konie: Moon Child
jeźdźcy (trener): Effie Collins
Było cieplutko jak w saunie, a nasza super zgraja chodziła umęczona w grubych swetrach. Brakowało tylko rękawiczek i świątecznych lampeczek, by poczuć prawdziwie świąteczną atmosferę. Elvia przyleciała nas odwiedzić podczas jednego z ważniejszych dla nas tygodni treningów, ponieważ poprosiłam ją, niemal płacząc, o pomoc. Oczywiście wcale nie musiała słyszeć mojego załamującego się głosu, gdyż i tak by przyleciała. Co chwilę ktoś mdlał, to znów od odwodnienia dawał sobie spokój z treningami. Bliźniacy wyjechali na ważne szkolenie, dziewczyny poprosiły mnie o urlop na wakacje, a dżokeje byli biali jak ściany w niedalekim psychiatryku. Bałam się, że niedługo będę musiała ich tam posłać. Wśród żywych pozostał tylko Joe i Marcus, a wśród funkcjonujących jako tako ja i Ollie. Sezon przyciągał nas ze zdwojoną siłą, jednocześnie wyciągając z nas ostatnie krople potu. Oczywiście wyścigi zawsze w tym momencie okazywały się wcale nie taką prostą sprawą, a życie w tym niesamowitym pośpiechu, biegu ku nowym wymaganiom wydawało się niemożliwe. Czas przelatywał mi między palcami, treningi rozmywały się w powietrzu.
- Okey Eff, jest niedziela, konie poszły do maszyny rano i został nam tylko Moon, reszta ma wolne. Potem pomyślimy o jakimś obiedzie - spojrzała na swój brzuch, który pewnie bolał ją tak samo jak mnie - a raczej późnym śniadaniu.
Powlokłam jakoś nogami do boksu Dzieciaka, gdzie usiadłam w oczekiwaniu aż do mnie podejdzie i nie ruszając się, będę mogła założyć mu na łeb kantar. Cmokałam zapalczywie, jednak raz po raz Moon odwracał się do mnie zadem. Gwizdnęłam cicho tak, że ogier chociaż teraz obrócił się zaciekawiony. Komenda 'masz' przyciągnęła go jeszcze bliżej. Dzieliło mnie parę sekund przed założeniem mu paska za uszy. Koń zorientował się niestety, że nie mam wcale nic w ręce i uciekł w ostatnim momencie. Zajęczałam głośno, klnąc na Dzieciaka.
- Boże, myślałam, że dasz sobie chociaż z tym radę - Elvia wyjrzała przez drzwi boksu, zabrała mi kantar z ręki i przywiązała zaraz konia do żłobu, po czym włożyła mi między palce małą kopystkę. - Zrobię za ciebie wszystko, ale wolałabym oddać ci swoje czarne serce niż wyczyścić temu dzikusowi kopyta - mruknęła, podnosząc mnie ze słomy.
Raz dwa złapałam za nogi Moona, wygrzebując słomę zmieszaną z jego własną kupą, zadowolona raczej, że koń ma tylko cztery nogi, a nie osiem czy jedenaście. Nie musiałam nawet zbytnio się przemieszczać, by spełnić swoje zadanie. Choć już mimowolnie sprawdziłam stan nóg ogiera, co zaraz za mną zrobiła jeszcze Elvia.
- Bukszyny? - otworzyła szeroko oczy zaniepokojona
- Raczej sezon dopadł go tak samo, jak nas wszystkich - poklepałam konia po łopatce.
- To zostawmy go dzisiaj w spokoju - zaproponowała optymistycznie.
Skrzywiłam się jednak, wiedząc, że jest to co najmniej niemożliwe. Moon był u szczytu formy i chyba dałabym sobie w twarz, gdyby miał stać chociaż jeden dzień. Mina El mówiła, że mimo wszystko przydałby się lżejszy trening.
- Mogę popracować z nim z ziemi, na lonży, ewentualnie przegonić go w siodle po padoku - zaproponowała.
- Mam lepszy pomysł. W końcu nie bez powodu jesteśmy najlepszym ośrodkiem wyścigowym na świecie - uśmiechnęłam się chyba pierwszy raz od kilku dni.
- Co masz na myśli? - zaciekawiona Elvia przełożyła ręce przez grzbiet ogiera, opierając się na nim po przeciwnej stornie.
- Mam nadzieje, że wzięłaś strój kąpielowy, bo idziemy na basen - podsumowałam.
- Myślałam, że nigdy nie zaproponujesz, noszę go od swojego przyjazdu do tej waszej fabryki wszelkiego zła w całym jeździeckim świecie - wymierzyła we mnie ścierką, którą właśnie czyściła konia.
