konie: Sweet Louise
dżokeje: Effie Collins, William Allen
Sprawdzając jeszcze stan Victory po treningu, przyglądałam się jak William w ciszy ubiera Louise. Naprawdę bardzo ją lubił, jednakże oczekiwał czegoś więcej na dzisiejszy dzień. Mimo wszystko zostały jeszcze całe dwie i pół godziny do wieczornego obrządku, więc miał wystarczająco dużo czasu na przejechanie się na klaczce. Wszystko byłoby wyśmienicie, gdyby nie fakt, że tor był nadal nasączony wodą i panował tam okropny ukrop. Cóż, musiał zadowolić się trawiastymi ścieżkami i asfaltową drogą wokół stadniny. Ogromny teren zapewne pozwalał na trening, jaki planowaliśmy zrobić. Zależało nam by klacz zaczęła rozplanowywać każdy wyścig, dlatego też jednogłośnie postawiliśmy tym razem na wytrzymałość. Planowaliśmy długie odcinki w wolnym, nienatarczywym tempie, co zapewne było okropną męczarnią dla gniadej. Czekałam gotowa, ględząc bezustannie o niedzielnych wyścigach. Jako iż nie do końca byłam przekonana o starcie wszystkich naszych podopiecznych, wszystko poddawałam męczącym wątpliwościom, a William tylko uprzedzał mnie w postanowieniu, na których koniach startuje. Obiecał mocny start dla Topka, utrzymując jego pewność i zapał oraz kilka innych, równie ważnych szczegółów dla jeszcze jednego konia. Nie mieliśmy możliwości, sprowadzać dżokei z innych stajni, lecz korzystając z okazji poprosiliśmy o start starszego zawodowca, który mógł pomóc w wygranej Pompeii'a. Zmieniało to nasze i tak duże wydatki na starty, lecz za namową z dwójką towarzyszących mi mężczyzn, stwierdziliśmy, że warto zaryzykować. Naprawdę śmiało liczyłam na jakikolwiek dochód z tamtej strony, ponieważ bilans, na początku sezonu, zastraszająco się obniżał. Niemiła obawa każdego właściciela stajni sportowej.
- Może jednak zmienić Collina? - kręciłam się niespokojnie po stajni.
Mimo zapewnień bruneta nadal byłam rozgoryczona nagłą i niespodziewaną decyzją. Przyniosłam notatnik, dotyczący treningów, następnie wciskając go Williamowi w ręce, zamiast ogłowia, które zakładał Sweet.
- Zobacz- rzuciłam, wkładając wędzidło Księżniczce – jego trening nie idzie zbyt dobrze, a do soboty Lap nie nauczy się starować. Nie wiem czy jest sens wystawiać go w tym wyścigu – tu wskazałam na opis tysiąca czterystu metrów – lecz na pewno zostanie jeszcze w tym dłuższym, przy czym zyskuje – prawiłam, naprawdę rozbieganym wzrokiem.
William objął mnie wokół trzęsących się ramion, przy czym skierował moją głowę do swojej piersi. Jeszcze raz wstrząsnął mną deresz.
- Przestań, przestań, przestań, Ef – powtarzał wkoło. - Przecież i tak nic na tym nie tracimy.
Oburzyłam się marszcząc brwi:
- Nawet nie wiesz ile – zamknęłam buzię, pragnąc zapomnieć o męczących mnie rachunkach i braku czasu na uporządkowanie ich.
Wszystko w sezonie kręciło się wokół treningów i startów, a reszta pozostawała daleko w tyle. Niezmiernie stresujące.
Allen tylko mocniej przygarnął mnie do siebie w bardziej przyjacielskim, pocieszającym geście, niż czułym. Spojrzałam na niego spode łba, po czym zdecydowanie wepchnęłam wodze Sweet w jego niesamowicie zimne ręce. Tak, na gwiazdkę kupię mu rękawiczki, termofor czy coś podobnego lub proszki na poprawienie krążenia, plus obiecane skarpetki. Pogłaskałam czule Louise, podając jej kostkę cukru. Klaczka była wyraźnie zadowolona, z powodu okazywanego jej zainteresowania. To okropne, gdy konie stają się takimi diwami jak ona, a charakter można zaliczyć do tych „trudnych”. Oparłam delikatnie głowę na jej czarnym nosie, lekko dmuchając. Niespokojnie podniosła łeb, parskając na wszystkich i wszystko. Przeskoczyła w bok, po czym zatrzymała się podnosząc wysoko pierś przed Williamem. Obserwowała uważnie ruch jego reki, która wkrótce spoczęła na łopatce, odpychając klacz na jej wcześniejsze miejsce.
- Strachliwa... sierota – dotknęłam palcem boku klaczy, powstrzymując się od klęcia.
Cóż może i byłam zbyt poddenerwowana, jednakże Louise zwyczajnie nie wykazywała się. Tak, jeśli zwali kolejny trening, byłam gotowa ja wysłać do innego trenera. Drażniło mnie jej lenistwo. Koń drwiący z ludzi.
- Jesteś pewna, że chcesz iść ze mną? - rzucił brunet przez grzbiet gniadej, sprawdzając sprzęt.
Zgryzłam wargę. Nawet nie myślałam, że moja apatia była aż tak widoczna. Cholerny, błąd.
- Chcę zobaczyć jak jej idzie – odpowiedziałam bez jakiegokolwiek uczucia.
Will stał nieruchomo, wpatrując się tymi swoimi niebieskimi oczami w mnie. Na tyle przerażające, że spuściłam wzrok. Przebiegły mnie dreszcze, a on odsunął drzwi od boksu. Zapanowała nie tyle co niezręczna, lecz bardziej ciężka cisza, a oboje słyszeliśmy jedynie swoje miarowe oddechy i ten podniecony klaczy. Może i zapowiadało to dobry star, jednakże zawsze powtarzający się błąd, następował wkrótce potem.
- Wyprowadzasz tego konia czy nie? - stanęłam przed chłopakiem, ciągnąć jego kurtkę w stronę wyjścia.
Mimo jego niewielkiej wagi i tak był silniejszy. Cholerna, płeć męska, pomyślałam.
Sztywno ruszył, nadal nie wypowiadając ani jednego słowa. Nie odezwał się też przy zamykaniu mosiężnych drzwi, czy wsiadaniu na gniadego folbluta, czy nawet przy długiej wędrówce do bramy wjazdowej. Okropne uczucie. Spojrzałam na zatracone oczy Sweet, przy czym podniosłam jeszcze raz jej lewą, przednią nogę. Stała równo, nie dygocząc, nie kręcąc się, nie podnosząc ciepławych kończyn. Zupełnie nie nadawała się do tego treningu. Tak, moje wątpliwości brały górę nad nadzieją.
Popatrzyłam troskliwie na Williama, który oczekiwał, że dam mu jakiekolwiek wskazówki. Westchnęłam.
- Na razie taka rozgrzewka wystarczy, więc pojedź w przeciwną stronę i po około jednym kilometrze zawróć. Przytrzymaj krótki galop, tak by spokojnie zatrzymała się tuż przed bramą. Na razie to tyle, ruszaj – dotknęłam klacz lekko palcatem w zad, przez co gwałtownie wystartowała.
Przez pierwsze dwieście metrów mogłam ich spokojnie zobaczyć, a przynajmniej nierówną walkę którą toczyli. Wiliam kombinował jej cały czas w pysku, przysiadając mocno na zad, natomiast Louise próbowała wyszarpywać, dość mocno, wodzę. Liczyłam na to, iż chłopak nie zaprzestanie walki i mocniej zadziała na jej pysk, nieco wydłużając dodatkowo krok w kłusie.
Kiedy wracali, nastąpiła zauważalna różnica. Szli wolnym galopem z obszernymi krokami, który nie tylko nie męczył klaczy, lecz również przyzwyczajał ją do wolniejszego tempa.
Czekałam tylko, by zbliżyli się na odległość dziesięciu metrów, po czym zaczęłam krzyczeć:
- Po dwóch sekundach zatrzymania, rusz identycznym galopem i przejedź wokół całego ośrodka.
Co za szkoda, że nie mieliśmy suchego toru, ponieważ po niedługim czasie znowu straciłam ich z oczy. Ruszenie było zauważalnie zbyt gwałtowne, a hamując klacz, William wpadał w poboczne krzaki, Sweet podnosiła wysoko głowę, szarpiąc za wodze, a ja zupełnie nie wiedziałam co robić. Ku mojemu zaskoczeniu chłopak zaraz wrócił, szybko galopując w moją stronę. Nie poradził sobie. Robił kolejne, bardzo nie równe koła, gdy ja załamywałam ręce.
- Dzwonię do Kyle'a – usłyszałam tylko stłumione, lękliwe parsknięcie gniadej i stanowcze przyzwolenie Wiliama.
Niebezpiecznie często, szarpał za wodzę, ponieważ klacz robiła niemożliwe rzeczy. Wracała się, galopowała zbyt szybko przed siebie i stawała na tylnych nogach. Zaraz potem Allen zsiadł.
Spojrzałam powątpiewając o jakimkolwiek wyjściu, gdyż w jego oczach malował się zawód. Przeniosłam wzrok na rozgoryczoną dziewczynkę. Ona nie chce spokojnej ręki, nie chce mnie na sobie, myślałam, wyrywając z ręki Willa wodze.
Chłopak przysłużywszy mi się przez wsadzenie mnie na konia, usiadł na jednej z barierek. W duchu, widocznie prosił o to, żebym się nie zabiła. Zamiast zapewnienia, że nic się nie stanie, rzuciłam tylko:
- Czekaj tu na Kyle'a i proszę nie idź, gdy on już przyjdzie. Potrzebuje was obu.
Położyłam ręce na siodle, zbierając wodze i zapierając się lekko, po czym przyłożyłam delikatnie łydkę. Księżniczka wyrwała się do galopu, jednakże przeganaszowana głowa uniemożliwiała jej swobodny, otwarty oddech. Na moje szczęście zwolniła, wcale nie tak ładnie i lekko. Nadal rzucała głową, więc popuściłam w nagrodę wodze. Ponownie wyrwała. Czy ten koń się nigdy nie uczy? Ona szła do przodu, ja obniżałam ręce. Zbyt ciężka walka zmęczyła ją, dlatego też wykorzystując sytuację zawróciłam, podniosłam się do dosiadu stiplowego, wyciągnęłam ręce, kładąc je jak najbliżej jej łba i pogoniłam palcatem.
Gdybyście słyszeli ten niewyobrażalny huk w uszach i czuli ciągłe wierzganie w pełnej prędkości. Niewiele brakowało do nie spełnienia wewnętrznej prośby bruneta. Pod nami nie było miękkiej, amortyzującej ziemi, lecz twardy asfalt, już nie tak bardzo amortyzujący. Gniada w końcu obróciła głowę prosto, patrząc się przed siebie i odbywała chyba jeden z lepszych galopów w życiu. Niesamowicie szybko minęłyśmy obu mężczyzn i pognałyśmy gdzieś w okolice toru wyścigowego. Koń pode mną tracił już siły.
Odruchowo włożyłam palcat do odstającej części buta, przy czym oglądałam z boku podmokły tor.
Był zbyt błotnisty i miękki, by którykolwiek koń nie męczył się na nim zbyt szybko i dał radę przebiec o pełnej prędkości. Ba, to idealne miejsce dla Louise. Miałam ogromną nadzieję, że właśnie tam zwolni i zacznie się zastawiać nad tym co robi. Ruszyłam do otwartej bramki, szukając nieco twardszej powierzchni. Tak, graniczyło to z cudem, jednakże udało się nam przejść nie wpadając po pęciny Sweetie w okropną mieszankę.
Przebiegłam wzrokiem niezbyt piękny widok. Niemal można było zauważyć ogromny zaduch, ponieważ woda parowała szybko pod napływem wysokiej temperatury.
- Przejdziemy przez to piekło – mruknęłam, po czym dałam znak do klasycznego startu ( oczywiście bez bramek).
Louise ruszyła, mocno przysiadając na zadzie, przy czym niebezpiecznie wyrwała w bok. Kochaniutka klacz bardzo szybko napotkała zbyt brudne trudności, by dalej galopować. Zatrzymała się w miejscu. Pogoniłam ją mocniej łydkami, nie przepadając jednak za używaniem palcata. Dwa kroki, żeby znowu się zatrzymać. Cofnęłam w stępie, po czym ponownie spróbowałam naszych sił. Lou nie zamierzała jakkolwiek wyjść z mazi, w którą pięknie wlazłyśmy.
Za nic w świecie nie poszłaby dalej sama, więc zmusiła mnie do zejścia i uporczywego ciągnięcia za wodze. Uparty koń, naruszył swoją godność, maszerując następnie powolnym stępem. Oczywiście, mogłabym przejść bliżej wewnętrznej bandy, lecz musiałabym porzucić swoje marzenia o zatrzymaniu gniadej. Jedyna opcją było przejście całego toru po grząskiej powierzchni. Nie tylko klaczy dało to niezwykły wycisk, ale również i mi. Zatrzymywałyśmy się co jeden czy dwa kroki, próbując nie popaść w depresję i położyć się w jakże zimnym błocie. Zdecydowanym minusem był również zbytni entuzjazm wszelkiego robactwa. W pewnych momentach napastowała nas istna chmara latających muszek, komarów, żuków i innych obrzydliwych zwierząt. Teoretycznie nasz pieszy dystans powinnyśmy skończyć po około dwudziestu czterech minutach, jednak niesamowicie się wlokąc do naszych dżokei wróciłyśmy po czterdziestu. Sweet szła wyjątkowo spokojnie, przez co udowodniła ogrom naszej pracy. Nie miała siły zejść z siodła, a co tu mówić o chodzeniu, więc usiadłam tuż pod nogami konia i Williama, przyglądając się maksymalnie obłoconym butom, bryczesom, ręką i ogólnie całemu ciału. Zdecydowanie można stwierdzić, że wyglądałam jakby przejechał po mnie czołg, na największym torfowisku jakie istnieje. Moja podpieczona wcale nie prezentowała się lepiej, a jedyną rzeczą jaką mogła teraz zrobić to : „ Do cholery, być grzeczna i posłuszna”.
- Spróbuj przejechać wolniutkim galopem jedno okrążenie – rzuciłam, ledwo wypowiadając słowa do Willa.
Jego spojrzenie nie poddawało wątpliwości, że jest mu mnie stanowczo żal, w pełnym tego słowa znaczeniu. Zanim zdążyłam podziękować, on gwałtownie ruszył. Klacz nawet nie kwestionowała, podawania jej konkretnych wskazówek. Podejrzewam, że gdyby ich nie otrzymała, oboje skończyliby w którymś z nielicznych płotów.
- Co ty jej zrobiłaś? - pytał z nie dowierzaniem Kyle, którego spojrzenie było pełne litości.
- Zbyt – zawahałam się – bolesne, by opowiadać, lecz mógłbyś pomóc mi wstać – teraz już autentycznie jęczałam.
Szatyn pochylił się, podkładając ręce pod moje plecy. Gdy tak mnie niósł czułam się jak dziecko. Małe, bezbronne dziecko. Posadził mnie tak, że głową opierałam się o ostre gałęzie krzaków za mną, lecz miałam idealny wgląd na kończące się okrążenie Williama i Sweet Louise.
Klacz nie szła zdyszana, lecz bardzo zrównoważona, patrząc na początek treningu, stanowiło to coś niemożliwego. Na twarzy bruneta malował się ogromny uśmiech, a na tej należącej do Kyle'a... Lepiej nie opisywać, gdyż utrzymywał ją nieładnie rozdziawioną. Podekscytowany Willciam zeskoczył z gniadej, która delikatnie obniżyła głowę, podtrzymując ją na ramieniu chłopaka.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak niesamowicie szła – Allen niemal krzyczał. - Na początku wystartowała dość przeciętnie, lecz potem nawet nie próbowała przyspieszać. Zdecydowanie można powiedzieć, że odpoczywała i zbierała siły, w środku, by na koniec ruszyć tak jak ma w zwyczaju! - jego głos tylko obijał mi się o uszy.
Westchnęłam:
- Czego nie rozumiesz w stwierdzeniu „wolniutkim galopem”?
- Ale przecież szła tak idealnie! - nachmurzył się Will.
Przeniosłam wzrok na klaczkę, która dzielnie stała, pokazując wcześniej swoją wytrzymałość, a porozumiewawczo spojrzałam na Kyle'a. To on był tym bardziej rozsądnym z naszej trójki.
- Słuchaj Will, mogłeś zrobić jej krzywdę - na białym czole pojawiła się długa zmarszczka – jednak to naprawdę wyjątkowe i myślę, że będzie genialnie startowała za rok – uśmiechnął się, kończąc swoją odpowiedź.
Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, nawet Sweet Louise.
Nie muszę wspominać, że żeby dojść do stajni Kyle musiał mnie niemalże nieść? Może nie do końca, lecz była z niego naprawdę świetna podpórka. Posadził mnie na ławce, tuż przed myjką, po czym wraz z brunetem zaczęli schładzać ciało konia i obmywać go z grubej warstwy błota. Przyglądałam się temu z niemałym zadowoleniem, gdyż zdecydowanie klaczka mogła zostać. Problem tkwił w tym, jaki trening zastosować. Przecież tor nie będzie cały czas mokry, a myślę, że więcej takiego nie będziemy chciały odwiedzać. Zdecydowałam się na bieżnię wodną i ogólnie treningi, w których używało się jakiegoś środka stawiającego opór krokom koni. Nie chodziło o to, by zmęczyć Lo, lecz by przyzwyczaić do rozkładania sił podczas biegu, ponieważ jak na razie było to największym z naszych problemów. Właśnie dzięki takim treningom osiągniemy wyznaczony cel, a Louise będzie miała możliwość wykazania się na torze.
Ten bardzo dobry pomysł wymagał miesięcy pracy, lecz aktualnie byłam u kresu sił. Położyłam się na ubłoconej ławeczce i w tym całym brudzie i smrodzie zasnęłam. Nie był to najlepszy sposób wyspania się, ale nikt nie miał nic przeciwko. Przecież byłam u siebie.
dżokeje: Effie Collins, William Allen
Sprawdzając jeszcze stan Victory po treningu, przyglądałam się jak William w ciszy ubiera Louise. Naprawdę bardzo ją lubił, jednakże oczekiwał czegoś więcej na dzisiejszy dzień. Mimo wszystko zostały jeszcze całe dwie i pół godziny do wieczornego obrządku, więc miał wystarczająco dużo czasu na przejechanie się na klaczce. Wszystko byłoby wyśmienicie, gdyby nie fakt, że tor był nadal nasączony wodą i panował tam okropny ukrop. Cóż, musiał zadowolić się trawiastymi ścieżkami i asfaltową drogą wokół stadniny. Ogromny teren zapewne pozwalał na trening, jaki planowaliśmy zrobić. Zależało nam by klacz zaczęła rozplanowywać każdy wyścig, dlatego też jednogłośnie postawiliśmy tym razem na wytrzymałość. Planowaliśmy długie odcinki w wolnym, nienatarczywym tempie, co zapewne było okropną męczarnią dla gniadej. Czekałam gotowa, ględząc bezustannie o niedzielnych wyścigach. Jako iż nie do końca byłam przekonana o starcie wszystkich naszych podopiecznych, wszystko poddawałam męczącym wątpliwościom, a William tylko uprzedzał mnie w postanowieniu, na których koniach startuje. Obiecał mocny start dla Topka, utrzymując jego pewność i zapał oraz kilka innych, równie ważnych szczegółów dla jeszcze jednego konia. Nie mieliśmy możliwości, sprowadzać dżokei z innych stajni, lecz korzystając z okazji poprosiliśmy o start starszego zawodowca, który mógł pomóc w wygranej Pompeii'a. Zmieniało to nasze i tak duże wydatki na starty, lecz za namową z dwójką towarzyszących mi mężczyzn, stwierdziliśmy, że warto zaryzykować. Naprawdę śmiało liczyłam na jakikolwiek dochód z tamtej strony, ponieważ bilans, na początku sezonu, zastraszająco się obniżał. Niemiła obawa każdego właściciela stajni sportowej.
- Może jednak zmienić Collina? - kręciłam się niespokojnie po stajni.
Mimo zapewnień bruneta nadal byłam rozgoryczona nagłą i niespodziewaną decyzją. Przyniosłam notatnik, dotyczący treningów, następnie wciskając go Williamowi w ręce, zamiast ogłowia, które zakładał Sweet.
- Zobacz- rzuciłam, wkładając wędzidło Księżniczce – jego trening nie idzie zbyt dobrze, a do soboty Lap nie nauczy się starować. Nie wiem czy jest sens wystawiać go w tym wyścigu – tu wskazałam na opis tysiąca czterystu metrów – lecz na pewno zostanie jeszcze w tym dłuższym, przy czym zyskuje – prawiłam, naprawdę rozbieganym wzrokiem.
William objął mnie wokół trzęsących się ramion, przy czym skierował moją głowę do swojej piersi. Jeszcze raz wstrząsnął mną deresz.
- Przestań, przestań, przestań, Ef – powtarzał wkoło. - Przecież i tak nic na tym nie tracimy.
Oburzyłam się marszcząc brwi:
- Nawet nie wiesz ile – zamknęłam buzię, pragnąc zapomnieć o męczących mnie rachunkach i braku czasu na uporządkowanie ich.
Wszystko w sezonie kręciło się wokół treningów i startów, a reszta pozostawała daleko w tyle. Niezmiernie stresujące.
Allen tylko mocniej przygarnął mnie do siebie w bardziej przyjacielskim, pocieszającym geście, niż czułym. Spojrzałam na niego spode łba, po czym zdecydowanie wepchnęłam wodze Sweet w jego niesamowicie zimne ręce. Tak, na gwiazdkę kupię mu rękawiczki, termofor czy coś podobnego lub proszki na poprawienie krążenia, plus obiecane skarpetki. Pogłaskałam czule Louise, podając jej kostkę cukru. Klaczka była wyraźnie zadowolona, z powodu okazywanego jej zainteresowania. To okropne, gdy konie stają się takimi diwami jak ona, a charakter można zaliczyć do tych „trudnych”. Oparłam delikatnie głowę na jej czarnym nosie, lekko dmuchając. Niespokojnie podniosła łeb, parskając na wszystkich i wszystko. Przeskoczyła w bok, po czym zatrzymała się podnosząc wysoko pierś przed Williamem. Obserwowała uważnie ruch jego reki, która wkrótce spoczęła na łopatce, odpychając klacz na jej wcześniejsze miejsce.
- Strachliwa... sierota – dotknęłam palcem boku klaczy, powstrzymując się od klęcia.
Cóż może i byłam zbyt poddenerwowana, jednakże Louise zwyczajnie nie wykazywała się. Tak, jeśli zwali kolejny trening, byłam gotowa ja wysłać do innego trenera. Drażniło mnie jej lenistwo. Koń drwiący z ludzi.
- Jesteś pewna, że chcesz iść ze mną? - rzucił brunet przez grzbiet gniadej, sprawdzając sprzęt.
Zgryzłam wargę. Nawet nie myślałam, że moja apatia była aż tak widoczna. Cholerny, błąd.
- Chcę zobaczyć jak jej idzie – odpowiedziałam bez jakiegokolwiek uczucia.
Will stał nieruchomo, wpatrując się tymi swoimi niebieskimi oczami w mnie. Na tyle przerażające, że spuściłam wzrok. Przebiegły mnie dreszcze, a on odsunął drzwi od boksu. Zapanowała nie tyle co niezręczna, lecz bardziej ciężka cisza, a oboje słyszeliśmy jedynie swoje miarowe oddechy i ten podniecony klaczy. Może i zapowiadało to dobry star, jednakże zawsze powtarzający się błąd, następował wkrótce potem.
- Wyprowadzasz tego konia czy nie? - stanęłam przed chłopakiem, ciągnąć jego kurtkę w stronę wyjścia.
Mimo jego niewielkiej wagi i tak był silniejszy. Cholerna, płeć męska, pomyślałam.
Sztywno ruszył, nadal nie wypowiadając ani jednego słowa. Nie odezwał się też przy zamykaniu mosiężnych drzwi, czy wsiadaniu na gniadego folbluta, czy nawet przy długiej wędrówce do bramy wjazdowej. Okropne uczucie. Spojrzałam na zatracone oczy Sweet, przy czym podniosłam jeszcze raz jej lewą, przednią nogę. Stała równo, nie dygocząc, nie kręcąc się, nie podnosząc ciepławych kończyn. Zupełnie nie nadawała się do tego treningu. Tak, moje wątpliwości brały górę nad nadzieją.
Popatrzyłam troskliwie na Williama, który oczekiwał, że dam mu jakiekolwiek wskazówki. Westchnęłam.
- Na razie taka rozgrzewka wystarczy, więc pojedź w przeciwną stronę i po około jednym kilometrze zawróć. Przytrzymaj krótki galop, tak by spokojnie zatrzymała się tuż przed bramą. Na razie to tyle, ruszaj – dotknęłam klacz lekko palcatem w zad, przez co gwałtownie wystartowała.
Przez pierwsze dwieście metrów mogłam ich spokojnie zobaczyć, a przynajmniej nierówną walkę którą toczyli. Wiliam kombinował jej cały czas w pysku, przysiadając mocno na zad, natomiast Louise próbowała wyszarpywać, dość mocno, wodzę. Liczyłam na to, iż chłopak nie zaprzestanie walki i mocniej zadziała na jej pysk, nieco wydłużając dodatkowo krok w kłusie.
Kiedy wracali, nastąpiła zauważalna różnica. Szli wolnym galopem z obszernymi krokami, który nie tylko nie męczył klaczy, lecz również przyzwyczajał ją do wolniejszego tempa.
Czekałam tylko, by zbliżyli się na odległość dziesięciu metrów, po czym zaczęłam krzyczeć:
- Po dwóch sekundach zatrzymania, rusz identycznym galopem i przejedź wokół całego ośrodka.
Co za szkoda, że nie mieliśmy suchego toru, ponieważ po niedługim czasie znowu straciłam ich z oczy. Ruszenie było zauważalnie zbyt gwałtowne, a hamując klacz, William wpadał w poboczne krzaki, Sweet podnosiła wysoko głowę, szarpiąc za wodze, a ja zupełnie nie wiedziałam co robić. Ku mojemu zaskoczeniu chłopak zaraz wrócił, szybko galopując w moją stronę. Nie poradził sobie. Robił kolejne, bardzo nie równe koła, gdy ja załamywałam ręce.
- Dzwonię do Kyle'a – usłyszałam tylko stłumione, lękliwe parsknięcie gniadej i stanowcze przyzwolenie Wiliama.
Niebezpiecznie często, szarpał za wodzę, ponieważ klacz robiła niemożliwe rzeczy. Wracała się, galopowała zbyt szybko przed siebie i stawała na tylnych nogach. Zaraz potem Allen zsiadł.
Spojrzałam powątpiewając o jakimkolwiek wyjściu, gdyż w jego oczach malował się zawód. Przeniosłam wzrok na rozgoryczoną dziewczynkę. Ona nie chce spokojnej ręki, nie chce mnie na sobie, myślałam, wyrywając z ręki Willa wodze.
Chłopak przysłużywszy mi się przez wsadzenie mnie na konia, usiadł na jednej z barierek. W duchu, widocznie prosił o to, żebym się nie zabiła. Zamiast zapewnienia, że nic się nie stanie, rzuciłam tylko:
- Czekaj tu na Kyle'a i proszę nie idź, gdy on już przyjdzie. Potrzebuje was obu.
Położyłam ręce na siodle, zbierając wodze i zapierając się lekko, po czym przyłożyłam delikatnie łydkę. Księżniczka wyrwała się do galopu, jednakże przeganaszowana głowa uniemożliwiała jej swobodny, otwarty oddech. Na moje szczęście zwolniła, wcale nie tak ładnie i lekko. Nadal rzucała głową, więc popuściłam w nagrodę wodze. Ponownie wyrwała. Czy ten koń się nigdy nie uczy? Ona szła do przodu, ja obniżałam ręce. Zbyt ciężka walka zmęczyła ją, dlatego też wykorzystując sytuację zawróciłam, podniosłam się do dosiadu stiplowego, wyciągnęłam ręce, kładąc je jak najbliżej jej łba i pogoniłam palcatem.
Gdybyście słyszeli ten niewyobrażalny huk w uszach i czuli ciągłe wierzganie w pełnej prędkości. Niewiele brakowało do nie spełnienia wewnętrznej prośby bruneta. Pod nami nie było miękkiej, amortyzującej ziemi, lecz twardy asfalt, już nie tak bardzo amortyzujący. Gniada w końcu obróciła głowę prosto, patrząc się przed siebie i odbywała chyba jeden z lepszych galopów w życiu. Niesamowicie szybko minęłyśmy obu mężczyzn i pognałyśmy gdzieś w okolice toru wyścigowego. Koń pode mną tracił już siły.
Odruchowo włożyłam palcat do odstającej części buta, przy czym oglądałam z boku podmokły tor.
Był zbyt błotnisty i miękki, by którykolwiek koń nie męczył się na nim zbyt szybko i dał radę przebiec o pełnej prędkości. Ba, to idealne miejsce dla Louise. Miałam ogromną nadzieję, że właśnie tam zwolni i zacznie się zastawiać nad tym co robi. Ruszyłam do otwartej bramki, szukając nieco twardszej powierzchni. Tak, graniczyło to z cudem, jednakże udało się nam przejść nie wpadając po pęciny Sweetie w okropną mieszankę.
Przebiegłam wzrokiem niezbyt piękny widok. Niemal można było zauważyć ogromny zaduch, ponieważ woda parowała szybko pod napływem wysokiej temperatury.
- Przejdziemy przez to piekło – mruknęłam, po czym dałam znak do klasycznego startu ( oczywiście bez bramek).
Louise ruszyła, mocno przysiadając na zadzie, przy czym niebezpiecznie wyrwała w bok. Kochaniutka klacz bardzo szybko napotkała zbyt brudne trudności, by dalej galopować. Zatrzymała się w miejscu. Pogoniłam ją mocniej łydkami, nie przepadając jednak za używaniem palcata. Dwa kroki, żeby znowu się zatrzymać. Cofnęłam w stępie, po czym ponownie spróbowałam naszych sił. Lou nie zamierzała jakkolwiek wyjść z mazi, w którą pięknie wlazłyśmy.
Za nic w świecie nie poszłaby dalej sama, więc zmusiła mnie do zejścia i uporczywego ciągnięcia za wodze. Uparty koń, naruszył swoją godność, maszerując następnie powolnym stępem. Oczywiście, mogłabym przejść bliżej wewnętrznej bandy, lecz musiałabym porzucić swoje marzenia o zatrzymaniu gniadej. Jedyna opcją było przejście całego toru po grząskiej powierzchni. Nie tylko klaczy dało to niezwykły wycisk, ale również i mi. Zatrzymywałyśmy się co jeden czy dwa kroki, próbując nie popaść w depresję i położyć się w jakże zimnym błocie. Zdecydowanym minusem był również zbytni entuzjazm wszelkiego robactwa. W pewnych momentach napastowała nas istna chmara latających muszek, komarów, żuków i innych obrzydliwych zwierząt. Teoretycznie nasz pieszy dystans powinnyśmy skończyć po około dwudziestu czterech minutach, jednak niesamowicie się wlokąc do naszych dżokei wróciłyśmy po czterdziestu. Sweet szła wyjątkowo spokojnie, przez co udowodniła ogrom naszej pracy. Nie miała siły zejść z siodła, a co tu mówić o chodzeniu, więc usiadłam tuż pod nogami konia i Williama, przyglądając się maksymalnie obłoconym butom, bryczesom, ręką i ogólnie całemu ciału. Zdecydowanie można stwierdzić, że wyglądałam jakby przejechał po mnie czołg, na największym torfowisku jakie istnieje. Moja podpieczona wcale nie prezentowała się lepiej, a jedyną rzeczą jaką mogła teraz zrobić to : „ Do cholery, być grzeczna i posłuszna”.
- Spróbuj przejechać wolniutkim galopem jedno okrążenie – rzuciłam, ledwo wypowiadając słowa do Willa.
Jego spojrzenie nie poddawało wątpliwości, że jest mu mnie stanowczo żal, w pełnym tego słowa znaczeniu. Zanim zdążyłam podziękować, on gwałtownie ruszył. Klacz nawet nie kwestionowała, podawania jej konkretnych wskazówek. Podejrzewam, że gdyby ich nie otrzymała, oboje skończyliby w którymś z nielicznych płotów.
- Co ty jej zrobiłaś? - pytał z nie dowierzaniem Kyle, którego spojrzenie było pełne litości.
- Zbyt – zawahałam się – bolesne, by opowiadać, lecz mógłbyś pomóc mi wstać – teraz już autentycznie jęczałam.
Szatyn pochylił się, podkładając ręce pod moje plecy. Gdy tak mnie niósł czułam się jak dziecko. Małe, bezbronne dziecko. Posadził mnie tak, że głową opierałam się o ostre gałęzie krzaków za mną, lecz miałam idealny wgląd na kończące się okrążenie Williama i Sweet Louise.
Klacz nie szła zdyszana, lecz bardzo zrównoważona, patrząc na początek treningu, stanowiło to coś niemożliwego. Na twarzy bruneta malował się ogromny uśmiech, a na tej należącej do Kyle'a... Lepiej nie opisywać, gdyż utrzymywał ją nieładnie rozdziawioną. Podekscytowany Willciam zeskoczył z gniadej, która delikatnie obniżyła głowę, podtrzymując ją na ramieniu chłopaka.
- Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak niesamowicie szła – Allen niemal krzyczał. - Na początku wystartowała dość przeciętnie, lecz potem nawet nie próbowała przyspieszać. Zdecydowanie można powiedzieć, że odpoczywała i zbierała siły, w środku, by na koniec ruszyć tak jak ma w zwyczaju! - jego głos tylko obijał mi się o uszy.
Westchnęłam:
- Czego nie rozumiesz w stwierdzeniu „wolniutkim galopem”?
- Ale przecież szła tak idealnie! - nachmurzył się Will.
Przeniosłam wzrok na klaczkę, która dzielnie stała, pokazując wcześniej swoją wytrzymałość, a porozumiewawczo spojrzałam na Kyle'a. To on był tym bardziej rozsądnym z naszej trójki.
- Słuchaj Will, mogłeś zrobić jej krzywdę - na białym czole pojawiła się długa zmarszczka – jednak to naprawdę wyjątkowe i myślę, że będzie genialnie startowała za rok – uśmiechnął się, kończąc swoją odpowiedź.
Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą, nawet Sweet Louise.
Nie muszę wspominać, że żeby dojść do stajni Kyle musiał mnie niemalże nieść? Może nie do końca, lecz była z niego naprawdę świetna podpórka. Posadził mnie na ławce, tuż przed myjką, po czym wraz z brunetem zaczęli schładzać ciało konia i obmywać go z grubej warstwy błota. Przyglądałam się temu z niemałym zadowoleniem, gdyż zdecydowanie klaczka mogła zostać. Problem tkwił w tym, jaki trening zastosować. Przecież tor nie będzie cały czas mokry, a myślę, że więcej takiego nie będziemy chciały odwiedzać. Zdecydowałam się na bieżnię wodną i ogólnie treningi, w których używało się jakiegoś środka stawiającego opór krokom koni. Nie chodziło o to, by zmęczyć Lo, lecz by przyzwyczaić do rozkładania sił podczas biegu, ponieważ jak na razie było to największym z naszych problemów. Właśnie dzięki takim treningom osiągniemy wyznaczony cel, a Louise będzie miała możliwość wykazania się na torze.
Ten bardzo dobry pomysł wymagał miesięcy pracy, lecz aktualnie byłam u kresu sił. Położyłam się na ubłoconej ławeczce i w tym całym brudzie i smrodzie zasnęłam. Nie był to najlepszy sposób wyspania się, ale nikt nie miał nic przeciwko. Przecież byłam u siebie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz