam buziaka w czoło.
- Awh, jesteście tacy uroczy! - jęknęła El, na co tylko szeroko się uśmiechnęłam.
Spojrzałam na różowy zegarek. Najwyższa pora zabrać się za konie, słońce było już dość wysoko, a w dodatku nasi podopieczni już całkiem niecierpliwili się.
- Will! - krzyknął Marcus - sprawdź nam rozpiskę!
- Ty leniwa świnio! - wywrzeszczał blondyn z wiadomością zwrotną, po czym dodał - Joe i She Is, Abi i Diamond, ja i Alicja, Kyle i Chandresh, All i Jack, Resurrected i Finn, Marus i Anioł, Oluś i Ventosa, Eff i oczywiście nasza Śliczna Królewna.
- Hop hop księżniczki - odezwał się Kyle, po czym wstał, ciągnąc mnie za sobą.
Wszyscy poszli po swój sprzęt, zaczęła się zwykła krzątanina, zbieranie suchych ścierek i zakładanie sztylp oraz toczków.
- Ach, tylko bierzcie baty na co potrzebujecie, bo jedziemy na główny galopować - szeroko uśmiechnęłam się do calutkiej kadry, która zareagowała wyjątkowo entuzjastycznie.
Weszłam do czyściutkiej Pretty Valntine. Podniecona dreptała w miejscu, gdy zakładałam jej zwinnie ścierkę, czaprak, siodło, a następnie tranzel z wytokiem, na końcu dopinając dokładnie popręg z futerkiem. Wszyscy uwinęli się niezwykle szybko, więc jak zwykle wyszłam z koniem w ręce ostatnia. El podsadzała spokojnie, a oni odbijali się zgrabnie, wysoko tak, jakby nagle nabrali sił.
- Wezmę stoper - blondynka pobiegła jeszcze na chwilę do siodlarni, przynosząc również tabletkę na wyniki w bieżącym sezonie - jestem gotowa!
Ruszyliśmy spokojnie, miarowo stukając o beton, żeby potem zjechać na specjalne dróżki do stępowania oraz kłusowania. Cheltenham rano, gdy słońce wznosiło się coraz wyżej naprawdę poprawiało humor, dlatego też moje kochane perełki rozrabiały nie tyle na koniach, co wraz z nimi. Ogiery co chwilę dreptały w miejscu, a szczególnie All Your Reason, który pierwszy nastroszył się pod Jackiem, wtórujący mu Finn śmiał się z niego na spokojnym Warriorze, za co brat zbliżył się i zaczął machać ręką przed głową ogiera.
- Hej! - wrzasnęłam na nich niezadowolona.
Joe, który jechał tuż obok mnie zaśmiał się z mojej reakcji, ponieważ nawet nie widziałam jak mam przywołać ich do porządku. Zaczął wmawiać mi, że nie potrafię ogarnąć nawet własnej kadry, a ja odegrałam się groźbą zwolnienia. Popatrzył dwa razy na cudowną She Is, po czym stwierdził, że jak ma się stąd wynosić, to zabiera ze sobą klaczkę.
- Ale to mój koń! - zaprotestowałam.
- Ale to mój koń! - zaprotestowałam.
Skomentował to krótkim, uroczym, zakończonym uśmiechem:
- I co z tego?
Przed samym ogrodzeniem Cheltenham skręciliśmy w prawo, wjeżdżając w niewielki lasek, przez który widać było ogromne tereny, rozciągające się w tym niewielkim miasteczku.
- Ruszamy! - krzyknął Jack, a następnie ruszyliśmy kłusem.
Koniec tygodnia, więc i konie wydawały się bardziej ogarnięte. Pretty rozglądała się bacznie, uważając na każdą straszną gałązkę. Poklepałam ją delikatnie po szyi, by chociaż troszeczkę się uspokoiła. Cały czas delikatnie ciągnęłam, po czym odpuszczałam jej wodze, dzięki czemu przestała wisieć mi na rękach, a także opuściła lekko łeb, zaokrągliła się oraz podstawiła zad. Wjechaliśmy przez tunel na padok, przeszliśmy jedno kółko, by konie się przyzwyczaiły i skręciliśmy w przejście prowadzące na tor. Wszystko ogrodzone było eleganckim białym płotkiem. Całkowite pustki zapierały dech w piersi. Brak gwaru, ludzi. Tylko konie.
Podciągnęłam popręg, sprawdzając go dokładnie, skróciłam strzemiona o dobre sześć czy siedem dziurek, a następnie w końcu wyjechałam wraz z Joe na tor. Valentine wyciągnęła mi wodze z rąk, widząc przy sobie She Is, jednakże lekko zaparłam się i odpuściła. Przekentrowaliśmy spokojnie dobre dwieście metrów.
- Cichutko - uspokajałam klaczkę, ponieważ bardzo szybko zaczynała się nakręcać.
- Cichutko - uspokajałam klaczkę, ponieważ bardzo szybko zaczynała się nakręcać.
- Jak jedziemy? - krzyknął Kyle.
Kilka kroków.
- Trójkami, w odległości około dwustu metrów, tysiąc czterysta, gdzie poprawiacie na siedemsetnym, ale cały czas w mocnym tempie, tak wiem, że jest mokro - podniosłam rękę, uciszając Willa.
Wtrącił się jednak:
- Mamy cztery ogiery, kochana Eff.
- All, Warrior i... Desolation, Kyle jedziesz z Joe i Kayną, ja z Diamond Alicją. Chwilka. Nie. Wy robicie tysiąc pięćset, tak samo od siedemsetnego, a my tysiąc trzysta tak samo.
- Dodam jeszcze od siebie - zaczął Joe - Kayna i Diamond nie bardzo wchodzą do bramek.
Spojrzałam na przerażoną Abi.
- Wejdziecie ostatnie i wprowadzi was El.
Blondynka zaciekawiona stała już przy maszynie ze stoperem na szyi.
Młode konie teoretycznie bały się startmaszyny, jednak nie do końca wiedziały, co mogą w niej robić. Zazwyczaj cofały się, a rzadziej wspinały czy kopały.
Dziewczyna powoli zaczęła ganiać za jednym z kasztanów. Warrior wchodził pierwszy, ponieważ zdecydowanie był bardziej ogarnięty. Spokojnie stanął, lekko spięty, więc Finn cały czas mówił do niego. Następnie drugi kasztan. All Your Reasons kręcił się, próbując uciec od bramek, jednak Jack jakimś sposobem w końcu wepchnął go do środka, gdzie zaczął się niecierpliwie rzucać. Chłopak włożył ręce w jego szyję, zataczając małe kółeczka. Został jeszcze tylko bialutki ogier. Schylił nisko łeb i dziwnie kręcił się po bokach. Przerażona El weszła z nim do maszyny, zamknęła drzwiczki, po czym Aniołek zaczął kopać w bramkę oraz przygniatać Marcusa bokami. Chłopak przykładał mocno łydki, aż koń przysiadł na zadzie, a następnie obciążył mocniej jego grzbiet. Zebrał wodze.
- Gotowi jesteście panowie? - El uważnie powiodła wzrokiem po wszystkich.
- Gotowi jesteście panowie? - El uważnie powiodła wzrokiem po wszystkich.
Kiwnęli głowami.
- No to ruszamy - mruknęła.
*Finn Harries*
Ogier mocno, ładnie wyszedł z bramki, lekko ocierając bokiem o konia obok siebie. Oddaliłem się może kilka centymetrów, oparłem lekko na wodzach, by ogier nie przyspieszał i galopowałem, rozpędzając się coraz bardziej. Warrior szedł naprawdę mocno, jednak dorównywał idealnie reszcie, przez co nie zostawał z tyłu. Wolałem jechać nos dalej od kolejnego kasztana, by mój ogier lekko szedł do przodu, jednak nie wyciągając mnie z siodła. Poklepałem go spokojnie po szyi, dalej galopując. Ogierek szedł miękko, nisko na nogach, płynnie opuszczając łeb do przodu, dlatego też na początku podnosiłem lekko ręce, by na razie zachował właściwą sobie równowagę, a nie opierał się na mnie. Podniosłem wewnętrzną wodzę szybko do góry, a następnie oddałem mu ją tak, że zdziwiony na chwilę wypadł z rytmu. Mimo to zaraz się pozbierał. Coraz bardziej kierowałem go na All Your Reasons, by poczuł jego bliskość, jednak mój kasztan odsuwał się od niego zadem. Przyłożyłem mocniej łydkę po raz pierwszy. Zaniepokojony Warrior podniósł wysoko łeb, przez co i ja automatycznie skróciłem wodze. Tak już lekko kopnąłem go w bok po raz drugi. Teraz ogier niezadowolony zmienił nogę, a następnie rzeczywiście ładnie przybliżył się do konia obok. Czułem niemal nogę Jacka ocierającą o mój bok. Musiałem jeszcze znowu lekko zaokrąglić szyję Warriora, dlatego też spokojnie przerabiałem mu wodzami, dodając jednocześnie rytmicznie łydki. Na początku uparł się i nie chciał odpuścić, jednak po chwili zacząłem opuszczać ręce wzdłuż jego szyi tak, iż nie miał innego wyjścia, ponieważ noszenie się tak wysoko, stało się dla niego niewygodne. Zmniejszyłem mostek, nadal bawiąc się wędzidłem w jego pysku, w taki sposób, że czuł kontakt, a jednocześnie był zmuszony do wykonywania moich poleceń. Kiedy już doszliśmy do porozumienia, zacząłem pracować nad poprawnym wydłużeniem jego kroku, nieco obniżając postawę, ale zbierając go u góry.
*Jack Harries*
All Your Reasons szedł naprawdę mocno do przodu. Niepotrzebnie zganaszował się, przez co ograniczył i mi i sobie dobry, poprawny ruch do przodu. Wyrzucał mocno przednie nogi, siadając na tyle oraz próbując kombinować. Zaczynał mnie zdecydowanie denerwować. Odbijał się w ten sposób od konia do konia, nie utrzymując równego taktu czy chociażby prostej linii galopu. Zbliżaliśmy się powoli do krótkiej prostej, gdzie milion razy zmieniał nogę. Wygiąłem mu łeb do zewnątrz, a następnie przyłożyłem nieco mocniej batem do łopatki nogi, na którą powinien galopować. Zdezorientowany wepchnął się na konia obok, jednakże zaczął iść sporo lepiej. Dodałem mocno łydki, dopychając do trzymającej go ręki, przez co na chwilę go zakleszczyłem, by zobaczył, do czego próbuje sam dążyć, a następnie zacząłem odpuszczać ręce, opierając się wygodnie na jego szyi. Opuścił ją nieco w dół, elegancko się angażując w ruch. Zastrzygł ciekawsko uszami, więc zacząłem do niego spokojnie mówić, wydawał się być teraz o wiele bardziej skupiony na pracy. Powoli łapał, że wejście na lepszy kontakt może ułatwić mu sporo ruch w galopie, dlatego też sam zaczął szukać mi go po rękach. Zadowolony dopasowałem się do ogiera, ponieważ wykazał sporo inicjatywy w tym kierunku, przez co zdecydowanie zasłużył sobie na nagrodę. Nieco niżej usiadłem w siodle, idąc z ruchem jego ciała. Idealnie wyczuł moment, kiedy powinien wyciągnąć się do przodu oraz znowu kiedy podebrać pod siebie nogi. Spokojnie pracowałem z nim nad tym pojedynczymi sygnałami. Mimo wszystko ogierek musiał być jak najbardziej swobodny w ruchu, dlatego zbytnie kombinowanie mogło wpłynąć negatywnie na jego trening.
*Marcus Paradise*
Miałem dosłownie gdzieś, że nie podtrzymuję konia, jednakże Desolation powiesił mi się na wędzidle w taki sposób, że przez pierwsze tysiąc metrów nie byłem w stanie nic zrobić. Nawet działanie siłowe nie zdaje się na nic przy tak upartym koniu. Zacisnął mocno zęby na wędzidle i miał gdzieś, to o co proszę. Szedł więc właściwie pierwszy, pokonując największą drogę spośród trójki naszych koni.
- Cholerny koń - wrzasnąłem na niego tak, że bliźniacy obrócili się i popatrzyli na mnie ze zdziwionymi minami.
Młodzik nie miał jeszcze dobrze rozbudowanego przodu, dlatego też nie miałem na czym nawet się oprzeć. Ostatecznie ciągnąłem dość mocno raz za jedną wodzę raz za drugą, przyciągając łeb konia do siebie. Siłował się ze mną na początku, lecz zaczynało mu być coraz bardziej niewygodnie w tej pozycji, przez co znowu próbował obniżyć łeb, nadal ciągnąc wędzidło gwałtownie i mocno w dół. Walka z koniem, który waży gdzieś ponad sto razy więcej niż ty jest stosunkowo bez sensu. Dlatego zmieniłem taktykę. Całkiem puszczałem wodze, a następnie równie szybko łapałem mocny kontakt z ogierem. Zaskoczony zaczął co chwilę się potykać, a mimo to po którymś razie miał dość, zaokrąglił szyję i szedł już nieco lżej. Na ostatnich kilkuset metrach osiadłem miękko na nogach, wydłużyłem wykrok konia, a następnie lekko wysuwałem ręce do przodu dokładnie wzdłuż jego szyi, przykładając mocniej łydki. Cmoknąłem cichutko, a mimo to cała trójka zastrzygła uszami. Warrior wyrównał do drugiego kasztana, a ja sam poddałem się płynnemu ruchowi białego Desolation. Przy większej prędkości szedł naprawdę mocno. Cały czas trzymał się mojej ręki, ale także ładnie galopował do przodu. Wysoko odbijał się od miękkiej trawy. Dopiero po mignięciu lustra od celownika, wstaliśmy z siodeł, po czym zwolniliśmy.
*Kyle Jenkins*
Chandresh był istną porażką. Zaczął wspinać się przed samą bramką. Kopnąłem mocniej w jego bok, a następnie przyłożyłem bat do jego łopatki. Ogier wyskoczył w górę, przytrzymałem się mocno grzywy, ściągając go jednocześnie w dół. Stanął jak wryty, spojrzał na mnie uważnie, zastrzygł uszami i dał wprowadzić się do bramek.
- Co za nienormalny koń - mruknęła El tuż przed jego nosem.
Chansdresh prychnął jej w twarz. Podniosła rękę, a za nią i ogier wysoko zadarł łeb, pokazując białka w oczach. Najprzyjaźniejszym zwierzęciem nie był zdecydowanie. Kopał w bramkę z całej siły, aż po torze rozchodził się nieprzyjemny odgłos. Zadowolony z siebie wypadł gwałtownie, gdy tylko drzwiczki się otworzyły. Wpadł na She Is po prawo, odbił się od niej znowu do bramki i zaczął ze mną walczyć. Dopychałem go z całej siły do ręki, ponieważ zad zostawiał daleko w tyle, jednocześnie wspinając się przodem. Zdecydowanie mu się to nie podobało, więc zaczął szukać kompromisu. Wysunąłem lekko wewnętrzną rękę, wypuszczając kilka centymetrów wodzy. Wyciągnął się do przodu, jakby popierając moje działanie. Próbował powiedzieć mi coś w rodzaju; tak, będę już grzeczny i wraz łydką, wyciągał się przodu. Poklepałem go szybko po szyi, szczęśliwy, a następnie oddałem nieco mniej zewnętrznej wodzy. Nie do końca mu to pasowało, ponieważ poczuł się zostawiony, a następnie znowu zadarł głowę. Zebrałem wodze jeszcze raz. Oddałem powoli wewnętrzną, a zewnętrzną zostawiłem tuż przy siodle, niemal pod sobą. Spuścił łeb niżej, zaokrąglił mi się w ręce. Szedł delikatnie dotykając ziemi. Cholera, był nieziemsko wygodny. Poprosiłem go o więcej, dając delikatne znaki łydką, by powoli zaczął się wyciągać, kiedy dotyka ziemi. Na początku nie miał pojęcia, o co mi chodzi, jednakże wewnętrzną dłoń wpychałem w jego szyję coraz mocniej wraz z ruchem, dzięki czemu wczuł się w nią i powoli za nią podążał. Ustawił się teraz o wiele lepiej niż na początku, a praca wydawała się chociażby efektywna.
*Joe Sugg*
Galopowanie na She Is było dla mnie jak prezent od losu. Elvia ułożyła ją od źrebaka, a teraz klaczka chodziła spokojnie, a jednak poprawnie w każdym calu. Sama przyjemność. Złożyłem ręce w drobniutki mostek tuż przy siodle i pracowałem z nią nad skupieniem się. Kasztanka uważała na wszystkie pomoce oraz sygnały wysyłane przeze mnie. Oczywiście pozbierałem ją łatwo, szybciutko, a następnie rozciągałem na prostej. Klaczka zaangażowana zadem szła ze spuszczonym łbem pewna siebie, ładnie, równo, na kontakcie, a jednak nie ciągnąc mnie po rękach. Wczuła się poprawnie w ruch moich dłoni, które szły wraz z jej płynnym ruchem raz do przodu, a raz lekko do tyłu. Podbierałem ją jeszcze mocniej w fazie lotu, a następnie oddawałem jej wodze, kiedy wyciągała daleko nogi, obniżając swoją postawę. Robiła to niebywale poprawnie, nie zwracając uwagi na konie obok. Kiedy prosiłem ją, by tym razem zostawiła łeb nieco wyżej, robiła to po dwóch krokach, szybko łapiąc, o co mi chodzi. Wszystko nad czym pracowaliśmy znajdowało swoje zastosowanie i w galopie. Poprosiłem ją więc o więcej. Zacząłem przed poprawką na krótkiej prostej, rozciągać jednocześnie jej górną linię tuż pod siodłem. Musiała generalnie pozostawać cały czas w pewnym rozluźnieniu, ale także skupić się całkowicie na sygnałach. Delikatnie usztywniałem wewnętrzną rękę na chwilę, dopychając do niej lekko konia łydką zewnętrzną, a następnie oddawałem z ruchem tą samą dłoń, podnosząc ją jednak lekko do góry. Dokładnie zamierzałem wydłużyć wyciągnięcie się szyi klaczki, gdy kładła kopyta na ziemi, a następnie lekkie zganaszowanie jej pod siebie. Miało to ułatwić, a także uefektywnić ciężką pracę She Is w wyścigu przy szybszym tempie. Kasztanka z początku nie miała pojęcia, czego od niej wymagam, jednakże raz rzeczywiście wyciągnęła się mocniej, za co została pochwalona. Dla mnie oznaczało to niesamowity sukces oraz wejście na kolejny poziom treningu dwulatki. Pochwaliłem ją tuż przy wyjściu z zakrętu. Kolejna prosta miała być dla niej nie lada wyzwaniem. Byłem pewien, iż sobie poradzi.
*Ollie Nolan*
Vantosa Kayna była najbardziej doświadczona z trójki koni, które galopowały dość swobodnie. Miała prowadzić nieśmiałe maluchy. Sama do bramki weszła dość rozlatana, zdezorientowana oraz niemalże przerażona. Wcześniej startowała tylko w wyścigach płotowych z taśmy, także nikt nie uczył jej, jak powinna się zachować. Przyjęła start bardzo dobrze. Na ostatniej prostej po poprawce rozciągnęła się poprawnie. Oddałem też jej wodze, by iść dokładnie za jej ruchem. Jeden zły sygnał, a klaczka gubiła się. Przysiadłem nieco na nogach, by dać jej większe pole do popisu. Płynnie galopowała jedną ścieżką, wyciągając się, a następnie mocno podbierając nogi. Czułem jak jej mięśnie przesuwają się pode mną. Miała niemal idealną rozwiniętą linię górną, a także faza zawieszenia znacznie jej się poprawiła. Wybijała się o wiele wyżej, przez co zostawała też dłużej na górze, by potem lekko dotknąć ziemi. Szła równiutko od zewnątrz, nadrabiając drogę bez wysiłku. Wsadziłem jej ręce mocniej w żyję, posyłając dokładnie w to samo miejsce. Klaczka zrozumiała, o co chodzi i zaczęła robić jeszcze mocniejsze ostatnie czterysta metrów. Unosiła się naprawdę wysoko, a mimo to miękko. Była niesamowicie wygodna, a także słuchała wszystkiego, o co proszę. Zdecydowanie uwielbiałem z nią pracować na torze. Oddychała poprawnie, nosząc łeb na idealnej wysokości, dzięki czemu miała najlepszy dostęp do powietrza. Stwarzało nam to duże pole do popisu, ponieważ dzięki temu przede wszystkim lepiej się dotleniała, a co za tym idzie, pracowała nawet kilkakrotnie wydajniej. Rozluźniona galopowała do celownika. Tylko światło obite w lustrze mignęło szybko w jej oku, po czym sam wstałem z siodła i poklepałem klaczkę. Wykonała dzisiaj bardzo dobrą robotę w galopie, jednocześnie potwierdzając, iż jest zdolna oraz ma pewne szanse na wygraną w wyścigach. Zadowolona zaczęła się kręcić po torze. Wystarczyło delikatnie przytrzymać wodze, by zwolniła. Przekentrowaliśmy jeszcze dwieście metrów, po czym zwolniliśmy do kłusa. Opadłem delikatnie na siodło. Zachwycony roześmiałem się głośno, następnie schylając się i całując Ventosę w szyję.
*Abi Kesley*
Diamond Bones zaczęła mi zawracać na zadzie, byleby nie wejść do przeklętej bramki startowej, a El powoli wpadała w panikę. Brakowało mi dokładnie tego przy roztargnionej klaczce, której chyba nogi zaczęły się trząść. W końcu jakoś ją wepchnęliśmy, gdzie rozkraczyła się i wcale nie miała zamiaru już stamtąd wychodzić. Przyłożyłam bat do jej łopatki, podebrałam wodzami tak, by się wyprostowała, a także dobrze wyszła z maszyny.
Bramki otworzyły się. Przerażone klaczki stały tak ułamek sekundy. Pierwsza wybiegła doświadczona pupilka Alicja, a zaraz za nią i ja wraz z siwką. Gdzieś po drodze nogi jej się poplątały na tyle, że wylądowałam na jej szyi. Szybciutko się pozbierałam, odchyliłam do tyłu, szukając środka równowagi klaczki, po czym zaczęłam ją sobie ładnie ustawiać. Diamond ma to do siebie, że galopuje delikatnie, a wręcz raczej należy ją poganiać i motywować. Posłusznie weszła mi w ręce, balastując sobie dość wysoko łbem. Spokojnie skracałam jej krok, tak iż siwka musiała nieźle się wysilić, by tak szybko przebierać nóżkami. Goniła lekko większe, lepiej zbudowane klacze. Dzięki mojemu ćwiczeniu zdawała się nabierać prędkości. Łeb schowała lekko pod siebie, jednakże na razie zdecydowanie mi to nie przeszkadzało, a wręcz spowodowało, że Diamond pewniej szła przed siebie, ponieważ czuła się uważnie przeze mnie prowadzona. Słałam jej lekko dłonie w szyje, popychając do przodu. Nie chciałam używać bata, a mimo to przydał się, by jeszcze bardziej podstawić zad klaczki w galopie, podczas fazy zawieszenia nad ziemią. W końcu drobniutko, lecz dynamicznie galopowała bez wysiłku, angażując jak najwięcej mięśni. Budowała sobie dzięki temu dobrą postawę, a jednocześnie ćwiczenie miało na celu, zwiększenie odbicia podczas większego wysiłku. Musiała dobrze zaangażować tył, by utrzymać równy rytm i wymagane tempo podczas tak wymagającego zebrania.
*William Allen*
Alicję należy cały czas uspokajać. Gwizdałem więc spokojnie przed wejściem do bramki, kiedy kręciła mi się w rękach, ale również po ruszeniu. Sporo pracy zajęło mi to, by weszła na kontakt, jednak przy krótkiej prostej oraz zmianie nogi, wydawała się nieco bardziej rozluźniona. Znała mnie dość dobrze, dlatego też szybko tym razem mi zaufała. Oparła się wygodnie w moich dłoniach i galopowała lekko do przodu. Nie mogłem położyć rąk na jej szyi, ponieważ zaraz zaczynała się denerwować oraz skupiała bardziej na dotyku niż galopowaniu. Trzymałem więc spokojnie dłonie kilka centymetrów wyżej, nie przeszkadzając jej jednak. Kiedy już się ustawiła, a przede wszystkim uspokoiła musiałem zachować to jak najdłużej. Powoli zaczynała mi dobrze pracować, a jej przód ładnie rozbudowywał się z każdym treningiem. Nabierała widocznie rytmu i już przestała wahać się między przejściami do szybszego ruchu. Przysiadłem delikatnie, chociaż nadal uważając, by nie oprzeć się zbytnio na punkcie równowagi Śnieżki. Wysunąłem obie ręce bliżej jej szyi, nie dotykając jej, a jednak wypychając wodze lekko do przodu. Dałem delikatnie znak łydką, by klaczka nieco poprawiła. Spokojnie galopowała coraz szybciej, a ja widziałem tylko przesuwającą się pod nami ziemię. Zmniejszyłem jeszcze trochę mostek, tak że Alicja czuła dokładniej sygnały wysyłane przez moje palce. Nieco zbliżyliśmy się do Diamond Bones, która chyba nawet nie zwróciła na nas uwagi, tak by Alice poczuła tempo innego konia tuż przy sobie. Miarowo odbijała się ładnie, elastycznie od ziemi, amortyzując każdy krok. Przez chwilę wydawała się być przerażona bliskością innego konia, przy czym nerwowo podniosła łeb. Sprowadziłem ją z powrotem do poprzedniego ustawienia. Tym razem w pełni zaakceptowała ciało drugiego konia i skupiła się na mojej prośbie. Ładnie wyciągała się do przodu, podążając za mną. Spokojnie opuszczałem ręce coraz niżej, jednocześnie obniżając pozycję klaczki. W końcu zaangażowała całkowicie zad, a także rozluźniła szyję, by galopować mi ładnie w ręce.
*Effie Collins*
Mówią, że faworyzuję Ślicznotkę spośród dwulatków, jednak inaczej nie potrafię. Jest słodziutka już od samego początku, a w dodatku niemal tuli się do ludzi. Elegancko wyszła z bramek, wychylając się od razu na prowadzenie i nie sprawiając większych kłopotów. Wycofałam ją lekko, by szła łeb w łeb oraz nabrała pewności siebie. Nadal biegała szczęśliwa, a jednak jakby skruszona przy innych koniach. Gubiła się sama w sobie. Pogłaskałam ją jedną ręką, oddając lekko wewnętrzną wodzę do przodu. Klaczka oparła się wygodnie, jednak nie wieszając się na wędzidle i miękko galopowała do przodu. Spokojnie, z wyczuciem, rytmicznie oddychała. Tuż do zakrętu szła nieco wycofana, jakby bała się konia obok. Kiedy tylko delikatnie zmotywowałam ją do pierwszej poprawki, zastrzygła uszami zaskoczona, iż proszę ją, by jednak dała z siebie więcej. Przeniosłam do przodu swój środek ciężkości, oparłam jej ręce w szyi, a następnie zaczęłam posyłać do przodu. Klaczka najpierw nie zrozumiała przekazu, więc podebrałam lekko wodze, tak by szła za ruchem mojej ręki, a co za tym idzie wędziła. Zaczęła się ładnie obniżać, coraz śmielej wyciągając szyję do przodu. Korzystała z tego, iż jej na to pozwalałam, ba chciałam żeby galopowała tak, jak ona sobie tego życzy. Chciałam sprawić, by Ślicznotka czuła się wygodnie czy też komfortowo w galopie oraz treningu, który dla mnie wykonuje. Zaangażowała ładnie zad, po czym zastrzygła uważnie uszami. Przytrzymałam ją całe sto metrów, osiągając odległość wpół siodła do Alicji. Niezadowolona Pretty zaczęła ciągnąć mnie dość mocno po rączkach. Byłam zdziwiona, że potrafi, a przede wszystkim chce postawić na swoim, szczególnie w tej sytuacji. Zostało nam tylko kilkaset metrów do celownika. Dopiero teraz w ręce zaczęłam maksymalnie poprawiać ruch oraz prędkość klaczki. Wytrwale wysuwała się do przodu, górując o dobrą szyję nad resztą, a przecież nadal ją trzymałam. Nie mogłam sobie pozwolić na brak kontaktu czy też zostawienie Valentine po drodze, ponieważ potem w wyścigu mogła odczytać to jako rezygnację dżokeja z planów, co do wygranej. W ten sposób uczyła się wytrwania, woli walki, ale również zaufania do wskazówek jeźdźca. To on powinien w pełni panować nad rozgrywką gonitwy oraz rozłożeniem sił konia. Tylko błysk celownika błysnął mi srebrem. Wstałam z siodła, by szybko odciążyć kręgosłup Pretty. Reszta zrobiła to samo. Klaczka rozluźniła się, zadowolona bryknęła, po czym zaczęłyśmy zwalniać najpierw kawałek kentrując, a następnie kłusem dojeżdżając do reszty.
Przytuliłam się do mojej klaczki, ponieważ byłam z niej najzwyczajniej na świecie ogromnie dumna. Co prawda, należy dobrze znać jej zachowanie, by dała z siebie jak najwięcej, a jednak spisała się niesamowicie podczas tego galopu. Wszyscy byli widocznie zadowoleni z treningu, ponieważ może i zmęczeni, ale szczęśliwi dogryzali sobie niezdarnie, wracając do stajni stępem. Konie po tak intensywnym treningu pozwieszały łby, uspokoiły się, a także prychały tylko na siebie, nawet nie gryząc się nawzajem, jakby wyzbyły się uprzedzeń pod wpływem galopu. Wydaje mi się, że po prostu to był rezultat wybiegania się. Zdecydowanie należał im się po maszynie kawałek pastwiska oraz przyjemnie zielona trawa. Marcus zeskoczył z zaskoczonego Aniołka i otworzył nam drzwi do stajni. Szczerze mówiąc, nie miałam nawet siły zsiąść, dlatego też wjechałam pod samą maszynę na mojej pięknej klaczce. Reszta zrobiła dokładnie to samo. Rzucali w stronę wejścia mniej więcej poskładany sprzęt tak, że zaraz utworzył się z tego stos, którego oczywiście nikt nie miał ochoty uprzątnąć. Powinnam wtedy wyrzucić im te rzeczy prosto pod karuzelę, jednak moje siodło również się tam znalazło. Oparłam się o boks Miętowej Herbatki.
- Kto jeszcze ze mną jedzie na następną? - zapytałam, głaszcząc klaczkę po ślicznym nosie.
Marcus stanął dokładnie nade mną. Z tej perspektywy wydawał się jeszcze wyższy oraz bardziej zadowolony ze swojej siły.
- Phi - prychnął - a kto by z tobą chciał jechać, prawda Will?
Nabrałam powietrza w usta, obrażając się na niego, chociaż wiedziałam, że robi to wszystko z miłości do mnie. Powiedzmy, że takiej czysto przyjacielskiej miłości.
- Na pewno nie ja! - odkrzyknął mu Willciam, gdzieś sprzed stajni.
- Will, jeśli znowu próbujesz palić to okropne... - nawet nie zdążyłam skończyć, ponieważ zaraz przysiadł się do mnie Kyle, zatykając mi usta swoimi. Smakował zdecydowanie zbyt słodko.
Marcus przewrócił oczami, potargał mi z góry włosy i odszedł w kierunku Allena.
- Ja bym chciał jechać z Effie! - krzyknął za nim jeszcze mój blondynek.
Przytuliłam się mocno, a nogi chyba powoli zaczęły mi już odpadać. Cholera, moja kondycja zmniejszała się wraz z zwiększającą się ilością pracowników. Powinnam ich wszystkich pozwalniać i pewnie zrobiłabym to, gdybym nie uważała ich za rodzinę.
- Wiesz Kyle, myślę, że jesteśmy gotowi na ten sezon i zdobędziemy może nawet potrójną koronę - uśmiechnęłam się najbardziej uroczo, jak tylko potrafiłam.
Blondyn spojrzał na mnie uważnie:
- Myślę, że nie o to w tym wszystkim chodzi - mruknął.
*Jack Harries*
All Your Reasons szedł naprawdę mocno do przodu. Niepotrzebnie zganaszował się, przez co ograniczył i mi i sobie dobry, poprawny ruch do przodu. Wyrzucał mocno przednie nogi, siadając na tyle oraz próbując kombinować. Zaczynał mnie zdecydowanie denerwować. Odbijał się w ten sposób od konia do konia, nie utrzymując równego taktu czy chociażby prostej linii galopu. Zbliżaliśmy się powoli do krótkiej prostej, gdzie milion razy zmieniał nogę. Wygiąłem mu łeb do zewnątrz, a następnie przyłożyłem nieco mocniej batem do łopatki nogi, na którą powinien galopować. Zdezorientowany wepchnął się na konia obok, jednakże zaczął iść sporo lepiej. Dodałem mocno łydki, dopychając do trzymającej go ręki, przez co na chwilę go zakleszczyłem, by zobaczył, do czego próbuje sam dążyć, a następnie zacząłem odpuszczać ręce, opierając się wygodnie na jego szyi. Opuścił ją nieco w dół, elegancko się angażując w ruch. Zastrzygł ciekawsko uszami, więc zacząłem do niego spokojnie mówić, wydawał się być teraz o wiele bardziej skupiony na pracy. Powoli łapał, że wejście na lepszy kontakt może ułatwić mu sporo ruch w galopie, dlatego też sam zaczął szukać mi go po rękach. Zadowolony dopasowałem się do ogiera, ponieważ wykazał sporo inicjatywy w tym kierunku, przez co zdecydowanie zasłużył sobie na nagrodę. Nieco niżej usiadłem w siodle, idąc z ruchem jego ciała. Idealnie wyczuł moment, kiedy powinien wyciągnąć się do przodu oraz znowu kiedy podebrać pod siebie nogi. Spokojnie pracowałem z nim nad tym pojedynczymi sygnałami. Mimo wszystko ogierek musiał być jak najbardziej swobodny w ruchu, dlatego zbytnie kombinowanie mogło wpłynąć negatywnie na jego trening.
*Marcus Paradise*
Miałem dosłownie gdzieś, że nie podtrzymuję konia, jednakże Desolation powiesił mi się na wędzidle w taki sposób, że przez pierwsze tysiąc metrów nie byłem w stanie nic zrobić. Nawet działanie siłowe nie zdaje się na nic przy tak upartym koniu. Zacisnął mocno zęby na wędzidle i miał gdzieś, to o co proszę. Szedł więc właściwie pierwszy, pokonując największą drogę spośród trójki naszych koni.
- Cholerny koń - wrzasnąłem na niego tak, że bliźniacy obrócili się i popatrzyli na mnie ze zdziwionymi minami.
Młodzik nie miał jeszcze dobrze rozbudowanego przodu, dlatego też nie miałem na czym nawet się oprzeć. Ostatecznie ciągnąłem dość mocno raz za jedną wodzę raz za drugą, przyciągając łeb konia do siebie. Siłował się ze mną na początku, lecz zaczynało mu być coraz bardziej niewygodnie w tej pozycji, przez co znowu próbował obniżyć łeb, nadal ciągnąc wędzidło gwałtownie i mocno w dół. Walka z koniem, który waży gdzieś ponad sto razy więcej niż ty jest stosunkowo bez sensu. Dlatego zmieniłem taktykę. Całkiem puszczałem wodze, a następnie równie szybko łapałem mocny kontakt z ogierem. Zaskoczony zaczął co chwilę się potykać, a mimo to po którymś razie miał dość, zaokrąglił szyję i szedł już nieco lżej. Na ostatnich kilkuset metrach osiadłem miękko na nogach, wydłużyłem wykrok konia, a następnie lekko wysuwałem ręce do przodu dokładnie wzdłuż jego szyi, przykładając mocniej łydki. Cmoknąłem cichutko, a mimo to cała trójka zastrzygła uszami. Warrior wyrównał do drugiego kasztana, a ja sam poddałem się płynnemu ruchowi białego Desolation. Przy większej prędkości szedł naprawdę mocno. Cały czas trzymał się mojej ręki, ale także ładnie galopował do przodu. Wysoko odbijał się od miękkiej trawy. Dopiero po mignięciu lustra od celownika, wstaliśmy z siodeł, po czym zwolniliśmy.
*Kyle Jenkins*
Chandresh był istną porażką. Zaczął wspinać się przed samą bramką. Kopnąłem mocniej w jego bok, a następnie przyłożyłem bat do jego łopatki. Ogier wyskoczył w górę, przytrzymałem się mocno grzywy, ściągając go jednocześnie w dół. Stanął jak wryty, spojrzał na mnie uważnie, zastrzygł uszami i dał wprowadzić się do bramek.
- Co za nienormalny koń - mruknęła El tuż przed jego nosem.
Chansdresh prychnął jej w twarz. Podniosła rękę, a za nią i ogier wysoko zadarł łeb, pokazując białka w oczach. Najprzyjaźniejszym zwierzęciem nie był zdecydowanie. Kopał w bramkę z całej siły, aż po torze rozchodził się nieprzyjemny odgłos. Zadowolony z siebie wypadł gwałtownie, gdy tylko drzwiczki się otworzyły. Wpadł na She Is po prawo, odbił się od niej znowu do bramki i zaczął ze mną walczyć. Dopychałem go z całej siły do ręki, ponieważ zad zostawiał daleko w tyle, jednocześnie wspinając się przodem. Zdecydowanie mu się to nie podobało, więc zaczął szukać kompromisu. Wysunąłem lekko wewnętrzną rękę, wypuszczając kilka centymetrów wodzy. Wyciągnął się do przodu, jakby popierając moje działanie. Próbował powiedzieć mi coś w rodzaju; tak, będę już grzeczny i wraz łydką, wyciągał się przodu. Poklepałem go szybko po szyi, szczęśliwy, a następnie oddałem nieco mniej zewnętrznej wodzy. Nie do końca mu to pasowało, ponieważ poczuł się zostawiony, a następnie znowu zadarł głowę. Zebrałem wodze jeszcze raz. Oddałem powoli wewnętrzną, a zewnętrzną zostawiłem tuż przy siodle, niemal pod sobą. Spuścił łeb niżej, zaokrąglił mi się w ręce. Szedł delikatnie dotykając ziemi. Cholera, był nieziemsko wygodny. Poprosiłem go o więcej, dając delikatne znaki łydką, by powoli zaczął się wyciągać, kiedy dotyka ziemi. Na początku nie miał pojęcia, o co mi chodzi, jednakże wewnętrzną dłoń wpychałem w jego szyję coraz mocniej wraz z ruchem, dzięki czemu wczuł się w nią i powoli za nią podążał. Ustawił się teraz o wiele lepiej niż na początku, a praca wydawała się chociażby efektywna.
*Joe Sugg*
Galopowanie na She Is było dla mnie jak prezent od losu. Elvia ułożyła ją od źrebaka, a teraz klaczka chodziła spokojnie, a jednak poprawnie w każdym calu. Sama przyjemność. Złożyłem ręce w drobniutki mostek tuż przy siodle i pracowałem z nią nad skupieniem się. Kasztanka uważała na wszystkie pomoce oraz sygnały wysyłane przeze mnie. Oczywiście pozbierałem ją łatwo, szybciutko, a następnie rozciągałem na prostej. Klaczka zaangażowana zadem szła ze spuszczonym łbem pewna siebie, ładnie, równo, na kontakcie, a jednak nie ciągnąc mnie po rękach. Wczuła się poprawnie w ruch moich dłoni, które szły wraz z jej płynnym ruchem raz do przodu, a raz lekko do tyłu. Podbierałem ją jeszcze mocniej w fazie lotu, a następnie oddawałem jej wodze, kiedy wyciągała daleko nogi, obniżając swoją postawę. Robiła to niebywale poprawnie, nie zwracając uwagi na konie obok. Kiedy prosiłem ją, by tym razem zostawiła łeb nieco wyżej, robiła to po dwóch krokach, szybko łapiąc, o co mi chodzi. Wszystko nad czym pracowaliśmy znajdowało swoje zastosowanie i w galopie. Poprosiłem ją więc o więcej. Zacząłem przed poprawką na krótkiej prostej, rozciągać jednocześnie jej górną linię tuż pod siodłem. Musiała generalnie pozostawać cały czas w pewnym rozluźnieniu, ale także skupić się całkowicie na sygnałach. Delikatnie usztywniałem wewnętrzną rękę na chwilę, dopychając do niej lekko konia łydką zewnętrzną, a następnie oddawałem z ruchem tą samą dłoń, podnosząc ją jednak lekko do góry. Dokładnie zamierzałem wydłużyć wyciągnięcie się szyi klaczki, gdy kładła kopyta na ziemi, a następnie lekkie zganaszowanie jej pod siebie. Miało to ułatwić, a także uefektywnić ciężką pracę She Is w wyścigu przy szybszym tempie. Kasztanka z początku nie miała pojęcia, czego od niej wymagam, jednakże raz rzeczywiście wyciągnęła się mocniej, za co została pochwalona. Dla mnie oznaczało to niesamowity sukces oraz wejście na kolejny poziom treningu dwulatki. Pochwaliłem ją tuż przy wyjściu z zakrętu. Kolejna prosta miała być dla niej nie lada wyzwaniem. Byłem pewien, iż sobie poradzi.
*Ollie Nolan*
Vantosa Kayna była najbardziej doświadczona z trójki koni, które galopowały dość swobodnie. Miała prowadzić nieśmiałe maluchy. Sama do bramki weszła dość rozlatana, zdezorientowana oraz niemalże przerażona. Wcześniej startowała tylko w wyścigach płotowych z taśmy, także nikt nie uczył jej, jak powinna się zachować. Przyjęła start bardzo dobrze. Na ostatniej prostej po poprawce rozciągnęła się poprawnie. Oddałem też jej wodze, by iść dokładnie za jej ruchem. Jeden zły sygnał, a klaczka gubiła się. Przysiadłem nieco na nogach, by dać jej większe pole do popisu. Płynnie galopowała jedną ścieżką, wyciągając się, a następnie mocno podbierając nogi. Czułem jak jej mięśnie przesuwają się pode mną. Miała niemal idealną rozwiniętą linię górną, a także faza zawieszenia znacznie jej się poprawiła. Wybijała się o wiele wyżej, przez co zostawała też dłużej na górze, by potem lekko dotknąć ziemi. Szła równiutko od zewnątrz, nadrabiając drogę bez wysiłku. Wsadziłem jej ręce mocniej w żyję, posyłając dokładnie w to samo miejsce. Klaczka zrozumiała, o co chodzi i zaczęła robić jeszcze mocniejsze ostatnie czterysta metrów. Unosiła się naprawdę wysoko, a mimo to miękko. Była niesamowicie wygodna, a także słuchała wszystkiego, o co proszę. Zdecydowanie uwielbiałem z nią pracować na torze. Oddychała poprawnie, nosząc łeb na idealnej wysokości, dzięki czemu miała najlepszy dostęp do powietrza. Stwarzało nam to duże pole do popisu, ponieważ dzięki temu przede wszystkim lepiej się dotleniała, a co za tym idzie, pracowała nawet kilkakrotnie wydajniej. Rozluźniona galopowała do celownika. Tylko światło obite w lustrze mignęło szybko w jej oku, po czym sam wstałem z siodła i poklepałem klaczkę. Wykonała dzisiaj bardzo dobrą robotę w galopie, jednocześnie potwierdzając, iż jest zdolna oraz ma pewne szanse na wygraną w wyścigach. Zadowolona zaczęła się kręcić po torze. Wystarczyło delikatnie przytrzymać wodze, by zwolniła. Przekentrowaliśmy jeszcze dwieście metrów, po czym zwolniliśmy do kłusa. Opadłem delikatnie na siodło. Zachwycony roześmiałem się głośno, następnie schylając się i całując Ventosę w szyję.
*Abi Kesley*
Diamond Bones zaczęła mi zawracać na zadzie, byleby nie wejść do przeklętej bramki startowej, a El powoli wpadała w panikę. Brakowało mi dokładnie tego przy roztargnionej klaczce, której chyba nogi zaczęły się trząść. W końcu jakoś ją wepchnęliśmy, gdzie rozkraczyła się i wcale nie miała zamiaru już stamtąd wychodzić. Przyłożyłam bat do jej łopatki, podebrałam wodzami tak, by się wyprostowała, a także dobrze wyszła z maszyny.
Bramki otworzyły się. Przerażone klaczki stały tak ułamek sekundy. Pierwsza wybiegła doświadczona pupilka Alicja, a zaraz za nią i ja wraz z siwką. Gdzieś po drodze nogi jej się poplątały na tyle, że wylądowałam na jej szyi. Szybciutko się pozbierałam, odchyliłam do tyłu, szukając środka równowagi klaczki, po czym zaczęłam ją sobie ładnie ustawiać. Diamond ma to do siebie, że galopuje delikatnie, a wręcz raczej należy ją poganiać i motywować. Posłusznie weszła mi w ręce, balastując sobie dość wysoko łbem. Spokojnie skracałam jej krok, tak iż siwka musiała nieźle się wysilić, by tak szybko przebierać nóżkami. Goniła lekko większe, lepiej zbudowane klacze. Dzięki mojemu ćwiczeniu zdawała się nabierać prędkości. Łeb schowała lekko pod siebie, jednakże na razie zdecydowanie mi to nie przeszkadzało, a wręcz spowodowało, że Diamond pewniej szła przed siebie, ponieważ czuła się uważnie przeze mnie prowadzona. Słałam jej lekko dłonie w szyje, popychając do przodu. Nie chciałam używać bata, a mimo to przydał się, by jeszcze bardziej podstawić zad klaczki w galopie, podczas fazy zawieszenia nad ziemią. W końcu drobniutko, lecz dynamicznie galopowała bez wysiłku, angażując jak najwięcej mięśni. Budowała sobie dzięki temu dobrą postawę, a jednocześnie ćwiczenie miało na celu, zwiększenie odbicia podczas większego wysiłku. Musiała dobrze zaangażować tył, by utrzymać równy rytm i wymagane tempo podczas tak wymagającego zebrania.
*William Allen*
Alicję należy cały czas uspokajać. Gwizdałem więc spokojnie przed wejściem do bramki, kiedy kręciła mi się w rękach, ale również po ruszeniu. Sporo pracy zajęło mi to, by weszła na kontakt, jednak przy krótkiej prostej oraz zmianie nogi, wydawała się nieco bardziej rozluźniona. Znała mnie dość dobrze, dlatego też szybko tym razem mi zaufała. Oparła się wygodnie w moich dłoniach i galopowała lekko do przodu. Nie mogłem położyć rąk na jej szyi, ponieważ zaraz zaczynała się denerwować oraz skupiała bardziej na dotyku niż galopowaniu. Trzymałem więc spokojnie dłonie kilka centymetrów wyżej, nie przeszkadzając jej jednak. Kiedy już się ustawiła, a przede wszystkim uspokoiła musiałem zachować to jak najdłużej. Powoli zaczynała mi dobrze pracować, a jej przód ładnie rozbudowywał się z każdym treningiem. Nabierała widocznie rytmu i już przestała wahać się między przejściami do szybszego ruchu. Przysiadłem delikatnie, chociaż nadal uważając, by nie oprzeć się zbytnio na punkcie równowagi Śnieżki. Wysunąłem obie ręce bliżej jej szyi, nie dotykając jej, a jednak wypychając wodze lekko do przodu. Dałem delikatnie znak łydką, by klaczka nieco poprawiła. Spokojnie galopowała coraz szybciej, a ja widziałem tylko przesuwającą się pod nami ziemię. Zmniejszyłem jeszcze trochę mostek, tak że Alicja czuła dokładniej sygnały wysyłane przez moje palce. Nieco zbliżyliśmy się do Diamond Bones, która chyba nawet nie zwróciła na nas uwagi, tak by Alice poczuła tempo innego konia tuż przy sobie. Miarowo odbijała się ładnie, elastycznie od ziemi, amortyzując każdy krok. Przez chwilę wydawała się być przerażona bliskością innego konia, przy czym nerwowo podniosła łeb. Sprowadziłem ją z powrotem do poprzedniego ustawienia. Tym razem w pełni zaakceptowała ciało drugiego konia i skupiła się na mojej prośbie. Ładnie wyciągała się do przodu, podążając za mną. Spokojnie opuszczałem ręce coraz niżej, jednocześnie obniżając pozycję klaczki. W końcu zaangażowała całkowicie zad, a także rozluźniła szyję, by galopować mi ładnie w ręce.
*Effie Collins*
Mówią, że faworyzuję Ślicznotkę spośród dwulatków, jednak inaczej nie potrafię. Jest słodziutka już od samego początku, a w dodatku niemal tuli się do ludzi. Elegancko wyszła z bramek, wychylając się od razu na prowadzenie i nie sprawiając większych kłopotów. Wycofałam ją lekko, by szła łeb w łeb oraz nabrała pewności siebie. Nadal biegała szczęśliwa, a jednak jakby skruszona przy innych koniach. Gubiła się sama w sobie. Pogłaskałam ją jedną ręką, oddając lekko wewnętrzną wodzę do przodu. Klaczka oparła się wygodnie, jednak nie wieszając się na wędzidle i miękko galopowała do przodu. Spokojnie, z wyczuciem, rytmicznie oddychała. Tuż do zakrętu szła nieco wycofana, jakby bała się konia obok. Kiedy tylko delikatnie zmotywowałam ją do pierwszej poprawki, zastrzygła uszami zaskoczona, iż proszę ją, by jednak dała z siebie więcej. Przeniosłam do przodu swój środek ciężkości, oparłam jej ręce w szyi, a następnie zaczęłam posyłać do przodu. Klaczka najpierw nie zrozumiała przekazu, więc podebrałam lekko wodze, tak by szła za ruchem mojej ręki, a co za tym idzie wędziła. Zaczęła się ładnie obniżać, coraz śmielej wyciągając szyję do przodu. Korzystała z tego, iż jej na to pozwalałam, ba chciałam żeby galopowała tak, jak ona sobie tego życzy. Chciałam sprawić, by Ślicznotka czuła się wygodnie czy też komfortowo w galopie oraz treningu, który dla mnie wykonuje. Zaangażowała ładnie zad, po czym zastrzygła uważnie uszami. Przytrzymałam ją całe sto metrów, osiągając odległość wpół siodła do Alicji. Niezadowolona Pretty zaczęła ciągnąć mnie dość mocno po rączkach. Byłam zdziwiona, że potrafi, a przede wszystkim chce postawić na swoim, szczególnie w tej sytuacji. Zostało nam tylko kilkaset metrów do celownika. Dopiero teraz w ręce zaczęłam maksymalnie poprawiać ruch oraz prędkość klaczki. Wytrwale wysuwała się do przodu, górując o dobrą szyję nad resztą, a przecież nadal ją trzymałam. Nie mogłam sobie pozwolić na brak kontaktu czy też zostawienie Valentine po drodze, ponieważ potem w wyścigu mogła odczytać to jako rezygnację dżokeja z planów, co do wygranej. W ten sposób uczyła się wytrwania, woli walki, ale również zaufania do wskazówek jeźdźca. To on powinien w pełni panować nad rozgrywką gonitwy oraz rozłożeniem sił konia. Tylko błysk celownika błysnął mi srebrem. Wstałam z siodła, by szybko odciążyć kręgosłup Pretty. Reszta zrobiła to samo. Klaczka rozluźniła się, zadowolona bryknęła, po czym zaczęłyśmy zwalniać najpierw kawałek kentrując, a następnie kłusem dojeżdżając do reszty.
Przytuliłam się do mojej klaczki, ponieważ byłam z niej najzwyczajniej na świecie ogromnie dumna. Co prawda, należy dobrze znać jej zachowanie, by dała z siebie jak najwięcej, a jednak spisała się niesamowicie podczas tego galopu. Wszyscy byli widocznie zadowoleni z treningu, ponieważ może i zmęczeni, ale szczęśliwi dogryzali sobie niezdarnie, wracając do stajni stępem. Konie po tak intensywnym treningu pozwieszały łby, uspokoiły się, a także prychały tylko na siebie, nawet nie gryząc się nawzajem, jakby wyzbyły się uprzedzeń pod wpływem galopu. Wydaje mi się, że po prostu to był rezultat wybiegania się. Zdecydowanie należał im się po maszynie kawałek pastwiska oraz przyjemnie zielona trawa. Marcus zeskoczył z zaskoczonego Aniołka i otworzył nam drzwi do stajni. Szczerze mówiąc, nie miałam nawet siły zsiąść, dlatego też wjechałam pod samą maszynę na mojej pięknej klaczce. Reszta zrobiła dokładnie to samo. Rzucali w stronę wejścia mniej więcej poskładany sprzęt tak, że zaraz utworzył się z tego stos, którego oczywiście nikt nie miał ochoty uprzątnąć. Powinnam wtedy wyrzucić im te rzeczy prosto pod karuzelę, jednak moje siodło również się tam znalazło. Oparłam się o boks Miętowej Herbatki.
- Kto jeszcze ze mną jedzie na następną? - zapytałam, głaszcząc klaczkę po ślicznym nosie.
Marcus stanął dokładnie nade mną. Z tej perspektywy wydawał się jeszcze wyższy oraz bardziej zadowolony ze swojej siły.
- Phi - prychnął - a kto by z tobą chciał jechać, prawda Will?
Nabrałam powietrza w usta, obrażając się na niego, chociaż wiedziałam, że robi to wszystko z miłości do mnie. Powiedzmy, że takiej czysto przyjacielskiej miłości.
- Na pewno nie ja! - odkrzyknął mu Willciam, gdzieś sprzed stajni.
- Will, jeśli znowu próbujesz palić to okropne... - nawet nie zdążyłam skończyć, ponieważ zaraz przysiadł się do mnie Kyle, zatykając mi usta swoimi. Smakował zdecydowanie zbyt słodko.
Marcus przewrócił oczami, potargał mi z góry włosy i odszedł w kierunku Allena.
- Ja bym chciał jechać z Effie! - krzyknął za nim jeszcze mój blondynek.
Przytuliłam się mocno, a nogi chyba powoli zaczęły mi już odpadać. Cholera, moja kondycja zmniejszała się wraz z zwiększającą się ilością pracowników. Powinnam ich wszystkich pozwalniać i pewnie zrobiłabym to, gdybym nie uważała ich za rodzinę.
- Wiesz Kyle, myślę, że jesteśmy gotowi na ten sezon i zdobędziemy może nawet potrójną koronę - uśmiechnęłam się najbardziej uroczo, jak tylko potrafiłam.
Blondyn spojrzał na mnie uważnie:
- Myślę, że nie o to w tym wszystkim chodzi - mruknął.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz