konie: Victory Lap
dżokeje: Effie Collins
Spojrzałam na podkrążone oczy Kyle'a i roześmianego Williama. Żadnego podobieństwa między nimi, wręcz same spory, a jakoś jeszcze się nie pogryźli (zapominając o brutalnej bójce przed startem w wyścigu). Wypuściłam głośno powietrze, wdychając przyjemne, ciepłe uczucie. Tak, mówić o cieple przy 38'C to samobójstwo, jednakże za oknem mocno grzmiało, przez co poddenerwowana piątka koni dreptała po świeżej słomie. Brunet pogwizdywał z nadzieją, że Lap mu odpowie, gdy szatyn przysypiał, leżąc na stercie siana z głową na zwieszonej ręce, owiniętej starannie w żółtawy bandaż. Taki stan rzeczy był normą. Wyścigowce nie tolerowały bólu i jęków, a w zamian za to dawały nam jakkolwiek zarobić. Stratnie wychodziliśmy tylko na jednej panience, która przez ukrop rozleniwiła swoje słabe nóżki. Odłożyłam czyszczone ogłowie na wieszak, przy czym spojrzałam pod nogi. Słodki Kyle, na co dzień uroczy, a teraz stawał się istnym ciasteczkiem. Usiadłam, marszcząc brwi na podłożu przed nim. Szczęśliwie się uśmiechał, śniąc pewnie o... O nie, jednak nie chce w to wnikać.
- Williamciu, zabierz go do domu – niemal wymruczałam, starając się nie obudzić chłopaka.
dżokeje: Effie Collins
Spojrzałam na podkrążone oczy Kyle'a i roześmianego Williama. Żadnego podobieństwa między nimi, wręcz same spory, a jakoś jeszcze się nie pogryźli (zapominając o brutalnej bójce przed startem w wyścigu). Wypuściłam głośno powietrze, wdychając przyjemne, ciepłe uczucie. Tak, mówić o cieple przy 38'C to samobójstwo, jednakże za oknem mocno grzmiało, przez co poddenerwowana piątka koni dreptała po świeżej słomie. Brunet pogwizdywał z nadzieją, że Lap mu odpowie, gdy szatyn przysypiał, leżąc na stercie siana z głową na zwieszonej ręce, owiniętej starannie w żółtawy bandaż. Taki stan rzeczy był normą. Wyścigowce nie tolerowały bólu i jęków, a w zamian za to dawały nam jakkolwiek zarobić. Stratnie wychodziliśmy tylko na jednej panience, która przez ukrop rozleniwiła swoje słabe nóżki. Odłożyłam czyszczone ogłowie na wieszak, przy czym spojrzałam pod nogi. Słodki Kyle, na co dzień uroczy, a teraz stawał się istnym ciasteczkiem. Usiadłam, marszcząc brwi na podłożu przed nim. Szczęśliwie się uśmiechał, śniąc pewnie o... O nie, jednak nie chce w to wnikać.
- Williamciu, zabierz go do domu – niemal wymruczałam, starając się nie obudzić chłopaka.
Wysoki
brunet zmrużył oczy. Rzeczywiście, wizja przenoszenia człowieka w
burzę jest dość niezadowalająca.
- Nope, ale mogę go wrzucić do obornika – wyszczerzył się. - Tam jest dużo wygodniej.
- Nope, ale mogę go wrzucić do obornika – wyszczerzył się. - Tam jest dużo wygodniej.
Kolejny
genialny pomysł Willa.
-
A co próbowałeś tam zamieszkać? - odgryzł się Kyle, nagle
wstając i kierując się do wyjścia z przewieszoną przez ramię,
granatową kurtką.
Allen zagryzł mocno wargi, rozkoszując się stróżką krwi, która łagodnie spływała po ustach.
Allen zagryzł mocno wargi, rozkoszując się stróżką krwi, która łagodnie spływała po ustach.
-
Szukałem ci nowego mieszkania – ponownie się uśmiechnął, tym
razem przepełniony niepewnością.
Niczym niewzruszony szatyn podziękował i pożegnał się głośnym 'Dobranoc'.
Po jego wyjściu Will otworzył boks wcześniej zaczepianego konia, którego sprawdził. Delikatnie przejeżdżał ręką po każdej z nóg gniadosza, następnie przyglądając się głowie, a kończąc na wyliczeniu tętna. Młody ogierek był zdolny, jednak nadal w ciężkim treningu. Niespokojny wsłuchiwał się w oddalającą burzę, która pozostawiła po sobie nieznośny harmider. Jego aktualny stan można było określić jednym słowem – podniecenie. Czemu więc nie skorzystać z przypływu siły, gdy dzisiejszy trening został opuszczony z powodu opadów?
- Willciamku, przyniesiesz mi jego rząd z ogłowiem treningowym- powoli zadałam pytanie, jakby zastanawiając się nad ewentualnymi zmianami, co do decyzji.
Brunet wesoło podszedł do sekcji treningowej, po czym w pełni zadowolony przeczyścił miękką szczotką Victory.
- Brać stoper? - zapytał, nie poddając wątpliwości, że jadę na tor.
- Nie idziesz, cudowny chłopcze – zawahałam się, odchodząc o krok od zawiedzionej postaci.
Na jego czole pojawiły się zmarszczki, a on sam założył ręce na piersi, by nie osiodłać ogiera.
Niczym niewzruszony szatyn podziękował i pożegnał się głośnym 'Dobranoc'.
Po jego wyjściu Will otworzył boks wcześniej zaczepianego konia, którego sprawdził. Delikatnie przejeżdżał ręką po każdej z nóg gniadosza, następnie przyglądając się głowie, a kończąc na wyliczeniu tętna. Młody ogierek był zdolny, jednak nadal w ciężkim treningu. Niespokojny wsłuchiwał się w oddalającą burzę, która pozostawiła po sobie nieznośny harmider. Jego aktualny stan można było określić jednym słowem – podniecenie. Czemu więc nie skorzystać z przypływu siły, gdy dzisiejszy trening został opuszczony z powodu opadów?
- Willciamku, przyniesiesz mi jego rząd z ogłowiem treningowym- powoli zadałam pytanie, jakby zastanawiając się nad ewentualnymi zmianami, co do decyzji.
Brunet wesoło podszedł do sekcji treningowej, po czym w pełni zadowolony przeczyścił miękką szczotką Victory.
- Brać stoper? - zapytał, nie poddając wątpliwości, że jadę na tor.
- Nie idziesz, cudowny chłopcze – zawahałam się, odchodząc o krok od zawiedzionej postaci.
Na jego czole pojawiły się zmarszczki, a on sam założył ręce na piersi, by nie osiodłać ogiera.
- A to niby czemu? -
gwałtownie podniósł głos.
- To niby temu, że – westchnęłam, rozpaczając nad ironicznym tonem – ponieważ Victory potrzebuje treningu szybkościowego na krótkim dystansie, a tor jest aktualnie zbyt błotnisty na mocny galop – weszłam stanowczo do boksu konia, zakładając czarne ochraniacze. - Ach i jeśli masz chwilkę czasu podepnij resztę na karuzelę... Nie, bez Księżniczki. Ją możesz później przetrenować.
Dżokej przeszedł wzdłuż boksów, obwieszczając o zdradzieckim zachowaniu Effie, przy czym pukał o każdą z drewnianych desek. Zatrzymał się przy kostce siana, na której wcześniej spał Kyle, po czym usiadł z ciężkim westchnieniem.
Z wielkim milczeniem przypatrywał się jak ubieram do końca wyścigowca, żaląc się w duchu. Jedynie jego zranione oczy mówiły o nieporównywalnym zawodzie jaki mu sprawiłam. Biedaczek, teraz będzie się obwiniał. Było to zaletą jak i prześladowcą Allena, gdyż właściciele woleli, gdy dżokeje przyznawali się do winy, lecz gubiło to jeźdźca, który tracił poczucie wartości. Zgubne życie ludzi z towarzystwa wyścigowego! Chociaż w pełni ufałam brunetowi dla bezpieczeństwa jeszcze raz sprawdziłam ciało konia, na koniec przechodząc do całego rzędu. Zerwanie wodzy lub puślisk było równe najmroczniejszej zgubie, bez możliwości ratunku, o czym bardzo dobrze wiedzieli amatorzy jak i zawodowcy. Zwyczajnie lepiej jest się mieć na baczności.
Uśmiechnęłam się pocieszająco do Willa, nawet nie zaprzeczając jego domysłom. Obydwoje wiedzieliśmy, że były zbyt śmiałe, a postawienie się przeciwko nim świadczyło nie tylko o dzielności, lecz również o działaniu zbytniej troski. Nie chcieliśmy się przywiązywać, a przynajmniej nie uważaliśmy tego za obowiązek. Trudne do spełnienia, ale jakże potrzebne przy tak szybkim życiu.
Spojrzałam na gniadego konia, który powoli zmieniał swoje nastawienie. Mimo iż zawsze był spokojny, teraz przygotowywał się do porządnego treningu, jak zwykle oszczędzając siły i nie spiesząc się. Wsiadłam, podnosząc wysoko nogę. Przeklęte siodła wyścigowe nie nadawały się do samotnych przejażdżek, a tym bardziej treningów.
- To niby temu, że – westchnęłam, rozpaczając nad ironicznym tonem – ponieważ Victory potrzebuje treningu szybkościowego na krótkim dystansie, a tor jest aktualnie zbyt błotnisty na mocny galop – weszłam stanowczo do boksu konia, zakładając czarne ochraniacze. - Ach i jeśli masz chwilkę czasu podepnij resztę na karuzelę... Nie, bez Księżniczki. Ją możesz później przetrenować.
Dżokej przeszedł wzdłuż boksów, obwieszczając o zdradzieckim zachowaniu Effie, przy czym pukał o każdą z drewnianych desek. Zatrzymał się przy kostce siana, na której wcześniej spał Kyle, po czym usiadł z ciężkim westchnieniem.
Z wielkim milczeniem przypatrywał się jak ubieram do końca wyścigowca, żaląc się w duchu. Jedynie jego zranione oczy mówiły o nieporównywalnym zawodzie jaki mu sprawiłam. Biedaczek, teraz będzie się obwiniał. Było to zaletą jak i prześladowcą Allena, gdyż właściciele woleli, gdy dżokeje przyznawali się do winy, lecz gubiło to jeźdźca, który tracił poczucie wartości. Zgubne życie ludzi z towarzystwa wyścigowego! Chociaż w pełni ufałam brunetowi dla bezpieczeństwa jeszcze raz sprawdziłam ciało konia, na koniec przechodząc do całego rzędu. Zerwanie wodzy lub puślisk było równe najmroczniejszej zgubie, bez możliwości ratunku, o czym bardzo dobrze wiedzieli amatorzy jak i zawodowcy. Zwyczajnie lepiej jest się mieć na baczności.
Uśmiechnęłam się pocieszająco do Willa, nawet nie zaprzeczając jego domysłom. Obydwoje wiedzieliśmy, że były zbyt śmiałe, a postawienie się przeciwko nim świadczyło nie tylko o dzielności, lecz również o działaniu zbytniej troski. Nie chcieliśmy się przywiązywać, a przynajmniej nie uważaliśmy tego za obowiązek. Trudne do spełnienia, ale jakże potrzebne przy tak szybkim życiu.
Spojrzałam na gniadego konia, który powoli zmieniał swoje nastawienie. Mimo iż zawsze był spokojny, teraz przygotowywał się do porządnego treningu, jak zwykle oszczędzając siły i nie spiesząc się. Wsiadłam, podnosząc wysoko nogę. Przeklęte siodła wyścigowe nie nadawały się do samotnych przejażdżek, a tym bardziej treningów.
Skóra wyścigowca
systematycznie drżała na łopatkach, obwieszczając, że po burzy
na dworze zrobiło się dość chłodno. Właśnie o takiej pogodzie
marzy każdy trener... oprócz trenera koni pełnej krwi angielskiej.
Mokry tor był najgorszą rzeczą jaka mogła się przydarzyć w
czasie upalnego lata, ponieważ powodowała okropny zaduch na torze.
Podkute wierzchowce były ostatnim ratunkiem. Jadąc w lekkim
półsiadzie stiplowym, dawałam Lapowi raczej odpocząć,
przygotować się psychicznie do szybkich startów. Właśnie to było
naszym głównym celem dość dalekiej wyprawy. Przeszliśmy żwawym
stępem, aż do szeroko otwartej bramy. Jedyna, dość równa droga,
była zalana czystym asfaltem. Dziwaczne miejsce na trening, jednak
przed stadniną miała ona równe cztery kilometry, a na jej terenie
całe trzy.
Biała brama, mogła służyć za coś w stylu bramek starownych, jednak z większym polem do pobudliwych, przestraszonych odruchów Victory. Nic, przyzwyczai się, jak do wszystkich „genialnych” pomysłów, a może z czasem podejdzie do tego spokojnie. Gdyby utrzymywał to podniecenie przy starcie, nie musielibyśmy utrzymywać konia, który niewiele wygrywał na jakże popularnych, długich dystansach. Krótkim przyłożeniem łydek do boku konia, pozwoliłam mu na nieśpieszny kłus w ramach tak zwanej rozgrzewki. Umyślnie jechałam przez drogę poza stadniną, nie zawracając, by nie zmusić konia do odpowiednich reakcji. Szybsze starty zostawmy na później. Wolny krok był nieco zbyt elastyczny, co warte było skorygowania, ponieważ uniemożliwiało lepszy start. Oczywiście w granicach rozsądku. W tamtym momencie najlepszym wyjściem był niezbyt rozbudowany wężyk, ponieważ idealnie skupiał konia przy każdym zewnętrznym łuku, niestety doprowadzając do mniejszego nieposłuszeństwa, wynikającego z nie tyle zawodu, lecz dobrej próby zebrania. Taki układ był wyjątkowo dobrze dobrany, ponieważ Victory stał się momentalnie bardziej czujny oraz zdyscyplinowany. Gniadosz podskoczył wyżej, co miało na calu obwieszczenie, że nie lubi takich zabaw, a dość wątpliwa opcja kazała podejrzewać, że zrobił to ze zwykłej złośliwości, do jakiej nie nawykł. Podniosłam ręce na jedną drugą wysokości szyi ogiera, przygotowując się do wcześniej wspomnianego zawrotu. Nie miałam ochoty rzucać się dzikim galopem aż do bramy, ale i tak oddaliśmy się od niej o jakiejś nie całe dwa kilometry w ciągu długich 20 minut. Oczywiście, wszystko liczyłam dość orientacyjnie. Usiadłam lekko w siodle, wznosząc się następnie do połowy wymaganej wysokości prawidłowego dosiadu na koniach wyścigowych, lecz nadal trzymając niedługi palcat wzdłuż własnej nogi. Można to nazwać pokraczną półparadą, która przygotowywała Lapa do krótkiego, wolnego galopu. Tak, on również, na nieszczęście konia, zaliczał się do zbyt długiej rozgrzewki. Nie chciałam go przemęczać, gdyż zależało mi przede wszystkim na szybkości, co jednak wiązało się z mozolną i niewymagającą pracą wstępną. Błędem z mojej strony było dołożenie łydki i zwrot, kiedy koń podnosił głowę. Wywołało to wyrwanie głowy do przodu oraz niespokojne, natarczywe ruszenie do przodu. Problem polegał na tym, by równie szybko zebrać wodzę i próbować przysiąść w siodle, opierając się zachwianiom. Nie lada wyzwanie dla jakiegokolwiek jeźdźca, ponieważ zwyczajnie mną zbyt silnie miotało po grzbiecie, by cokolwiek zrobić. Po nikłej, pierwszej próbie w końcu udało się przywołać Lapa do porządku, przez co odpowiednio zwolnił do „normalnego” galopu. Zarzucił jeszcze raz mocno głową, wyrywając mi niemal ramiona, jednak nie zdołał złapać luźniejszej wodzy, która kończyła się zbyt blisko jego kłębu, by specjalnie zahamować takie odruchy. Jedyną możliwością ze strony ogiera było wystarczająco mocne szarpnięcie, co mogłoby spowodować wysunięcie moich rąk do przodu. Owszem, próbował to zrobić, lecz z niewielkim powodzeniem. Bardziej poddawał własnemu działaniu niedelikatny pysk, w którym metodycznie zaczął przeżuwać wędziło. Przez te całe dwie minuty stracił zbyt dużo energii, zatrzymując się już naprawdę zbyt ociężale. Przed nami widniała biała brama, więc zakończyliśmy rozgrzewkę pod jej obramowaniem w nieładnym stylu. Victory przestał się kręcić i kombinować i wydawało się, że nagle przybyło mu lat oraz doświadczenia. Nic z tego, nadal nie potrafił utrzymać prawidłowego tempa, a wydawało się, iż cały wyścig był chaotycznie prowadzony. Chwilę zataczaliśmy więcej niż wolne koła, odpoczywając i wyrównując nieco oddech. Czekaliśmy na powrót jego podniecenia i krótszych acz bardziej walecznych kroków. Dzięki bogu, nastało to niedługo potem.
Stający na tylnych nogach był nie tyle rozrywką co pracą, a właśnie tym ruchem objawiał zapał. Stanęłam tuż przed białą bramą po jej prawej stronie. Właśnie z tej strony Lap gorzej startował, o ile w ogóle startował w swoich nielicznych starciach. Przenosząc palcat na jego łopatkę, na początku byłam przed głową konia, która z opóźnieniem wyciągnęła się w stronę prymitywnego toru. Victory zwyczajnie przegapił łydkę, przy czym potraktował ją zbytnio zwlekając. Dalej przegalopował niezbyt mocno. Nie umiał rozwinąć prędkości.
- Cholerny błąd, chłopcze – rzuciłam, zawracając kłusem do bramy.
Koń postawił uszy w skupieniu. Oczywiście, nie usłyszał dzwonka i popełnił identyczny błąd. Nieefektywność jego szybkości gdzieś łączyła się z genialną wytrzymałością, jednak nie zachwycały ani trenerów ani widzów.
Biała brama, mogła służyć za coś w stylu bramek starownych, jednak z większym polem do pobudliwych, przestraszonych odruchów Victory. Nic, przyzwyczai się, jak do wszystkich „genialnych” pomysłów, a może z czasem podejdzie do tego spokojnie. Gdyby utrzymywał to podniecenie przy starcie, nie musielibyśmy utrzymywać konia, który niewiele wygrywał na jakże popularnych, długich dystansach. Krótkim przyłożeniem łydek do boku konia, pozwoliłam mu na nieśpieszny kłus w ramach tak zwanej rozgrzewki. Umyślnie jechałam przez drogę poza stadniną, nie zawracając, by nie zmusić konia do odpowiednich reakcji. Szybsze starty zostawmy na później. Wolny krok był nieco zbyt elastyczny, co warte było skorygowania, ponieważ uniemożliwiało lepszy start. Oczywiście w granicach rozsądku. W tamtym momencie najlepszym wyjściem był niezbyt rozbudowany wężyk, ponieważ idealnie skupiał konia przy każdym zewnętrznym łuku, niestety doprowadzając do mniejszego nieposłuszeństwa, wynikającego z nie tyle zawodu, lecz dobrej próby zebrania. Taki układ był wyjątkowo dobrze dobrany, ponieważ Victory stał się momentalnie bardziej czujny oraz zdyscyplinowany. Gniadosz podskoczył wyżej, co miało na calu obwieszczenie, że nie lubi takich zabaw, a dość wątpliwa opcja kazała podejrzewać, że zrobił to ze zwykłej złośliwości, do jakiej nie nawykł. Podniosłam ręce na jedną drugą wysokości szyi ogiera, przygotowując się do wcześniej wspomnianego zawrotu. Nie miałam ochoty rzucać się dzikim galopem aż do bramy, ale i tak oddaliśmy się od niej o jakiejś nie całe dwa kilometry w ciągu długich 20 minut. Oczywiście, wszystko liczyłam dość orientacyjnie. Usiadłam lekko w siodle, wznosząc się następnie do połowy wymaganej wysokości prawidłowego dosiadu na koniach wyścigowych, lecz nadal trzymając niedługi palcat wzdłuż własnej nogi. Można to nazwać pokraczną półparadą, która przygotowywała Lapa do krótkiego, wolnego galopu. Tak, on również, na nieszczęście konia, zaliczał się do zbyt długiej rozgrzewki. Nie chciałam go przemęczać, gdyż zależało mi przede wszystkim na szybkości, co jednak wiązało się z mozolną i niewymagającą pracą wstępną. Błędem z mojej strony było dołożenie łydki i zwrot, kiedy koń podnosił głowę. Wywołało to wyrwanie głowy do przodu oraz niespokojne, natarczywe ruszenie do przodu. Problem polegał na tym, by równie szybko zebrać wodzę i próbować przysiąść w siodle, opierając się zachwianiom. Nie lada wyzwanie dla jakiegokolwiek jeźdźca, ponieważ zwyczajnie mną zbyt silnie miotało po grzbiecie, by cokolwiek zrobić. Po nikłej, pierwszej próbie w końcu udało się przywołać Lapa do porządku, przez co odpowiednio zwolnił do „normalnego” galopu. Zarzucił jeszcze raz mocno głową, wyrywając mi niemal ramiona, jednak nie zdołał złapać luźniejszej wodzy, która kończyła się zbyt blisko jego kłębu, by specjalnie zahamować takie odruchy. Jedyną możliwością ze strony ogiera było wystarczająco mocne szarpnięcie, co mogłoby spowodować wysunięcie moich rąk do przodu. Owszem, próbował to zrobić, lecz z niewielkim powodzeniem. Bardziej poddawał własnemu działaniu niedelikatny pysk, w którym metodycznie zaczął przeżuwać wędziło. Przez te całe dwie minuty stracił zbyt dużo energii, zatrzymując się już naprawdę zbyt ociężale. Przed nami widniała biała brama, więc zakończyliśmy rozgrzewkę pod jej obramowaniem w nieładnym stylu. Victory przestał się kręcić i kombinować i wydawało się, że nagle przybyło mu lat oraz doświadczenia. Nic z tego, nadal nie potrafił utrzymać prawidłowego tempa, a wydawało się, iż cały wyścig był chaotycznie prowadzony. Chwilę zataczaliśmy więcej niż wolne koła, odpoczywając i wyrównując nieco oddech. Czekaliśmy na powrót jego podniecenia i krótszych acz bardziej walecznych kroków. Dzięki bogu, nastało to niedługo potem.
Stający na tylnych nogach był nie tyle rozrywką co pracą, a właśnie tym ruchem objawiał zapał. Stanęłam tuż przed białą bramą po jej prawej stronie. Właśnie z tej strony Lap gorzej startował, o ile w ogóle startował w swoich nielicznych starciach. Przenosząc palcat na jego łopatkę, na początku byłam przed głową konia, która z opóźnieniem wyciągnęła się w stronę prymitywnego toru. Victory zwyczajnie przegapił łydkę, przy czym potraktował ją zbytnio zwlekając. Dalej przegalopował niezbyt mocno. Nie umiał rozwinąć prędkości.
- Cholerny błąd, chłopcze – rzuciłam, zawracając kłusem do bramy.
Koń postawił uszy w skupieniu. Oczywiście, nie usłyszał dzwonka i popełnił identyczny błąd. Nieefektywność jego szybkości gdzieś łączyła się z genialną wytrzymałością, jednak nie zachwycały ani trenerów ani widzów.
Kolejny
zwrot, tym razem z powolnym galopem. Powtarzałam w myślach
stwierdzenie, żeby nie przeciążać ogiera, jeśli marzyłam o
rozwinięciu prędkości. Przydałaby się zmiana taktyki, może
jeśli łydki nie pomagały wystarczyło podnieść wyżej palcat?
Kolejna zmarnowana próba z ręką w górze i niewystarczającym
startem. Zwyczajnie nie było sposobu by poprawić ten aspekt, a
przynajmniej oboje traciliśmy tak ambitne nadzieje. Przy następnym
razie próbowałam podpatrzeć ruch zadu konia, co było
nadzwyczajnie trudne.
Wydawało się, że z góry prze na przód zamiast przysiadać na tylne nogi. Nie nauczył się tego u nas, lecz u wcześniejszego trenera, który tak jak ja wystawiał go przy doświadczonych dżokejach w lepszych gonitwach, a uczniom pozostawiał ostatnie ewentualności. Zwyczajnie nie umiał odpowiednio ruszyć. Kolejnym krokiem było obniżenie rąk i półsiadu, tak by napierać na tylne kończyny. Zdziwienie i protesty przechodziły wyobrażenia o charakterze Victory. Przestraszony nagłym naparciem na zad lądował wraz ze mną w krzakach, powtarzając wkoło to samo. Cały czas nosiło go przy identycznych protestach, wcale nie ułatwiając mi pracy. Po dwudziestu minutach miałam dość, lecz Lap nauczył się galopować mniej więcej po wyznaczonej trasie. Zdecydowanie trzeba było to wypracować, ponieważ mógł zostać zdyskwalifikowany za specjalne wpadanie na inne konie. Niebywale mocno ciągnął pyskiem wędziło, a ja modliłam się, by nie zrobił sobie krzywdy. Ba, bardziej marzyłam o tym, żeby nie przyzwyczaił się do moich niedelikatnych nacisków. Powtarzając cały czas nową praktykę, postanowiłam zebrać konia przy dziesiątym metrze, nadal wymagając przyspieszenia z jego strony. Pierwsze cztery traciliśmy na obijaniu się po bokach drogi, kolejne cztery na przyspieszeniu, a ostatnie dwa na zebraniu. Niemożliwością stało się zrobienie wszystkiego w tak krótkim czasie, dlatego też wznawiając start, dodaliśmy wszędzie po dwa metry. Tym razem Lap (nadal zbyt delikatnie) przysiadł na zadzie, wyrównał, utrzymując mniej więcej prostą i zebrał się, lecz ku mojemu niezadowoleniu zwolnił. Liczyłam na drobne, dość energiczne kroki, gdy te szybkością nie różniły się od tych z rozgrzewki. Znowu stanęliśmy przed białą bramą, jednak ruszyłam agresywnym kłusem w drugą stronę. Dołożyłam równie mocno łydki jak i zebrałam wodze. Na przemian napierałam na bok konia i pysk, przez co usztywnił nieco kręgosłup, ale i w końcu przestępował drobnymi krokami, całkowicie zebrany. Wraz z odpuszczaniem pyska, przyciskałam mocniej nogi, przez co nadal utrzymywaliśmy poprzedni stan, jednakże w szybszym tempie. Zawróciłam gniadego, skracając ponownie wodze. Mimo wszystko chciał trwać w tym czego wymagałam od konia i niemalże ujeżdżeniowy galop zatrzymałam dopiero przy naszym miejscu tymczasowych startów. Trening trwał wystarczająco długo, więc zamierzałam go niedługo zakończyć. Szczerze liczyłam na ogólną poprawę. Przysiadłam na tyle, przyciągając mocniej wodze, wyprostowałam konia, na końcu jeszcze mocniej zbierając wodze, przy dodawaniu agresywnej łydki i palcata. Było się czym chwalić, ponieważ skuteczność nowej metody nie podlegała wątpliwości. Gdyby nie kręcenie i nieprawidłowy dosiad jeźdźca, można nawet uznać niemały postęp. Ostatni raz, prosiłam. Teraz wszystko na swoim miejscu.
Głuchy start, ciężki oddech, znowu tuż nad głową konia, dosiad idealny, lecz start nie. Gdy Victory tylko poczuł lekkość przy zadzie, nie tylko przestał się kręcić, ale również miałam problem z zebraniem go. Teoretycznie mogliśmy pochwalić się szybszym startem, lecz mimo iż należał do głównych celów, wolałam by koń był poprawnie ustawiony, zamiast powtarzać ciągle te same błędy.
Poklepałam mokrą łopatkę konia, słodko na niego klnąc. Lała się z niego woda i to bynajmniej nie od deszczu przegalopował zebrany aż do samej stajni. Nie mogłam narażać jego nerek na ewentualne zapalenia czy choroby, ponieważ i tak nadawał się do intensywnego treningu, co mogłoby być okropne w skutkach. Zsiadłam z gniadej piękności, następnie ściągając szybko cały zapocony rząd; lekkie siodło, cieniutki czaprak, wytrzymałe ochraniacze oraz ogłowie treningowe. Byłam zadowolona, gdy nałożyłam ciemnobrązową polarową derkę. Zwyczajnie nie miałam już siły ani ochoty zabawiać się w jego rozstępowanie, więc zatrzymałam karuzelę z trójką koni, podpinając Vlapa tuż za piękną Tiptoe. Wystarczająco dużo czasu poświęciłam gniademu ogierkowi, by nie otrzymać w zamian cienkich, lecz głębokich ran. Sycząc cichutko oczyściłam je, po czym zabandażowałam rękę, wypraną tkaniną. Wcześniej wspominałam, że to norma, lecz teraz mogę stwierdzić, że zdecydowanie nigdy nie przyzwyczaję się do myśli o złapaniu tężca. Odepchnęłam okropne myśli, podchodząc do mojego dzisiejszego podopiecznego, przy czym musiałam dość śmiesznie wyglądać. Czyściłam jego malutkie ranki i obtarcia, kręcąc się wkoło razem z nim. Tak jak mówiłam, sprawiło to idealny powód do śmiechu Willowi, który niemal tarzał się po świeżo wyczyszczonej kostce. Obrzuciłam go tylko natarczywym spojrzeniem, po czym rzuciłam gąbkę Lapa. Cóż za szczęście, że mogłam przydzielać mu zadania i zwyczajnie zostawiłam mu całą końcową zabawę z gniadym.
Kiedy zastrzegałam sobie treningi przy nim, okazało się, że zbyt podniecony nie chciał wejść do boksu i zamiast tego obijał się po pobocznych boksach. Trenerzy, strzeżcie się tego konia, ponieważ będzie przyprawiał o zawroty głowy.
Wydawało się, że z góry prze na przód zamiast przysiadać na tylne nogi. Nie nauczył się tego u nas, lecz u wcześniejszego trenera, który tak jak ja wystawiał go przy doświadczonych dżokejach w lepszych gonitwach, a uczniom pozostawiał ostatnie ewentualności. Zwyczajnie nie umiał odpowiednio ruszyć. Kolejnym krokiem było obniżenie rąk i półsiadu, tak by napierać na tylne kończyny. Zdziwienie i protesty przechodziły wyobrażenia o charakterze Victory. Przestraszony nagłym naparciem na zad lądował wraz ze mną w krzakach, powtarzając wkoło to samo. Cały czas nosiło go przy identycznych protestach, wcale nie ułatwiając mi pracy. Po dwudziestu minutach miałam dość, lecz Lap nauczył się galopować mniej więcej po wyznaczonej trasie. Zdecydowanie trzeba było to wypracować, ponieważ mógł zostać zdyskwalifikowany za specjalne wpadanie na inne konie. Niebywale mocno ciągnął pyskiem wędziło, a ja modliłam się, by nie zrobił sobie krzywdy. Ba, bardziej marzyłam o tym, żeby nie przyzwyczaił się do moich niedelikatnych nacisków. Powtarzając cały czas nową praktykę, postanowiłam zebrać konia przy dziesiątym metrze, nadal wymagając przyspieszenia z jego strony. Pierwsze cztery traciliśmy na obijaniu się po bokach drogi, kolejne cztery na przyspieszeniu, a ostatnie dwa na zebraniu. Niemożliwością stało się zrobienie wszystkiego w tak krótkim czasie, dlatego też wznawiając start, dodaliśmy wszędzie po dwa metry. Tym razem Lap (nadal zbyt delikatnie) przysiadł na zadzie, wyrównał, utrzymując mniej więcej prostą i zebrał się, lecz ku mojemu niezadowoleniu zwolnił. Liczyłam na drobne, dość energiczne kroki, gdy te szybkością nie różniły się od tych z rozgrzewki. Znowu stanęliśmy przed białą bramą, jednak ruszyłam agresywnym kłusem w drugą stronę. Dołożyłam równie mocno łydki jak i zebrałam wodze. Na przemian napierałam na bok konia i pysk, przez co usztywnił nieco kręgosłup, ale i w końcu przestępował drobnymi krokami, całkowicie zebrany. Wraz z odpuszczaniem pyska, przyciskałam mocniej nogi, przez co nadal utrzymywaliśmy poprzedni stan, jednakże w szybszym tempie. Zawróciłam gniadego, skracając ponownie wodze. Mimo wszystko chciał trwać w tym czego wymagałam od konia i niemalże ujeżdżeniowy galop zatrzymałam dopiero przy naszym miejscu tymczasowych startów. Trening trwał wystarczająco długo, więc zamierzałam go niedługo zakończyć. Szczerze liczyłam na ogólną poprawę. Przysiadłam na tyle, przyciągając mocniej wodze, wyprostowałam konia, na końcu jeszcze mocniej zbierając wodze, przy dodawaniu agresywnej łydki i palcata. Było się czym chwalić, ponieważ skuteczność nowej metody nie podlegała wątpliwości. Gdyby nie kręcenie i nieprawidłowy dosiad jeźdźca, można nawet uznać niemały postęp. Ostatni raz, prosiłam. Teraz wszystko na swoim miejscu.
Głuchy start, ciężki oddech, znowu tuż nad głową konia, dosiad idealny, lecz start nie. Gdy Victory tylko poczuł lekkość przy zadzie, nie tylko przestał się kręcić, ale również miałam problem z zebraniem go. Teoretycznie mogliśmy pochwalić się szybszym startem, lecz mimo iż należał do głównych celów, wolałam by koń był poprawnie ustawiony, zamiast powtarzać ciągle te same błędy.
Poklepałam mokrą łopatkę konia, słodko na niego klnąc. Lała się z niego woda i to bynajmniej nie od deszczu przegalopował zebrany aż do samej stajni. Nie mogłam narażać jego nerek na ewentualne zapalenia czy choroby, ponieważ i tak nadawał się do intensywnego treningu, co mogłoby być okropne w skutkach. Zsiadłam z gniadej piękności, następnie ściągając szybko cały zapocony rząd; lekkie siodło, cieniutki czaprak, wytrzymałe ochraniacze oraz ogłowie treningowe. Byłam zadowolona, gdy nałożyłam ciemnobrązową polarową derkę. Zwyczajnie nie miałam już siły ani ochoty zabawiać się w jego rozstępowanie, więc zatrzymałam karuzelę z trójką koni, podpinając Vlapa tuż za piękną Tiptoe. Wystarczająco dużo czasu poświęciłam gniademu ogierkowi, by nie otrzymać w zamian cienkich, lecz głębokich ran. Sycząc cichutko oczyściłam je, po czym zabandażowałam rękę, wypraną tkaniną. Wcześniej wspominałam, że to norma, lecz teraz mogę stwierdzić, że zdecydowanie nigdy nie przyzwyczaję się do myśli o złapaniu tężca. Odepchnęłam okropne myśli, podchodząc do mojego dzisiejszego podopiecznego, przy czym musiałam dość śmiesznie wyglądać. Czyściłam jego malutkie ranki i obtarcia, kręcąc się wkoło razem z nim. Tak jak mówiłam, sprawiło to idealny powód do śmiechu Willowi, który niemal tarzał się po świeżo wyczyszczonej kostce. Obrzuciłam go tylko natarczywym spojrzeniem, po czym rzuciłam gąbkę Lapa. Cóż za szczęście, że mogłam przydzielać mu zadania i zwyczajnie zostawiłam mu całą końcową zabawę z gniadym.
Kiedy zastrzegałam sobie treningi przy nim, okazało się, że zbyt podniecony nie chciał wejść do boksu i zamiast tego obijał się po pobocznych boksach. Trenerzy, strzeżcie się tego konia, ponieważ będzie przyprawiał o zawroty głowy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz