piątek, 22 stycznia 2016

018. training

konie: Miętowa Herbatka, Lorraine
jeźdźcy: Kyle Jenkins, Effie Collins

O tej porze roku w Anglii nie budzi cię piękne słońce i śpiew ptaków, o nie. Wstajesz, za oknem jest ciemniej niż na kole podbiegunowym, zimniej niż na Syberii, a jeszcze w dodatku błoto prosto z bagnistej doliny Amazonki, dosłownie brakuje tylko krokodyli. Z łóżka wygrzebać się jest jeszcze ciężej niż zwykle, ale mój naturalny budzik w postaci Mylo i 'daj mi kobieto jeść' działa cuda. Raczej chodzi o bronienie kota niż cokolwiek innego, ponieważ Kyle rzuca w niego poduszkami tak, że już nie raz wylądował z piskiem na jakimś regale. Cała sytuacja jest nieomal zabawna, ponieważ Mylo rzuca się wtedy na blondyna, a Kyle natomiast rzuca kotem z niezadowlonym mruknięciem.
Tym razem to ja nie byłam w stanie się obudzić i Jenkins stał nade mną z czystymi bryczesami,  zapalając wcześniej światło.
- Śpiąca królewna obiecała mi, że pojedzie dzisiaj na Lorraine.
- Wypchaj się,  sam sobie jedź, ja nie wstaję - przykryłam się po czubek głowy kołdrą.
- Chyba sobie żartujesz - Kyle wyniósł mnie na rękach z łóżka,  postawił przed lustrem i powiedział,  że czeka ze śniadaniem w kuchni za pięć minut.
Popatrzyłam się na siebie. Matko boska, to była najgorsza rzecz, którą mogłam zrobić. Wiedziałam już, dlaczego Kyle tak szybko uciekł.  Założyłam szybko bordowe bryczesy z pełnym lejem, beżową bluzkę i ciepły sweter Kayla, który także mi zostawił. Powiedzmy że zeszłam na dół w stanie, który może i był nieco krytyczny,  jednak do zniesienia. Próbowałam dospać te kilka minut w salonie, po czym dostałam jakieś marne omlety na słono, chociaż nie można powiedzieć,  że blondyn się nie starał. Posłusznie zjadłam swoją porcję, włożyłam długie,  czarne oficerki, a następnie wyszliśmy z domu, zostawiając Xyloto w środku,  co by mu łapki nie odmarzły.  Will,  Collin i Oliver byli już w stajni i rozdzielali jedzenie na obiad dla koni. Każdy musiał dostać odpowiednio wyliczoną ilość mieszanek, co wcale nie zajmowało tak mało czasu. Wzięłam więc mojego blondynka, mówiąc mu by zaczął już siodłać Miętową,  gdy sama miałam wziąć obiecaną Lorraine. Zabrałam z siodlarni swoje siodło wyścigowe i ogłowie młodej z lekkim,  gumowym wędzidłem. Rzuciłam wszystko pod jej boksem, po czym założyłam morski kantarek z diamencikami,  który dostałam wraz z klaczą od Kyle'a. Lou była już na tyle spokojna, że nie było problemu z podczepieniem jej na korytarzu. Wolałam ją wyprowadzić,  by mieć całkowity wgląd na stajnie, a poza tym klacz i tak powinna się do takichtakich rzeczy przyzwyczajać.  Sprawdziłam dokładnie nogi,  wyczyściłam ją,  chociaż właściwie nie było nic poza drobinkami kurzu, po czym zawinęłam owijki w tym samym kolorze co kantar. Nie były one niezbędne,  jednak w tym stadium treningu dbałość o szczegóły była niezwykle ważna.  Kyle jak zwykle wyszedł na zewnątrz,  zanim zdążyłam założyć ogłowie. Wrzuciłam sprawnie ścierkę, pad, a następnie czarne siodło,  w końcu  pociągając lekko popręg. Została mi tylko tranzelka. Delikatnie podałam klaczy wędzidło. Chciałam ją nauczyć by sama je przyjmowała bez siłownia się z jeźdźcem. Pogłaskałam ją czule po nosie drugą ręką, po czym znowu przybliżyłam pierwszą do pyska.  Tym razem klacz chętnie wzięła ode mnie kawałek metalu w gumie. Już od małego przyzwyczajałam konie, że kiełzno nie jest wcale niczym złym, a na pewno nie robi krzywdy czy też nie sprawia bólu.
- Will podrzucisz mnie? - krzyknęłam z boksu tak, że Lorraine lekko podskoczyła.
- Do tego twojego tajemniczego kochanka, do którego wczoraj cię zawiozłem? Jasne! - chłopak pastwił się na Kylem, który od razu spoważniał na Miętowej.
Zgromiłam bruneta wzrokiem, na co on tylko bezszczelnie się wyszczerzył.
- W boksie? - zapytał.
- Myślę, że to jeszcze nie czas, na zaznajamianie Lorci ze światem zewnętrznym.
Rzeczywiście klacz niesamowicie się denerwowała, gdy ktoś wsiadał na nią na zewnątrz, od razu zaczynając się kręcić w koło. Zwinnie wskoczyłam na klaczkę, po czym powoli zaczęłam dociągać popręg. Po dwóch dziurkach Lora stwierdziła, że na razie tyle wystarczy. Will wyprowadził mnie uważnie, żeby klacz przypadkiem nie dotknęła drzwi od boksu i nie wyfrunęła w podskokach na zewnątrz. Kiedy znaleźliśmy się przed stajnią, dociągnęłam jeszcze ciut popręg, korzystając z tego, że Will jeszcze mnie trzymał, po czym ruszyłam tuż przy Herbatce w stronę toru. Lorraine była dość rozluźniona, ponieważ nie do końca jeszcze za każdym razem łapała, o co chodzi. Obniżyła łeb, lekko oparła się na mojej ręce i energicznie maszerowała krok w krok przy kasztance, która czuła się jak jej matka. Strzygła na karą uszami, jakby się o nią martwiła, zwracając jej uwagę, gdy w okolicy pojawiało się coś niesamowicie strasznego dla konia. Na razie pracowaliśmy nad podstawowymi chodami i dość prostymi rzeczami, dlatego rozluźnienie Lory rzeczywiście było tu dla mnie jedną z kluczowych rzeczy. Pozbierałam wodze, podparłam klacz mocniej łydkami, a następnie przygotowałam do zakłusowania przez delikatną półparadę. Na początku podniosła mocno do góry głowę, jednak kiedy już machnęła łbem, zaczęłam ją zachęcać, do podążenia za wędzidłem oraz ułożenia się. Podparłam wszystko wewnętrzną łydką, a następnie jeszcze raz przytrzymałam, a następnie rozluźniłam nadgarstek. Lora zeszła posłusznie niżej, jednocześnie trochę mocniej angażując się zadem. Na razie nie było mi to do szczęścia potrzebne, poklepałam ją jednak, ponieważ bardzo szybko łapała, czego się od niej wymaga, a wręcz sama próbowała się dostosować do jeźdźca, o ile tylko było jej wygodnie. Miętowa zachwycała swoim pięknym ruchem, dając zdecydowanie jeden z najlepszych przykładów dla młodszej klaczy. W wieku trzech lat, stała się niemalże perfekcyjnie zajeżdżona, na tyle, by zacząć wprowadzać bardziej zdecydowane i trudniejsze elementy. Przed samym torem zwolniliśmy do stępa, by kilka minut klaczom na odetchnięcie. Oczywiście trzy z czterech torów raczej mniej niż prawdopodobnie nadawały się do jazdy, jednakże nasz jeden, wysłużenie całkiem dobrze się prezentował. Oczywiście kupa błota, kałuże i inne bardzo niebezpieczne rzeczy, jednakże nie powinien być pod spodem przerażająco twardy. Takie błoto przy wolniejszym treningu działało nawet pozytywnie na ścięgna, o ile potrafiło się o nie odpowiednio zadbać, a ilość spędzonego tam czasu, była zredukowana i przystosowana do warunków. Jeśli sytuacja się dalej nie poprawi, to będziemy zmuszeni do wyznaczenia jeszcze jednego toru trawiastego, którego szczerze nienawidziłam ze względu na słabą trwałość oraz klasyczne 'jak popada, to będzie ślisko'. Nie mniej jednak wjechaliśmy na swój tor, właściwie się nie skracając, przejeżdżając dobre sto metrów stępem. Kyle jechał na Miętowej tuż obok mnie. Mieliśmy robić pracę 'łeb w łeb', by Lora od małego się do tego przyzwyczajała, szczególnie, iż tor jako tako wcześniej już ponzała. Kyle obrócił się w moją stronę.
- Ruszamy? - zapytał.
- Do zakrętu kłusem, a potem za drugi przejazd powoli kentrujemy - poleciłam - niemalże przez nóżkę, Kyle - dodałam, na co chłopak tylko się skrzywił. 
Miał szczęście, że siedział na Herbetce, która nie wymagała zbyt wiele wysiłku, by zrobiła to, o co prosił. Delikatny sygnał i ruszyliśmy kłusem.
*Kyle Jenkins*
Miętowa zdecydowanie wcale nie miała w planach kłusowania aż do zakrętu, dlatego też na początku ruszyła, ciągnąc mnie mocno do przodu. Przytrzymałem ją nisko, niepotrzebnie wykręcając nadgarstki, na co może i zwolniła, lecz także usztywniła się w szyi oraz podniosła wyżej łeb. Zaraz odpuściłem nieco, pilnując jednak uważnie, by nie zagalopowała, jednocześnie prosząc, by zeszła z łeb niżej. Rozluźnienie całej ręki, zaczynając już od przedramienia, a kończąc na nadgarstku, poskutkowało niemalże zautomatyczną poprawą miękkości kłusa. Oczywiście na tyle, na ile było to możliwe przy takim błocie. Czułem pod sobą, iż klaczy wcale nie pasuje to podłoże, a wręcz denerwuje się kałużami. Tym bardziej chciałem ją skupić na sobie, dlatego też rozłożyłem lepiej ciężar ciała, przy siadaniu, a także obniżyłem nieco swoje anglezowanie, co przy takim błocie było nie lada wyzwaniem. Tuż przed zakrętem dałem znak do zakentrowania, na co Miętowa ponownie wyrwała mocno do przodu. Pozbierałem ją nieco i rozłożyłem równomiernie swój ciężar, tak by jednocześnie tak samo oddziaływać na przód jak i zad konia. Klaczka przy zagalpowaniu miękko przeszła do chodu wyższego, po chwili jednak wracając do wolnego kentra. Zdecydowanie nie było to jej najlepsze przejście, jednakże byłem w stanie jej wybaczyć. Przy takiej ilości pracy, sam miałbym problem z takimi rzeczami. Spokojnie poprawiłem ramy galopy, tak, by jednak klacz zaangażowała się mocniej zadem, a odpuściła pracę przodem. A następnie ustabilizowałem ruch. Dzięki temu galop był dużo bardziej miękki, elastyczny, a także cała energia szła od zadu do mojej ręki. Przy takim błocie to ćwiczenie było nie lada wyzwaniem, jednak klacz była całkowicie skupiona na sygnałach, które wysyłam. Jeszcze raz zwróciłem jej uwagę, gdy już się ułożyła mi w ręce, ponieważ automatycznie odrobinę opuściła się sylwetką do dołu. Zdawałem sobie sprawę, że było to trudne i wymagające ciągłej pracy wielu mięśni, ale klacz jeszcze nie protestowała. Poklepałem ją wewnętrzną ręką, dając następnie chwilę na rozluźnienie, oddając jednocześnie trochę wodzy, po czym powtórzyłem ćwiczenie, podnosząc delikatnie zewnętrzną rękę, przenosząc ciężar na tył oraz całą energię przodu najpierw biorąc na siebie, a następnie przelewając na zad konia. Klaczka ładnie się podstawiła, wkraczając tyłem pod siebie. Zdecydowanie takie ćwiczenia w okresie zimowym pozwalały na rozwój innych partii ciała niż w okresie letnim, kiedy bardziej skupialiśmy się na nogach. Teraz zależało nam na poprawie technice oraz ćwiczeniach, które mogły potem pomóc w budowaniu odpowiedniej formy galopu podczas wyścigu. 
*Effie Collins*
Lorraine zdecydowanie była koniem, który jeszcze wiele musiał się nauczyć, lecz jak na początek było całkiem przyzwoicie (ponieważ inaczej tego ująć nie potrafię). Ładnie, płynnie zagalopowała, bez szarpnięcia i z taką samą dynamiką jak w kłusie, a ponieważ tym razem nigdzie się nie spieszyliśmy, to i galop był bardzo spokojny. Klaczka zachęcana przeze mnie ładnie weszła na kontakt, jednak błoto sprawiało jej wiele problemu. Nie potrafiła znaleźć w galopie własnej równowagi, przez co miałam wrażenie, że lekko się buja. Przytrzymałam ją, zbierając wodze i zamykając mocniej w łydkach, przejechałam dobre pięćdziesiąt metrów, po czym odpuszczałam jej przodem, jednocześnie mocno rozluźniając ręce, jednak nadal nadając stanowczo, odpowiedni impuls łydkami, tak by się nie rozleciała. Powtórzyłam ćwiczenie, znowu powoli zbierając wodze. Odpuszczając, pilnowałam by nadal pozostawała na solidnym kontakcie tak, żebym czuła ją pod palcami. Wewnętrzną łydką, cały czas spychałam ją na zewnętrzną wodzę, tak by tamta zdecydowanie prowadziła, a natomiast druga ręka była delikatna i zachęcała do zejścia w dół. W tej fazie treningu nie wymagałam od klaczy nie wiadomo czego. Były to tak naprawdę podstawy dobrego zajeżdżania. Klacz posłusznie szła za moimi wskazówkami, elastycznie układając mi się w ręce. Po kilkuset metrach monotonnej pracy miałam wrażenie, że lepiej się sama niesie. Łeb trzymała dość nisko, ale także zaangażowała się zadem, oczywiście na swoje możliwości, a także złapała równowagę, którą rozkładała na wszystkie cztery nogi równo w czasie fazy odbicia oraz lądowania. Poklepałam zadowolona klacz po szyi w nagrodę. System pochwał i kar był zdecydowanie najlepszym systemem przy szkoleniu tak młodych koni. Na Lorraine szczególnie do wpływało. Każdy gest motywował ją do dalszej pracy. Klaczka miała bardzo ładny ruch w galopie. Już teraz cała energia, jeśli się tego pilnowała, szła od tyłu do przodu. W przyszłości wystarczy tylko nad tym dobrze pracować oraz wykorzystać to w jak najlepszy sposób. 
Za przejazdem zebrałam mocniej klacz, a także poprzez skupienie jej na sobie, dałam jej znać, iż powoli zwalniamy. Zależało mi ponownie na dobrym, płynnym przejściu, gdzie klacz nie wpadnie mi w nie całym ciałem. Zwalniałam efektownie, aż do samego końca, gdy klacz prawie była zmuszona do przejścia do niższego chodu, jednak ciągłym, stanowczym impulsem nie pozwalałam jej na zrobienie tego. Dopiero, gdy rzeczywiście zablokowałam miednicę i usiadłam w siodło, przeszłyśmy ładnie do kłusa. Uśmiechnęłam się szeroko, klepiąc klacz oraz mówiąc jej jaka jest cudowna, jednak uważając także by nadal szła nieco zebrana, a także nie zadzierała łba do góry. Gdy tylko to robiła, niemal automatycznie rozluźniałam rękę, po czym oddawałam jej nieco wodze. W końcu przeszliśmy, spokojnie do stępa. Obie klacze po nadgarstki były ubrudzone w błocie, a owijki miały brązowawy odcień kupy.
- Kyle, robisz pranie - uśmiechnęłam się do chłopaka.
Odpuściliśmy nico popręgi, zjeżdżając z toru, a także wypuściliśmy nogi ze strzemion. Blondyn zadowolony z Miętowej cały czas klepał ją po szyi. Ja także nie szczędziłam słodkich słów w kierunku Lorraine, ponieważ wyjątkowo dobrze się dzisiaj spisała.
- Pranie zrobi twój księciunio, a wtedy ja ugotuję nam jakiś dobry obiad.
-  Myślisz, że Will nie poradzi sobie z tak trudnym wyzwaniem?
- Czy kiedykolwiek widziałaś go z patelnią? Dobrze, że chociaż herbatę potrafi robić - Kyle zaśmiał się, po czym zaczął przedrzeźniać chłopaka.
Do stajni wracaliśmy już stępem, wiedząc, że okres zimowy nie sprzyja zbyt intensywnemu treningowi. Dlatego też pozwoliliśmy klaczą się mocno rozluźnić, a one jednak dość zmęczone niosły głowy nisko przy ziemi. Ich oddechy przez cały czas pozostawały równomierne, także nie miałam wątpliwości, że nie napracowały się zbyt wiele, jednak dzisiejszy trening wymagał od nich obu wiele wysiłku fizycznego. Momentalnie zaczęło się nad nami rozjaśniać i przez deszczowe chmury wyjrzało słońce. W jakże cudownej Anglii zdarzało się to zdecydowanie zbyt rzadko, przez co wraz z Kylem zaczęliśmy cieszyć się jak dzieci. Na nasze zachowanie konie także zareagowały ogólnym zaskoczeniem, przy czym zaczęły nieco żywiej kierować się ku stajni. Mogę się założyć, iż było to coś w stylu 'omójboże, niech ci idioci z nas jak najszybciej zsiądą'. Nie mniej jednak po dziesięciu minutach dotarliśmy na miejsce, gdzie William czekał na nas siedząc na kostce siana, opalając się bez skrępowania. Zeskoczyłam tuż nad nim z konia, poganiając go do pracy. Po czym na samym środku zaczęłam rozsiodływać klaczkę. Kyle wjechał do boksu, przy czym i tak musiałam podrzucić mu fioletowy uwiąz, który wisiał całe pół stajni dalej. Dałam Lorraine kilka cukierków, kierując się następnie w stronę myjki. Przyczepiłam za kantar klaczkę po obu stronach do linek, które przymocowane były do ścian, by najpierw odwinąć wszystkie nogi z owijek, a następnie dokładnie obmyć i sprawdzić pęciny. Także materiał wstępnie opłukałam z błota, jednak byłam świadoma, że i tak i tak nadaje się tylko do wrzucenia do pralki. Przez chwilę zastanawiałam się jeszcze czy poglinować klaczkę, jednak stwierdziłam, że przy takiej pogodzie oraz lekkim treningu byłoby to conajmniej bezsensowne. W ręce zaprowadziłam karą do krytej maszyny, zakładając wcześniej polarową derkę, a następnie włączyłam maszynę na stępa. Dosłownie minęłam się z Kylem w drodze powrotnej, przy czym objął mnie, zmuszając do obrotu o sto osiemdziesiąt stopni. Oczywiście tak naprawdę chciał tylko, żebym mu pomogła, także znowu stałam przy włączniku do maszyny. Poklepał Miętową, dając jej jeszcze cukierków, po czym wrócił do mnie.
- Robimy dzisiaj mesz? - zapytałam.
- A muuusimy? - chciał mnie wziąć na ładne oczy.
Podniosłam wiaderko z ziemi, a następnie mu je wręczyłam.
- Musimy.

3 komentarze:

  1. hej, możesz się jeszcze dopisać do wyścigów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapraszam na otwarcie SKS Moonlight: http://sks-moonlight.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chciałabym poinformować, że złożyłam zamowienie na potomka po twoich koniach :)

      Usuń