- Czyli pewnie już wyspałaś proszek na szczury, czyli tak zwanych 'dżokei'? - uniosłam ręce w teatralnym geście, a wtedy uderzyła mnie kawałkiem materiału trochę poniżej twarzy.
Podniósł się z niego kurz, który na chwilę spowił nas w dramatycznym kaszlu.
- To też, ale proszek do prania przydałby się tu bardziej. Przywiozłam ci cztery kilo tej magicznej substancji, będę was nią szantażować do waszej marnej śmierci, a wtedy przejmę stadninę i...
- A bierz ją sobie - przerwałam jej zapewne w połowie tego długaśnego zdania - tylko nie zapomnij o głodzeniu własnych dżokei. Wtedy z twojego planu nici.
- Nie słyszałaś o sklepach ze zdrową żywnością?
Otworzyłam usta, żeby ją zdisować, ale dobrze wiedziałyśmy, że nie uznaję czegoś takiego jak 'zdrowa żywność'. Odrzuciłam jej tylko ścierkę, trafiając w twarz i mruknęłam:
- Oh, pieprz się, El.
Przez następne pięć minut tańczyła taniec zwycięstwa, co wyglądało bardziej jakby chciała podstępną sztuczką wywołać deszcz według bardzo bardzo starych rytuałów, ponieważ nikt normalny w XXI wieku się tak nie ruszał.
- Mmmmmm... o dobrzy bogowie - zaczęłam tańczyć dziwacznie obok niej - ześlijcie nam deszcz! - dokończyłam i powtórzyłam całość od początku.
- Deszczu ci nie obiecuje, ale na pewno wepchnę cie do basenu, tak na zachętę - El objęła mnie mocno za szyję.
Skończyłyśmy czyścić ogiera po pierwszej wojnie domowej na obrzucanie się sianem, które okazało się całkiem niezłą bronią, jeśli chodziło o wpychanie do staników. Może niekoniecznie koń wydawał się czystszy, ale na pewno bardziej skoncentrowany i gotowy do ucieczki niż dobre pół godziny wcześniej. Elvia przepięła go na uwiąz, następnie wprowadzając go z boksu. Szłam za nimi krok w krok z ogonem Moona w ręce. Słomka po słomce wyskubywałam dowody naszej zbrodni spomiędzy czekoladowych włosów. Gdyby optymistycznie spojrzeć, Dzieciak mógłby ostatecznie zostać dawcą do smyczkowych wyrobów. Podzieliłam się tą myślą z blondynką przede mną, która zaraz zaczęła mówić coś do Moona o adopcji. Byłam pewna, że wcale by tego nie żałował, chociaż co najwyżej jego świetlna przyszłość jarzyła się w westernie. Nie, nie jako koń, który zagania owcę czy co to tam, tylko ten dzikus, który skacze przez barierki i zabija połowę widowni, a na pewno jeźdźca. Całe dziesięć minut z przystankami na 'pogaduszki', jak to nazwałam z całego serca najbardziej sarkastycznie, a El uznała to za niezwykle zabawne, szłyśmy może z pięćdziesiąt metrów do budynku z basenem, bieżnią i full wypas solarium dla koni. Nowy rekord toru. Byle tylko komisja techniczna się nie dowiedziała, to może nas nie zdyskwalifiują z tego jakże wymagającego dystansu. Blondynka zrobiła jeszcze po pięć kółek między stajnią, a budynkiem przd którym stałam, tym razem nieco żwawiej. Przynajmniej tyle, że po kolejnych dziesięciu minutach skończyłyśmy prowizroyczną rozgrzewkę. Powiedzmy, że koń się zmęczył i wcale nie potraktował tego jak spacerka. Otworzyłam szeroko drzwi budynku, by mógł wejść wraz z Elvią. Moon zastrzygł dziarsko uszami, a następnie zaczął przebierać nogami w miejscu.
- Chyba jest gotów do ucieczki - mruknęłam.
El spojrzała na mnie badawczo, po czym wypaliła:
- Ty też powinnaś.
Przed nami rozciągał się długaśny na ponad czterdzieści metrów i szeroki na więcej niż trzy basen z łagodnym wyjściem na końcach, ale także kołami, gdzie nie tylko można zawrócić konia, lecz także urozmaicić trening jeszcze bardziej. Woda była krystalicznie czysta, zabarwiona przez niebieskie kafelki na taki sam kolor, natomiast cała reszta budynku pokryta została drewnem. Mimo to pomieszczenie było nieźle oświetlone dzięki dużym oknom, które niemalże z parteru wychodziły na pastwiska i padoki.
Zabrałam cztery mocne, niebieskie lonże z półki, gdzie leżał naprawdę przeróżny sprzęt, łącznie z ręcznikami chłopców, maściami, owijkami oraz rzeczami oczywiście niezwykle przydatnymi. Przypięłam po dwie lonże do każdego kółka, co by mi się koń przypadkiem nie utopił. Rzuciłam linkę na bok i zamiast niej wcisnęłam w ręce Elvii dwa sznurki. Kolejne dwa chwyciłam mocno, zapierając się nieco na nogach.
- Okey, wchodzimy. Tylko uważaj na Moona jak i na siebie - poleciłam.
Powoli zaczęłyśmy wprowadzać ogiera z obu stron po zejściu do wody. Zatrzymał się przestraszony, jednak pociągnęłyśmy mocniej za lonżę, a następnie dałyśmy mu do zrozumienia, że i tak nie ma wyjścia. Moon cofał się przez chwilę, jednak zaraz wylądował w wodzie co najmniej po nadgarstki. Najgorsze było przed nami. Musiałyśmy zmusić konia, by zaufał nam całkowicie, musiał wejść tak, by jego grzbiet znalazł się całkowicie w basenie. Zbiornik skonstruowany był w taki sposób, że koń właściwie nie musiał odrywać kopyt od podłoża, jednak nadal wymagało to nie małej odwagi. Powoli i jeszcze wolniej zachęcałyśmy Moona do wejścia. Mimo stanowczego oporu na poczatku, w końcu znalazł się w idealnej pozycji do rozpoczęcia pracy. Kiedy już poczuł wodę na grzbiecie, obniżył łeb, patrząc na ciecz i zastanawiając się, co on ma właściwe zrobić, a tym bardziej, co w ogóle robi w basenie.
- To hop i do przodu - rzuciła Elvia, uważnie przyglądając się ruchom konia.
Ruszyłyśmy do przodu, mocno trzymając lonże, natomiast Dzieciak szedł, a raczej płynął nieco za nami. Taki trening miał nie tylko zwiększyć sprawność jego mięśni czy też ich rozbudowę, ale także poprawiać mocno krążenie przed najważniejszym wyścigiem w sezonie. Również wydolność oddechowa poprawiała się stopniowo, co znacznie pomagało przy coraz częstszych mocnych treningach. Koń miał tylko płynąć do przodu, a my pilnowałyśmy tego, żeby nie tylko się nie utopił, ale także żeby trening był adekwatny do całkiem niezłej kondycji. Pływanie jest niezwykle wyczerpujące dla organizmu konia, a takie mieszanki ras jak konie pełnej krwi angielskiej są bardzo podatne na chociażby przeziębienia. Nasłuchiwałyśmy uważnie oddechu Dzieciaka oraz obserwowałyśmy reakcje jego ciała na zwiększony wysiłek. W dobre pięć minut Moon przepłynął całą długość basenu, dlatego też przeprowadziłyśmy go do zatoczki i zawróciłyśmy z powrotem. Ogier momentalnie zaczął się rozluźniać, ponieważ woda wpływała na niego wyjątkowo relaksująco. Teraz już nieśpiesznie parł do przodu. Pływanie w swoim czasie likwidowało wszystkie usztywnienia, które powstały pod wpływem natężenia treningów, więc koń także wypadł jakby z monotonnej rutyny i coraz chętniej podchodził do zmiany. Ostatecznie pływanie zwiększało elastyczność oraz gibkość mięśni, co niewątpliwie wpływało na Moona wyjątkowo relaksacyjnie. Mógł poczuć się niemalże jak w spa, chociaż liczyłyśmy na to, że niekoniecznie zaśnie w wodzie. Po kolejnych pięciu minutach znowu zawróciłyśmy w zatoczce, kierując ogiera w stronę dalszego wyjścia. Stawał się nieco bardziej natarczywy, a jego oddech się nieco przyspieszył. Mogłabym przysiąść, że nawet się spocił, ale nie mogłam ocenić, na ile jest to woda z basenu, a na ile płyny z organizmu konia. Optymalna temperatura dziewiętnastu stopni pozwalała na oddaniu temperatury ciała, ale także możliwość łatwiejszego dostosowania się do meczacego treningu, tak więc Dzieciak był jeszcze w stanie dopłynąć do końca i nie dać niekontrolowanego nura pod wodę. Grzecznie wyszedł po stopniowym podwyższeniu, zapierając się mocno na nogach. Lekko zaniepokojona przejechałam ręką po każdej z kończyn. Teoretycznie woda była niezwykle odprężająca oraz odciążająca stawy, jednak piętnaście minut basenu było równe, a nawet nieco ponad godzinny trening na sucho. Dla organizmu ogierka mogło okazać się to nieco zbyt wyczerpujące. Przeszłyśmy z koniem do pomieszczenia obok, gdzie znajdowało się tak zwane solarium. Nie przegrzewało one konia na tyle, by mógł się nam rozchorwać, jednak stanowiło świetny sposób na podwyższenie temperatury mięśni po treningu w wcale nie takiej ciepłej wody w basenie. Podczepiłam Moon Childa z obu stron za niebieskie uwiązy tak, że ewentualnie mógł tylko lekko kręcić zadem. Lapmy jednak rozmieszczone były od samych pęcin aż nad grzbiet konia, a regulacja obejmowała włączanie odpowiednich z nich w zależności od potrzeb. Nie powiem, że nie korzystaliśmy z tego często, szczególnie przy urazach mięśni lampy okazywały się świetnym środkiem leczniczym. Tym razem włączyłam je od łopatek w górę konia na minimalną moc, tak by nie nastąpiło przegrzanie, a raczej ewentualne lekkie nagrzanie mięśni ogierka. Zostawiłam Elvię z ogierem, który w miarę grzecznie spał, a sama poszłam złożyć i odwiesić lonże na miejsce. Zabrałam cztery niebieskie owijki, które tam leżały, rezygnując z jakichkolwiek maści. Mogłabym ewentualnie wziąć ze sobą glinkę, jednak stwierdziłam, że na razie nogi są wystarczająco schłodzone, a najwyżej zrobię to na noc. Włożyłam więc resztę pod pachę i wróciłam do Elvii, która spała sobie słodziutko, z otwartą buzią, na przeciwko Moona. Nawet ją dopadł wyścigowy tryb życia, a przynajmniej wstawianie o czwartej na pierwsze karmienie. Solarium ładnie dodatkowo rozluźniało wszystkie partie kręgosłupa ogiera, a on jakby na potwierdzenie tego opuścił łagodnie szyję, rozkładając uszy na boki. W tym czasie owinęłam bardzo dokładnie wszystkie nogi konia przyniesionymi owijkami. Po dziesięciu minatutach włączyłam sprzęt, a następnie odczepiłam ogiera. Podeszłam nieco do nadal śpiącej El tak, by zainteresowany Moon mógł ją obudzić. Obruszyła się gwałtownie, gdy tylko zobaczyła pysk konia przy twarzy, po czym pogłaskała go z uśmiechem po nosie. Pomogłam jej się podnieść, by w końcu ruszyć do drzwi wyjściowych. El zamknęła je za nami, a sami zaczęliśmy niemalże rozpuszczać się w słońcu. Dawno nie było takiego upału. Chyba momentalnie pożałowałam tego solarium, ponieważ w innym wypadku Moonowi byłoby przynajmniej chłodniej. Stanęłyśmy przed stajnią, gdzie Kyle i William chyba powoli umierali. Jeden opierał się o drugiego, co chwilę śmiejąc się z Aidy oraz Aidena, którzy mieli nieskończone pokłady energii.
- To teraz moje grupki - zaczęła Elvia - zabieram was na obiad.
- Jeśli masz na myśli szklankę wody, to ja się nie piszę - odmruknął niezadowolony William.
- Oj głuptaski, nie wiecie, że istnieje coś takiego jak dietetyczne jedzenie? - próbowała nas nadal przekonać.
- I jest albo ochydne albo drogie - ciągnął dalej Will.
- Idziemy na to 'drogie' - pomagała dwoma palcami w powietrzu - bogatym wszystko wolno! - dodała jeszcze.
- Kochani, tylko zdejmijcie te swetry, zawołajcie resztę, a prysznic też raczej nie gryzie, bo śmierdzicie potem na kilometr - pocałowałam obu w czółka i zadowolona ruszyłam do stajni.
- Tobie też by się przydał - mruknął jeszcze Kyle przy moim uchu.
- Nic się nie martw, zaraz do ciebie przyjdę! - krzyknęłam już z budynku.
- Matko, jesteście słodcy do porzygu - usłyszałam za sobą głos Elvii oraz śmiech Williama, który objął ją ramieniem.
Odstawiłam konia do boksu, a następnie dosypałam mu trochę wzmacniającej mieszanki do jedzenia w żłobie, co by chłopak nam nie spadł z masy, a co za tym idzie w jego przypadku - mięśni. Dokładnie zamknęłam boks i pobiegłam za Kylem, wskakując mu na plecy. Zaskoczony poleciał do przodu tak, że oboje wylądowaliśmy na ziemi. Zastanawiałam się tylko czy rzeczywiście bardziej ciszę się na myśl o kąpieli czy jedzeniu. Ostatecznie wybrałam jedzenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz