konie: Moon Child, Ventosa Kayna, American Colony, Miętowa Herbatka
jeźdźcy: William Allen, Ollie Nolan, Kyle Jenkins, Effie Collins
jeźdźcy: William Allen, Ollie Nolan, Kyle Jenkins, Effie Collins
Cichy, spokojny dzień w Cheltenham, kiedy temperatury rekordowo dochodziły prawie do 30'C, a zapał był niemalże odwrotnie proporcjonalny do jej wzrostu.Wszyscy jakże z siebie zadowoloni leżeli przed stajnią na zielonej trawce i przyglądali się nielicznym chmurom niesionym przez wiatr. Ku ironii opalanie kończyło się na braku koszulek u chłopców. Leżeli więc na ziemi w długich, treningowych oficerkach i bryczesach. Dziewczyny natomiast zabrały się za pranie i smarowanie swojego sprzętu. Zabrałam kubełek zimnej wody z przed nosa Miętowej, która chyba miała już dość. Pastwisko w jej przypadku wydawało się całkowicie zapracowaną nagrodą za ostatnie wyścigi. Przerzuciłam jej linkę przez szyję, po czym zostawiłam obok stajni, wiedząc lub raczej przewidując, że ruszyć stamtąd się nie powinna. Podeszłam do Kyle'a, który wylegiwał się z zamkniętymi beztrosko oczami. Chwilę przyglądałam się jego umięśnionemu ciału, perfekcyjnym ustom oraz lekko podkrążonym oczom. Przechyliłam wiadro tuż nad jego klatką piersiową tak, że woda dosięgnęła każdego kawałka skóry skąpanej w słońcu. Blondyn zawył, momentalnie podrywając się na nogi. Zirytowany odebrał mi dowód zbrodni, podbiegł do kranu , a następnie nalał spowrotem chłodnej wody. Jedyną myślą, która świtała mi w głowie było głośne; uciekaj! Przeskoczyłam w pośpiechu za najbliższe drzewo, jednak chłopak zbliżał się niebywale szybko w moją stronę.
- Nie rób tego! - ostrzegłam piskliwym głosem.
Blondynek nic sobie z tego nie zrobił. Podszedł na tyle blisko, by mieć mnie w zasięgu ręki. Dzieliło nas tylko marne angielskie drzewko.
- Dam ci American jeśli zostawisz to wiadro - Kyle spojrzał na mnie uważnie, zagryzając wargę i mrużąc oczy.
Zawsze robił to, gdy rozważał jakąś sprawę. Miałam nadzieję, że moja próba przekupstwa powiedzie się. Odwrócił się w stronę ignorującej nas reszty. Tylko Ollie otworzył na chwilę jedno oko, lecz w przypływie świadomości własnego bezpieczeństwa zaraz je zamknął. Marcus drzemał już chyba na dobre, a William rozkosznie rozłożył się pod nosem zbliżającej się kasztanki. Kyle chlusnął wodą na nich, krzycząc, żeby ruszali dupy i brali się do roboty. Nie widziałam, który pierwszy go zabije. Podeszłam więc, kładąc mu rękę na ramię. Płakałam razem z nim ze śmiechu. Spojrzał na mnie ukradkiem, po czym podniósł na rękach.
- Kyle, zostaw mnie! - krzyknęłam, a następnie zaczęłam mu grozić - zostaw mnie albo cię wyleję! Odłóż mnie natychmiast!
Usłyszałam tylko prychnięcie z jego strony, które zaraz przerodziło się w śmiech. Blondyn jakoś radził sobie z moim wyrwywaniem się i szedł w kierunku wanienki z wodą za stajnią. Wcale mi się to nie podobało. Wiedziałam, gdzie skończę, dlatego też walczyłam do ostatniego momentu. Wylądowałam w lodowatej wodzie. Szarpnął mną dreszcz, a następnie zaczęłam się krztusić. Czyżbym planowała utopić się w wanience, która miała maksymalnie trzydzieści centymetrów głębokości? Wyszukałam ręką dna. Chciałam odepchnąć się tak, b za chwilę mieć dostęp do powietrza. Ktoś chwycił mnie za łokieć i wyciągnął do góry. Kaszlnęłam, wypluwając sobie zapewne płuca. Przetarłam oczy, spoglądając wprost na twarz Kyle'a.
- Mój ty bohaterze - prychnęłam najbardziej ironicznie jak tylko potrafiłam.
Wyciągnęłam do niego rączki tak, że blondyn znowu podniósł mnie w ramiona. Cała ociekałam wodą, krzywiąc się i drżąc z zimna. Kiedy wyszliśmy za róg stajni, chłopak odruchowo mnie odłożył, widząc, co się dzieje. Wystraszona naszymi zabawami Herbatka biegała sobie wzdłuż pastwisk, zmykając zaraz przed Marcusem z rozłożonymi ramionami. Kyle pociągnął mnie za rękę. Podbiegliśmy przemoczeni. Ollie uśmiechnął się pod nosem na mój widok. Teraz poszło już sprawniej. Zapędziliśmy kasztankę w róg, tak by nie bardzo miała gdzie uciekać. Podeszłam do Herbatki w odpowiednim momencie, łapiąc linkę. Potem pół popołudnia miało mną targać poczucie winy. Ollie poklepał mnie po ramieniu w pocieszającym geście.
- Więc mówisz Eff, że bierzesz Miętową, a my? - Marcus wyszczerzył się.
Dobrze wiedział, że rozpiska wisi na korytarzu, a jego wymalowana tabliczka nie ma już pod sobą żadnego konia. William, który podbiegł z drugiej strony klaczki, zaczął rozważać na poważnie oddanie mu Moon Childa. Ogier po przebiegnięciu w tym sezonie zrobił się żwawszy, ładniej zbudowany, a co za tym idzie; targał jak szatan. Nie zostało w nim nic z dziecka, którym był poza brykaniem i przestępowaniem z nogi na nogę. Świeżo podkuty stanowił na pewno zagrożenie dla dżokeja. Wiedziałam mimo to, że William się z nim dogada.
- Will, nawet o tym nie myśl. Kyle klasycznie American i Ollie możesz brać kochaną Ventosę - sama zostawiłam dla siebie Herbatkę, która posłusznie szła przy moim boku.
Dzieciakowi widocznie przydałby się trening z końmi, nie miałam jednak całkowitego przekonania, co do klaczy. Zbyt żywo na nie reagował, ale obeznanie mogło mu tylko pomóc. Ewentualnie również okulary.
Przywiązałam tym razem Miętową przed stajnię, żeby kurz nie wchodził mi do ust z tym okropnym smakiem przy czyszczeniu. Reszta pomaszerowała mokra do stajni. Z ubraniami nie było żadnego problemu, poza tym, że teraz zaczynałam już powoli schnąć, to dzięki moim boskim wyścigowcom, rękawiczki zostawiłam w stajni, razem z całym sprzętem. Wymieniłam ścierkę na suchą, fioletową, przyniosłam wyprane owijki oraz całą resztę, podsuwając to niemalże pod nos kasztanki, zainteresowana schyliła łeb. Przetarłam dokładnie ścierką jej ciało, zaczynając od szyi, a kończąc na ogonie, który przeczesałam twardą szczotką, po czym wyczyściłam z kurzu. Zabrałam się za niewielkie kopyta, dwa przednie były okute, dlatego też musiałam sprawdzić stan podków oraz pęcin, a także bukszyn, z którymi klacz miała często dotkliwe problemy. Uśmiechnęłam się czując pod ręką, że kości odczuwalnie się wzmocniły. Brak opuchlizny oznaczał, co najwyżej zarzegnianie chwilowe problemu. Postanowiłam jednak glinkę odłożyć dopiero za dwa do trzech dni. Zdecydowanie wyznawałam zasadę, iż lepiej zapobiegać niż leczyć. Tył był całkiem w porządku, a kopyta właściwie nie były brudne. Przetarłam je jeszcze z piachu, obserwując dokładnie każdy gwoździk dla pewności. Jak na razie nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi, tak więc mogłam zacząć ubierać klacz.
Zaczęłam oczywiście od obowiązkowych owijek, które miały chronić wrażliwe ścięgna. Przydawały się tym bardziej przy Miętowej, która świeżo podkuta mogła nam szybko zrobić sobie krzywdę. Nie miałam ani czasu ani ochoty na odstawienie jej od treningów. Szczególnie, że mój zamiennik w postaci jej siostry został zabrany do sportu przez Elvię. Założyłam szybciutko ogłowie tak by klacz, jednak nie poczuła się zbyt wolno. Następnie zarzuciłam ścierkę do połowy łopatki, gruby pad, a także siodło treningowe, po czym zostało mi tylko podpięcie popręgu. Klacz niepocieszona tym faktem nabrała gwałtownie powietrza. Miałam ochotę ją zabić, ale postawiłam na przejście się przed stajnią i ostateczne dociągnięcie się z konia, co by go nie stresować. Wskoczyłam z płotka od pastwiska, notując w pamięci by w końcu kupić kolejny stołeczek. Nasi dżokeje byli w nie sukcesywnie zrzucani, a co za tym idzie; mieliśmy czym palić w zimę w kominku. Okrążyłam raz 'dziedziniec', kierując się następnie na padok z czystego, białego piasku. dało się zauważyć literki na jasnym płotku, a także porozrzucane drągi na środku. Prawdziwie wszechstronna stajnia.
Okrążyłam na luźnej wodzy kilka razy naszą ujeżdżalnie, cały czas wpatrując się w drzwi stajni. Dociągnęłam dziurkę popręg i zaczęłam mocniej działać łydkami oraz dosiadem na klacz. Wymusiłam od niej ładny rytmiczny stęp, gdzie była skupiona na każdej wskazówce. W końcu dobiegły mnie odgłosy stukotu kopyt. Kyle wraz z Olem maszerowali z klaczami w ręce, licząc na to, że może uda im się jakoś wsiąść, tuż za Willem, który właśnie schylał się, by nie uderzyć głową o sufit. Moon Child wyrósł na naprawdę wspaniałego konia, o niemalże idealnej budowie, jednak jego wzrost nadawał obserwatorowi odczucia, iż koń musi być ciężki. Poruszał się natomiast zaskakująco lekko, dynamicznie, łapiąc się jeszcze w górnej granicy elastyczności. Podjechałam na Herbatce do chłopców, którzy jakoś już powsiadali i stępując z jedną ręką na wodzy, robili ostatnie poprawki. Puściłam Williama przed siebie, obserwując naszego derbistę najdokładniejszym okiem, jakie mogłam mieć. Rozjuszony stawiał wysoko nogi, wyrywając się do kłusa. Brunet robił malutkie kółeczka dłonią, by odwrócić uwagę Dzieciaka. Chyba nie dał się nabrać, a mimo to oddychał równo, mocno, nadal gdzieś w granicy podniecenia. Kyle z Olliem podeszli jeden obok drugiego po mojej prawej stronie tak, że znajdowałam się najbardziej od zewnątrz. Widziałam trzy pary uszu, które strzygły w naszą stronę posłusznie. American jakoś ostatnio nabrała koloru, życia w oczach, a Ventosa przewyższała ją znacznie w kondycji, jednak obie świetnie spisywały się na skromnych treningach płytowych. American nieco musieliśmy jeszcze zaokrąglić, Miętowa pracowała nad oddechem, a Ventosa próbowała nie plątać się we własnych nogach przy dużej prędkości oraz na zakrętach. Pozbierałam wodze tak, by kasztanka weszła mi na delikatny kontakt, co zrobiła łagodnie i z chęcią. Opuściłam w nagrodę ręce na jej szyję tak, by jej nie przeszkadzać. Chciałam pokazać klaczce, że przeważnie chcę dla niej dobrze. Ruszyliśmy kłusem. Ogier przed nami lekko podskoczył do góry, za co zaraz dostał batem po łopatce. Oczywiście nie popierałam przemocy, lecz w jego przypadku była to jedyna, właściwa opcja. Gdyby nie znał swojego miejsca, dżokeje nadal kończyliby połamani jak pamiętny Phillip. Skończył w końcu w sporcie u Elvii z urazem tak poważnym, że o dalszej wyścigowej karierze mógł tylko pomarzyć. Zamknęłam lewą rękę, natomiast prawą przylożyłam mocniej do szyi, ściągając klaczkę bliżej ogrodzenia po naszej stronie. Ventosa zaczęła pchać się na American, która nerwowo reagowała na każdy taki gest. Kyle wycofał ją nieco do tyłu, wlepiając jej wzrok w konie przed nią, prostując karą nieco na siłę. Spojrzałam przed siebie, poprawiając nieco jeszcze Herbatkę, byle jej się nie spieszyło. Po kilku krótkich minutach przeszliśmy płynnie do stępa, wjeżdżając na tor. Momentalnie wszyscy zaczęli się podciagać i skracać. William dzisiaj powinien za ro drugie dostać medal, ponieważ jak na moje oko, sprzączkę zapiał dobre kilkanaście dziurek wyżej. Kolana wystawały mu wysoko ponad siodło. Podniósł dupkę, sprawdzając czy mu wygodnie, na co Moon zareagował bryknięciem na lewo. Dostał batem po łopatce, jednocześnie będąc spchyanym na dobrą ścieżkę. Will usiadł mocno w siodle, zapierając się już przy wjeździe rękami. Jedyną rzeczą, którą mogłam mu życzyć, to; wysokich lotów, a najlepiej ich brak.
- Jedziemy po dużym. Will pierwszy, a my w trójkę za nim. Kyle - zwróciłam się do blondyna, który łaził gdzieś po krzakach - spróbuj ruszyć z nami. American powinna zacząć się przyzwyczajać.
Chłopak wzruszył ramionami, chyba poddając się całkowicie mojej sugestii. Spokojnie przełożył zewnętrzną rękę nad szyję klaczy, a drugą odciągnął w lewo. Miałam wrażenie, że nie miał po prostu czasu na zabawę z Colony. Klaczka niechętnie zaraz znalazła się obok Ventosy, która spokojnie na nas spoglądała.
Weszliśmy powoli na tor, przechodząc stępem dobre dwadzieścia metrów. Zaraz potem Willciam dał znak do ruszenia.
*Kyle Jenkins*
Jakoś tak wyszło, że American skończyła od zewnątrz. Nie bałem się, że wyłamie mi na przejeździe, jednak bardzo możliwe było wepchnięcie mnie w krzaki. Odpuściłem nieco wodzy, przysiadając w siodle, kiedy ruszaliśmy. Za chwilę podniosłem się i wprowadziłem karą za swoją ręką na kontakt. American szarpnęła głową do góry, opierając mi się następnie mocno na rękach. Szarpnąłem wodzą, jednak nic to nie dało, dlatego też zaprałem się na nogach. Rozluźniłem na sekundę dłonie, tak że Colony upadła nisko łbem, potykając się. Momentalnie podniosła się do góry, łapiąc równowagę, a ja wróciłem do szukania kontaktu. Gdzieś po drodze wchodziła mi na niego, ale zaraz uciekała. Kombinowałem przede wszystkim wodzami, próbując znaleźć właściwe miejsce. Problem polegał na tym, że klacz rzeczywiście łapała, o co chodzi, jednak opuszczając łeb do dołu. Gdy tylko nam się udało, podniosłem nieco ręce, dałem mocniejszy sygnał, by podciągnąć jej sylwetkę do góry. Klacz skróciła krok bez oczekiwanych efektów. Cierpliwie powtórzyłem ćwiczenie. Kara podniosła odrobinę wyżej zad, nadając swojej sylwetce nieco lepszego wyglądu, a ciału lekkości. Zająłem się w końcu szyję, nadal pilnując by mi się nie rozleciała. Lekko zamykałem i otwierałem dłonie na chwilę, kiedy tylko zaokrąglała szyję. Stawała się nieco miększa w pysku, a co za tym idzie, bardziej posłuszna. Przez chwilę kentrowowała w lepszej pozycji, jednak zaczęła nierówno oddychać. Ćwiczenia męczyły jej organizm do tego stopnia, że nie potrafiła sobie poradzić sama że sobą. Odpuściłem jej, chcąc by trochę odpoczęła. Nie pogubiła mi się w rękach, jednak momentalnie jej krok stał się cięższy, ponieważ ciało przestało odpowiednio pracować. Włożyłem jej ręce mocniej w szyję. Gwarantowało mi to dużo lepszą kontrolę, potrzebną do ponownego wykonania ćwiczenia, gdy tylko zaczęła spokojniej oddychać.
*Ollie Nolan*
Powiedzmy sobie szczerze, technika Ventosy była powalająca. Chodziła z głową wysoko w chmurach, nogi zadzierała niemalże za uszy, lecz to było najmniejszym problemem. Klaczce jak się okazało plątały się nieco nogi. Nie miała problemu przy krótkich dystansach płaskich, jednak kiedy płoty wchodziły w grę, po przeszkodach lądowała uderzając miękko, jednak łebm wysoko i dalej niż powinna. Nie łapała równowagi po skoku szyją, a całą siłę skoku przyjmowała w nogi. Szybko nabawiła się kontuzji, które obejmowały niebezpiecznie rejony ścięgien. Jeszcze trochę a skończyłoby się ich zerwaniem. Położyłem więc ręce mocno w szyi, pracując jednak, by klacz szła mocniej, nieco bardziej elastycznie przodem. Zad był bez zarzutów, jednak przede mną nie było się nawet za co złapać. Kentrowałem na dobrym kontakcie, starając się pomóc Kaynie. Zastrzygła zaciekawiona uszami. Była koniem, który bardzo chętnie współpracował, jednak potrzebowała treściwych wskazówek. Przysiadłem w siodle, przeniosłem swój ciężar tak, by odciążyć ją. Nie musiała wtedy bronić się przede mną. Opuściłem ręce niżej, rozkładając je po obu stronach szyi. Zwiększyłem trochę zaangażowanie zadu, obniżając jego położenie, by następnie wypchnąć pierś klaczy do przodu. Zrobiła to chętnie na lekkim kontakcie. Łapczywie chwytała się każdej mojej wskazówki. Spokojnie rozluźniała się wyczuwalnie. Nie stawiała absolutnie żadnych oporów przed pracą, oddychając miarowo i pracując mocno w tym razem skróconych ramach. Miało jej to pomóc przede wszystkim w ustawieniu. Efektywność chodu poprawiła się dosłownie chwilę potem, kiedy klaczce podpasowało ćwiczenie i sama starała się mi pomóc.
*William Allen *
Moon nie był nigdy koniem na pewno łatwym, ale teraz przynajmniej stał się przyjemny w jeździe. Oczywiście targał tak niesamowicie mocno, że po pierwszej prostej zaczynał boleć mnie kręgosłup. Szarpnąłem raz, a pożądanie. Dzięki dobremu ustawieniu ogier poczuł ten gest widocznie nieprzyjemnie w pysku, ponieważ podskoczył zdenerwowany do góry. Ustawiłem go sobie nisko zadem, jednak oddając nieco wodze. Mając to na myśli, po prosru ułożyłem ręce bliżej siodła, opierając je po obu stronach. W ten sposób skutecznie blokowałem szarpanininę na tyle, by nie przerabiać koniu co dziesięć metrów, ale jednocześnie bardzo efektywnie. Przelałem cały swój ciężar na nogi. Chcąc jednak poprawić elastyczność, odciążyłem dosiadem zad, by nadać lekkości w kentrze. Chwilę później znowu mocno skróciłem chód, podnosząc dłonie nieco wyżej. Dzieciak nie do końca był przekonany o tym, co robię, więc na początku stawiał niemały opór. Raz po raz wypadł mi do przodu gwałtownie, to znowu zbyt mocno opierał się na zadzie. Musieliśmy znaleźć złoty środek, by jednak poprawić giętkość jego ciała. Nadal co kilkadziesiąt metrów skracałem, to zaraz wydłużałem wyrok, tylko tym razem angażując się bardziej impulsem. Nie mieliśmy czasu na gwałtowne ruchy, wszystko musiało iść zgodnie z moim planem. Dlatego też pilnowałem, by koń prowadzony był dokładnie moją ręką. Wkładałem je mocno w szyję, kiedy chciałem o krok wyższy i dalszy oraz podnosiłem dłonie, rozluźniając je, gdy kenter się skracał. Moon w końcu szedł dobrym rytmem, wybijąjąc się elastycznie, a za ruchem podążając każdą częścią swojego ciała z ogromną radością w oczach. Zrobił kawał dobrej roboty, za co należał mu się przede wszystkim buziak, a o dodatkową porcję jedzenia postrałem się wyprosić Effie. Mimo lekkiego jak na ogiera treningu, spocił się widocznie, co tylko dodatkowo wzmaciniało potwierdzenie efektywności jego pracy. Każdy pojedynczy mięsień podlegał pracy jeźdźca, a dzięki dobrze prowadzonemu treningowi Moon był w stanie osiągnąć mistrzostwo.
*Effie Collins*
Z kasztanką pracowało mi się wspaniale. Ruszła ładnie, na znak od zadu. Wzmocniłam siłę jej nóg, przez co faza lotu była długa, poprzedzona płynnym, silnym ruchem do przodu. Wyciągnęłam nieco kenter, podnosząc pierś konia do góry, wymuszając jednocześnie elastyczną pracę szyją. Oparła mi się wygodnie na ręce. Mimo to nie napierała na wodze, a trzymała odpowiedni kontakt. Jechaliśmy dość szybko, a mimo wzmożonej pracy oddech zostawał spokojny. Taki trening miał zmusić klacz do przemyślanego rozkładu sił na dystansie. Prowadziłam ją delikatnymi pomocami, pilnując jednak by nie czuła się zbyt bardzo odciążona. Gdybym teraz opuściła jej te kilka kilo, zapewne nie poczułaby różnicy w wyścigu. Chodziło nam o pozytywne zaskoczenie Miętowej na tyle, by mogła się rozluźnić tak, jak w tym momencie. Nie biegła, wyrywając mi ręce, delikatnie prosiła o więcej. Nie pozwoliłam jej na to, zamykając lekko dłonie w zaprzeczającym geście. Zgodziła się ze mną i ustawiła łeb nieco niżej, jakby mi się podporządkowując. Łagodnie zastrzygła uszami, kiedy Ventosa zbliżała się powoli do jej boku. Poprowadziłam klacz spokojną ręką do konia wewnątrz. Kasztanka była przyzwyczajona do prowadzenia zewnętrzną wodzą i rozkładem ciężaru ciała lepiej niż niejeden ujeżdżeniowiec. Ekscytacja treningiem ponosiła ją na tyle, że wystarczyło wykorzystać to w odpowiednim celu. Czując rywalizację z koniem obok podniosła wysoko zad, rozciągając się następnie do dołu. Nie pozwoliłam na to zdenerwowana jej nieposłuszeństwem i nabrałam mocniej wodzy. Skróciłam krok kasztanki, by zyskać jej uwagę, a następnie ręce włożyłam w szyję i poprosiłam o wyciągnięcie. Wróciłyśmy do stanu sprzed konfrontacji z Ventosą. Tym razem jednak Herbatka szła grzecznie, jakby nie zważając na otoczenie. Poddała się całkowicie i niemalże prosiła się, o całkowitą kontrolę. Miałam nadzieję, że doszła do wniosku, że tylko w ten sposób będzie nam obu wygodniej współpracować.
Przeketrowaliśmy ostatni zakręt w mocnym tępie. Kolejne sto metrów zatrzymywaliśmy spokojnie stawkę. Pozwalając na rozprężanie koni i opanowanie własnych oddechów. Miałam wrażenie, że zmęczyłam się trzy razy bardziej od klaczki pode mną, chociaż wiedziałam bardzo dobrze, że to trening tak wzmocnił jej kondycję. Ja marzyłam tylko o wakacjach. A przynajmniej łóżku. Najlepiej z Kylem przy sobie. Spojrzałam z uśmieszkiem, który niekoniecznie skrywał moje myśli na to, jak radzi sobie z American. Mimo tego, że była całkiem porządnie spocona wydawała się rozluźniona, a w dodatku całkowicie podporządkowana blondynowi. Zauważył moje rumieńce na twarzy, po czym mrugnął porozumiewawczo. Ollie popatrzył na nas.
- Obrzydzacie mnie - udał, że przechodzą go dreszcze.
- Może chcesz się przyłączyć? - zasugerowałam, jednak Kyle mruknął coś w grobie.
Olo pokazał mu język, po czym zwrócił się do mnie :
- Gdybym był pewien, że nie umrę z rąk twojego chłopaka, zapewne przyjąłbym twoją propozycję - położył znacząco rękę na moim udzie.
Kyle zdzielił go zaraz gałązką, która pierwsza nasunęła mu się do ręki, klnąc na Olliego z całego serca. Spokojna Kayna popatrzyła z irytacją na blondyna tak, jakby współczuła mu przede wszystkim głupoty. Zwróciłam uwagę ciekawskiej klaczy, podjeżdżając bliżej. Na długich wodzach, w poodpuszczanych popręgach i strzemionach normalnej długości wyjechaliśmy z toru. Kyle był cały zafukany. Postanowił zjednać sobie sojusznika w Willu. Obracał się jednak co chwilę w przypływie impulsu opiekuńczości.
Zeskoczyłam z Miętowej tuż pod stajnią, rzucając sprzęt przed stajnią. Reszta jak zaczęła, postanowiła tak też skończyć. Chłopcy wjechali pod maszynę i dopiero tam rozsiodłali konie. Nie mieli nawet odrobiny złudzeń, że chcą napracować się chociaż odrobinę więcej niż zwykle. Pierwszy szedł dumny Moon, następnie American, Ventosa i na końc0 zostało puste miejsce dla Herbatki. Oczywiście jak zwykle byłam ostatnia, nieco się ociągając. Dałam klaczce kostkę cukru, po czym dałam znać Ollemu, by włączył karuzelę. Konie pomaszerowały stępem, a ja przeszłam zaraz za zadem Miętowej.
Olo położył mi rękę na ramieniu w taki sposób, że obejmował mnie całą jej szerokością. Uśmiechnęłam się swobodnie, popierając nasz ukryty związek najlepsiejszych przyjaciół na całym świecie.
- Wiesz, powinniśmy być razem - zaczął.
- Tylko po to, żebyś cały czas mógł mnie disować? - zapytałam, wiedząc, że tak dokładnie, by było, więc nawet nie oczekiwałam odpowiedzi.
- Ależ kochanie - powiedział gdy tylko zobaczył Kayla, idącego w naszą stronę - nie muszę być z tobą, żeby cię disować. To świetna zabawa i bez tego.
- Czyli gdybyś był ze mną, byłabym spełnieniem twoich marzeń?
- Dokładnie - poklepał blondyna po ramieniu - tylko nie lubię twojego chłopaka - mrugnął na pożegnanie.
- Więc mówisz Eff, że bierzesz Miętową, a my? - Marcus wyszczerzył się.
Dobrze wiedział, że rozpiska wisi na korytarzu, a jego wymalowana tabliczka nie ma już pod sobą żadnego konia. William, który podbiegł z drugiej strony klaczki, zaczął rozważać na poważnie oddanie mu Moon Childa. Ogier po przebiegnięciu w tym sezonie zrobił się żwawszy, ładniej zbudowany, a co za tym idzie; targał jak szatan. Nie zostało w nim nic z dziecka, którym był poza brykaniem i przestępowaniem z nogi na nogę. Świeżo podkuty stanowił na pewno zagrożenie dla dżokeja. Wiedziałam mimo to, że William się z nim dogada.
- Will, nawet o tym nie myśl. Kyle klasycznie American i Ollie możesz brać kochaną Ventosę - sama zostawiłam dla siebie Herbatkę, która posłusznie szła przy moim boku.
Dzieciakowi widocznie przydałby się trening z końmi, nie miałam jednak całkowitego przekonania, co do klaczy. Zbyt żywo na nie reagował, ale obeznanie mogło mu tylko pomóc. Ewentualnie również okulary.
Przywiązałam tym razem Miętową przed stajnię, żeby kurz nie wchodził mi do ust z tym okropnym smakiem przy czyszczeniu. Reszta pomaszerowała mokra do stajni. Z ubraniami nie było żadnego problemu, poza tym, że teraz zaczynałam już powoli schnąć, to dzięki moim boskim wyścigowcom, rękawiczki zostawiłam w stajni, razem z całym sprzętem. Wymieniłam ścierkę na suchą, fioletową, przyniosłam wyprane owijki oraz całą resztę, podsuwając to niemalże pod nos kasztanki, zainteresowana schyliła łeb. Przetarłam dokładnie ścierką jej ciało, zaczynając od szyi, a kończąc na ogonie, który przeczesałam twardą szczotką, po czym wyczyściłam z kurzu. Zabrałam się za niewielkie kopyta, dwa przednie były okute, dlatego też musiałam sprawdzić stan podków oraz pęcin, a także bukszyn, z którymi klacz miała często dotkliwe problemy. Uśmiechnęłam się czując pod ręką, że kości odczuwalnie się wzmocniły. Brak opuchlizny oznaczał, co najwyżej zarzegnianie chwilowe problemu. Postanowiłam jednak glinkę odłożyć dopiero za dwa do trzech dni. Zdecydowanie wyznawałam zasadę, iż lepiej zapobiegać niż leczyć. Tył był całkiem w porządku, a kopyta właściwie nie były brudne. Przetarłam je jeszcze z piachu, obserwując dokładnie każdy gwoździk dla pewności. Jak na razie nic szczególnego nie zwróciło mojej uwagi, tak więc mogłam zacząć ubierać klacz.
Zaczęłam oczywiście od obowiązkowych owijek, które miały chronić wrażliwe ścięgna. Przydawały się tym bardziej przy Miętowej, która świeżo podkuta mogła nam szybko zrobić sobie krzywdę. Nie miałam ani czasu ani ochoty na odstawienie jej od treningów. Szczególnie, że mój zamiennik w postaci jej siostry został zabrany do sportu przez Elvię. Założyłam szybciutko ogłowie tak by klacz, jednak nie poczuła się zbyt wolno. Następnie zarzuciłam ścierkę do połowy łopatki, gruby pad, a także siodło treningowe, po czym zostało mi tylko podpięcie popręgu. Klacz niepocieszona tym faktem nabrała gwałtownie powietrza. Miałam ochotę ją zabić, ale postawiłam na przejście się przed stajnią i ostateczne dociągnięcie się z konia, co by go nie stresować. Wskoczyłam z płotka od pastwiska, notując w pamięci by w końcu kupić kolejny stołeczek. Nasi dżokeje byli w nie sukcesywnie zrzucani, a co za tym idzie; mieliśmy czym palić w zimę w kominku. Okrążyłam raz 'dziedziniec', kierując się następnie na padok z czystego, białego piasku. dało się zauważyć literki na jasnym płotku, a także porozrzucane drągi na środku. Prawdziwie wszechstronna stajnia.
Okrążyłam na luźnej wodzy kilka razy naszą ujeżdżalnie, cały czas wpatrując się w drzwi stajni. Dociągnęłam dziurkę popręg i zaczęłam mocniej działać łydkami oraz dosiadem na klacz. Wymusiłam od niej ładny rytmiczny stęp, gdzie była skupiona na każdej wskazówce. W końcu dobiegły mnie odgłosy stukotu kopyt. Kyle wraz z Olem maszerowali z klaczami w ręce, licząc na to, że może uda im się jakoś wsiąść, tuż za Willem, który właśnie schylał się, by nie uderzyć głową o sufit. Moon Child wyrósł na naprawdę wspaniałego konia, o niemalże idealnej budowie, jednak jego wzrost nadawał obserwatorowi odczucia, iż koń musi być ciężki. Poruszał się natomiast zaskakująco lekko, dynamicznie, łapiąc się jeszcze w górnej granicy elastyczności. Podjechałam na Herbatce do chłopców, którzy jakoś już powsiadali i stępując z jedną ręką na wodzy, robili ostatnie poprawki. Puściłam Williama przed siebie, obserwując naszego derbistę najdokładniejszym okiem, jakie mogłam mieć. Rozjuszony stawiał wysoko nogi, wyrywając się do kłusa. Brunet robił malutkie kółeczka dłonią, by odwrócić uwagę Dzieciaka. Chyba nie dał się nabrać, a mimo to oddychał równo, mocno, nadal gdzieś w granicy podniecenia. Kyle z Olliem podeszli jeden obok drugiego po mojej prawej stronie tak, że znajdowałam się najbardziej od zewnątrz. Widziałam trzy pary uszu, które strzygły w naszą stronę posłusznie. American jakoś ostatnio nabrała koloru, życia w oczach, a Ventosa przewyższała ją znacznie w kondycji, jednak obie świetnie spisywały się na skromnych treningach płytowych. American nieco musieliśmy jeszcze zaokrąglić, Miętowa pracowała nad oddechem, a Ventosa próbowała nie plątać się we własnych nogach przy dużej prędkości oraz na zakrętach. Pozbierałam wodze tak, by kasztanka weszła mi na delikatny kontakt, co zrobiła łagodnie i z chęcią. Opuściłam w nagrodę ręce na jej szyję tak, by jej nie przeszkadzać. Chciałam pokazać klaczce, że przeważnie chcę dla niej dobrze. Ruszyliśmy kłusem. Ogier przed nami lekko podskoczył do góry, za co zaraz dostał batem po łopatce. Oczywiście nie popierałam przemocy, lecz w jego przypadku była to jedyna, właściwa opcja. Gdyby nie znał swojego miejsca, dżokeje nadal kończyliby połamani jak pamiętny Phillip. Skończył w końcu w sporcie u Elvii z urazem tak poważnym, że o dalszej wyścigowej karierze mógł tylko pomarzyć. Zamknęłam lewą rękę, natomiast prawą przylożyłam mocniej do szyi, ściągając klaczkę bliżej ogrodzenia po naszej stronie. Ventosa zaczęła pchać się na American, która nerwowo reagowała na każdy taki gest. Kyle wycofał ją nieco do tyłu, wlepiając jej wzrok w konie przed nią, prostując karą nieco na siłę. Spojrzałam przed siebie, poprawiając nieco jeszcze Herbatkę, byle jej się nie spieszyło. Po kilku krótkich minutach przeszliśmy płynnie do stępa, wjeżdżając na tor. Momentalnie wszyscy zaczęli się podciagać i skracać. William dzisiaj powinien za ro drugie dostać medal, ponieważ jak na moje oko, sprzączkę zapiał dobre kilkanaście dziurek wyżej. Kolana wystawały mu wysoko ponad siodło. Podniósł dupkę, sprawdzając czy mu wygodnie, na co Moon zareagował bryknięciem na lewo. Dostał batem po łopatce, jednocześnie będąc spchyanym na dobrą ścieżkę. Will usiadł mocno w siodle, zapierając się już przy wjeździe rękami. Jedyną rzeczą, którą mogłam mu życzyć, to; wysokich lotów, a najlepiej ich brak.
- Jedziemy po dużym. Will pierwszy, a my w trójkę za nim. Kyle - zwróciłam się do blondyna, który łaził gdzieś po krzakach - spróbuj ruszyć z nami. American powinna zacząć się przyzwyczajać.
Chłopak wzruszył ramionami, chyba poddając się całkowicie mojej sugestii. Spokojnie przełożył zewnętrzną rękę nad szyję klaczy, a drugą odciągnął w lewo. Miałam wrażenie, że nie miał po prostu czasu na zabawę z Colony. Klaczka niechętnie zaraz znalazła się obok Ventosy, która spokojnie na nas spoglądała.
Weszliśmy powoli na tor, przechodząc stępem dobre dwadzieścia metrów. Zaraz potem Willciam dał znak do ruszenia.
*Kyle Jenkins*
Jakoś tak wyszło, że American skończyła od zewnątrz. Nie bałem się, że wyłamie mi na przejeździe, jednak bardzo możliwe było wepchnięcie mnie w krzaki. Odpuściłem nieco wodzy, przysiadając w siodle, kiedy ruszaliśmy. Za chwilę podniosłem się i wprowadziłem karą za swoją ręką na kontakt. American szarpnęła głową do góry, opierając mi się następnie mocno na rękach. Szarpnąłem wodzą, jednak nic to nie dało, dlatego też zaprałem się na nogach. Rozluźniłem na sekundę dłonie, tak że Colony upadła nisko łbem, potykając się. Momentalnie podniosła się do góry, łapiąc równowagę, a ja wróciłem do szukania kontaktu. Gdzieś po drodze wchodziła mi na niego, ale zaraz uciekała. Kombinowałem przede wszystkim wodzami, próbując znaleźć właściwe miejsce. Problem polegał na tym, że klacz rzeczywiście łapała, o co chodzi, jednak opuszczając łeb do dołu. Gdy tylko nam się udało, podniosłem nieco ręce, dałem mocniejszy sygnał, by podciągnąć jej sylwetkę do góry. Klacz skróciła krok bez oczekiwanych efektów. Cierpliwie powtórzyłem ćwiczenie. Kara podniosła odrobinę wyżej zad, nadając swojej sylwetce nieco lepszego wyglądu, a ciału lekkości. Zająłem się w końcu szyję, nadal pilnując by mi się nie rozleciała. Lekko zamykałem i otwierałem dłonie na chwilę, kiedy tylko zaokrąglała szyję. Stawała się nieco miększa w pysku, a co za tym idzie, bardziej posłuszna. Przez chwilę kentrowowała w lepszej pozycji, jednak zaczęła nierówno oddychać. Ćwiczenia męczyły jej organizm do tego stopnia, że nie potrafiła sobie poradzić sama że sobą. Odpuściłem jej, chcąc by trochę odpoczęła. Nie pogubiła mi się w rękach, jednak momentalnie jej krok stał się cięższy, ponieważ ciało przestało odpowiednio pracować. Włożyłem jej ręce mocniej w szyję. Gwarantowało mi to dużo lepszą kontrolę, potrzebną do ponownego wykonania ćwiczenia, gdy tylko zaczęła spokojniej oddychać.
*Ollie Nolan*
Powiedzmy sobie szczerze, technika Ventosy była powalająca. Chodziła z głową wysoko w chmurach, nogi zadzierała niemalże za uszy, lecz to było najmniejszym problemem. Klaczce jak się okazało plątały się nieco nogi. Nie miała problemu przy krótkich dystansach płaskich, jednak kiedy płoty wchodziły w grę, po przeszkodach lądowała uderzając miękko, jednak łebm wysoko i dalej niż powinna. Nie łapała równowagi po skoku szyją, a całą siłę skoku przyjmowała w nogi. Szybko nabawiła się kontuzji, które obejmowały niebezpiecznie rejony ścięgien. Jeszcze trochę a skończyłoby się ich zerwaniem. Położyłem więc ręce mocno w szyi, pracując jednak, by klacz szła mocniej, nieco bardziej elastycznie przodem. Zad był bez zarzutów, jednak przede mną nie było się nawet za co złapać. Kentrowałem na dobrym kontakcie, starając się pomóc Kaynie. Zastrzygła zaciekawiona uszami. Była koniem, który bardzo chętnie współpracował, jednak potrzebowała treściwych wskazówek. Przysiadłem w siodle, przeniosłem swój ciężar tak, by odciążyć ją. Nie musiała wtedy bronić się przede mną. Opuściłem ręce niżej, rozkładając je po obu stronach szyi. Zwiększyłem trochę zaangażowanie zadu, obniżając jego położenie, by następnie wypchnąć pierś klaczy do przodu. Zrobiła to chętnie na lekkim kontakcie. Łapczywie chwytała się każdej mojej wskazówki. Spokojnie rozluźniała się wyczuwalnie. Nie stawiała absolutnie żadnych oporów przed pracą, oddychając miarowo i pracując mocno w tym razem skróconych ramach. Miało jej to pomóc przede wszystkim w ustawieniu. Efektywność chodu poprawiła się dosłownie chwilę potem, kiedy klaczce podpasowało ćwiczenie i sama starała się mi pomóc.
*William Allen *
Moon nie był nigdy koniem na pewno łatwym, ale teraz przynajmniej stał się przyjemny w jeździe. Oczywiście targał tak niesamowicie mocno, że po pierwszej prostej zaczynał boleć mnie kręgosłup. Szarpnąłem raz, a pożądanie. Dzięki dobremu ustawieniu ogier poczuł ten gest widocznie nieprzyjemnie w pysku, ponieważ podskoczył zdenerwowany do góry. Ustawiłem go sobie nisko zadem, jednak oddając nieco wodze. Mając to na myśli, po prosru ułożyłem ręce bliżej siodła, opierając je po obu stronach. W ten sposób skutecznie blokowałem szarpanininę na tyle, by nie przerabiać koniu co dziesięć metrów, ale jednocześnie bardzo efektywnie. Przelałem cały swój ciężar na nogi. Chcąc jednak poprawić elastyczność, odciążyłem dosiadem zad, by nadać lekkości w kentrze. Chwilę później znowu mocno skróciłem chód, podnosząc dłonie nieco wyżej. Dzieciak nie do końca był przekonany o tym, co robię, więc na początku stawiał niemały opór. Raz po raz wypadł mi do przodu gwałtownie, to znowu zbyt mocno opierał się na zadzie. Musieliśmy znaleźć złoty środek, by jednak poprawić giętkość jego ciała. Nadal co kilkadziesiąt metrów skracałem, to zaraz wydłużałem wyrok, tylko tym razem angażując się bardziej impulsem. Nie mieliśmy czasu na gwałtowne ruchy, wszystko musiało iść zgodnie z moim planem. Dlatego też pilnowałem, by koń prowadzony był dokładnie moją ręką. Wkładałem je mocno w szyję, kiedy chciałem o krok wyższy i dalszy oraz podnosiłem dłonie, rozluźniając je, gdy kenter się skracał. Moon w końcu szedł dobrym rytmem, wybijąjąc się elastycznie, a za ruchem podążając każdą częścią swojego ciała z ogromną radością w oczach. Zrobił kawał dobrej roboty, za co należał mu się przede wszystkim buziak, a o dodatkową porcję jedzenia postrałem się wyprosić Effie. Mimo lekkiego jak na ogiera treningu, spocił się widocznie, co tylko dodatkowo wzmaciniało potwierdzenie efektywności jego pracy. Każdy pojedynczy mięsień podlegał pracy jeźdźca, a dzięki dobrze prowadzonemu treningowi Moon był w stanie osiągnąć mistrzostwo.
*Effie Collins*
Z kasztanką pracowało mi się wspaniale. Ruszła ładnie, na znak od zadu. Wzmocniłam siłę jej nóg, przez co faza lotu była długa, poprzedzona płynnym, silnym ruchem do przodu. Wyciągnęłam nieco kenter, podnosząc pierś konia do góry, wymuszając jednocześnie elastyczną pracę szyją. Oparła mi się wygodnie na ręce. Mimo to nie napierała na wodze, a trzymała odpowiedni kontakt. Jechaliśmy dość szybko, a mimo wzmożonej pracy oddech zostawał spokojny. Taki trening miał zmusić klacz do przemyślanego rozkładu sił na dystansie. Prowadziłam ją delikatnymi pomocami, pilnując jednak by nie czuła się zbyt bardzo odciążona. Gdybym teraz opuściła jej te kilka kilo, zapewne nie poczułaby różnicy w wyścigu. Chodziło nam o pozytywne zaskoczenie Miętowej na tyle, by mogła się rozluźnić tak, jak w tym momencie. Nie biegła, wyrywając mi ręce, delikatnie prosiła o więcej. Nie pozwoliłam jej na to, zamykając lekko dłonie w zaprzeczającym geście. Zgodziła się ze mną i ustawiła łeb nieco niżej, jakby mi się podporządkowując. Łagodnie zastrzygła uszami, kiedy Ventosa zbliżała się powoli do jej boku. Poprowadziłam klacz spokojną ręką do konia wewnątrz. Kasztanka była przyzwyczajona do prowadzenia zewnętrzną wodzą i rozkładem ciężaru ciała lepiej niż niejeden ujeżdżeniowiec. Ekscytacja treningiem ponosiła ją na tyle, że wystarczyło wykorzystać to w odpowiednim celu. Czując rywalizację z koniem obok podniosła wysoko zad, rozciągając się następnie do dołu. Nie pozwoliłam na to zdenerwowana jej nieposłuszeństwem i nabrałam mocniej wodzy. Skróciłam krok kasztanki, by zyskać jej uwagę, a następnie ręce włożyłam w szyję i poprosiłam o wyciągnięcie. Wróciłyśmy do stanu sprzed konfrontacji z Ventosą. Tym razem jednak Herbatka szła grzecznie, jakby nie zważając na otoczenie. Poddała się całkowicie i niemalże prosiła się, o całkowitą kontrolę. Miałam nadzieję, że doszła do wniosku, że tylko w ten sposób będzie nam obu wygodniej współpracować.
Przeketrowaliśmy ostatni zakręt w mocnym tępie. Kolejne sto metrów zatrzymywaliśmy spokojnie stawkę. Pozwalając na rozprężanie koni i opanowanie własnych oddechów. Miałam wrażenie, że zmęczyłam się trzy razy bardziej od klaczki pode mną, chociaż wiedziałam bardzo dobrze, że to trening tak wzmocnił jej kondycję. Ja marzyłam tylko o wakacjach. A przynajmniej łóżku. Najlepiej z Kylem przy sobie. Spojrzałam z uśmieszkiem, który niekoniecznie skrywał moje myśli na to, jak radzi sobie z American. Mimo tego, że była całkiem porządnie spocona wydawała się rozluźniona, a w dodatku całkowicie podporządkowana blondynowi. Zauważył moje rumieńce na twarzy, po czym mrugnął porozumiewawczo. Ollie popatrzył na nas.
- Obrzydzacie mnie - udał, że przechodzą go dreszcze.
- Może chcesz się przyłączyć? - zasugerowałam, jednak Kyle mruknął coś w grobie.
Olo pokazał mu język, po czym zwrócił się do mnie :
- Gdybym był pewien, że nie umrę z rąk twojego chłopaka, zapewne przyjąłbym twoją propozycję - położył znacząco rękę na moim udzie.
Kyle zdzielił go zaraz gałązką, która pierwsza nasunęła mu się do ręki, klnąc na Olliego z całego serca. Spokojna Kayna popatrzyła z irytacją na blondyna tak, jakby współczuła mu przede wszystkim głupoty. Zwróciłam uwagę ciekawskiej klaczy, podjeżdżając bliżej. Na długich wodzach, w poodpuszczanych popręgach i strzemionach normalnej długości wyjechaliśmy z toru. Kyle był cały zafukany. Postanowił zjednać sobie sojusznika w Willu. Obracał się jednak co chwilę w przypływie impulsu opiekuńczości.
Zeskoczyłam z Miętowej tuż pod stajnią, rzucając sprzęt przed stajnią. Reszta jak zaczęła, postanowiła tak też skończyć. Chłopcy wjechali pod maszynę i dopiero tam rozsiodłali konie. Nie mieli nawet odrobiny złudzeń, że chcą napracować się chociaż odrobinę więcej niż zwykle. Pierwszy szedł dumny Moon, następnie American, Ventosa i na końc0 zostało puste miejsce dla Herbatki. Oczywiście jak zwykle byłam ostatnia, nieco się ociągając. Dałam klaczce kostkę cukru, po czym dałam znać Ollemu, by włączył karuzelę. Konie pomaszerowały stępem, a ja przeszłam zaraz za zadem Miętowej.
Olo położył mi rękę na ramieniu w taki sposób, że obejmował mnie całą jej szerokością. Uśmiechnęłam się swobodnie, popierając nasz ukryty związek najlepsiejszych przyjaciół na całym świecie.
- Wiesz, powinniśmy być razem - zaczął.
- Tylko po to, żebyś cały czas mógł mnie disować? - zapytałam, wiedząc, że tak dokładnie, by było, więc nawet nie oczekiwałam odpowiedzi.
- Ależ kochanie - powiedział gdy tylko zobaczył Kayla, idącego w naszą stronę - nie muszę być z tobą, żeby cię disować. To świetna zabawa i bez tego.
- Czyli gdybyś był ze mną, byłabym spełnieniem twoich marzeń?
- Dokładnie - poklepał blondyna po ramieniu - tylko nie lubię twojego chłopaka - mrugnął na pożegnanie.
Wakacyjne Dni Koni - wyniki zawodów i loterii :)
OdpowiedzUsuńhttp://w-s-k-e.blogspot.com/