niedziela, 25 sierpnia 2013

003. trening

konie: On Top of The World
dżokeje:  Effie Collins

 Pozwoliłam by chłopcy wyręczyli mnie dzisiaj przy karmieniu i spałam te dwie godziny dłużej. Tak, równo o szóstej siedemnaście napotkałam w kuchni niewyobrażalny bałagan, który zwykle po sobie zostawiali. Nie sądziłam, że posprzątają, nawet nie miałam najmniejszych nadziei. Nigdy nie potrafili tego robić, a przynajmniej było trzeba ich dopilnować jak najmniejsze bachory zdolne już do podstawowych czynności. Co było zadziwiające? Że ja, dziewczyna w ich wieku, musiałam ich wychowywać, ponieważ zwyczajnie zabrakło im opiekuńczości matek, a osobiście z tego zrezygnowałam nie całe dwa lata temu. Nie było mi żal tego czasu, a wręcz byłam zadowolona, że coś osiągnęłam, usamodzielniłam się. Za negatyw można obrać to, że niektórzy uważają, iż zabrałam sobie młodość. Ale to nieprawda, ponieważ nadal ją przeżywam i czuję się z tym naprawdę dobrze. Ale pozostawmy już moje rozważania i przejdźmy do tego zwyczajnego poranka, w którym postanowiłam w końcu się ubrać, by o siódmej stawić się w stajni.
Bez śniadania, z butelką wody w ręce ruszyłam do stajni, wdychając jednocześnie ostre, poranne powietrze. Świat nadal zalewał półmrok, nadając swoistej atmosfery, która była nieodłączną częścią wyścigowej rzeczywistości. Pokrywał on wszystko, zaczynając od pobliskich drzew, a kończąc na ludziach, którzy krzątali się w stajni. Kiedy weszłam dało poczuć się idealne ciepło. Wcześniej nawet nie zwróciłam uwagi na to jak bardzo zmarzłam. Następnym razem przyjdę owinięta w koc. Wiecie, takie postanowienie noworoczne (chociaż zostało nam jeszcze do przeżycia całe pół roku). Wokół również charakterystycznie pachniało. Świeże siano, pomyślałam. Zdecydowanie trzeba było dokupić nowej paszy i ściółki, ponieważ spodziewałam się, iż w przyszłym tygodniu może jej zabraknąć. W zamawianiu nie było nic trudnego, lecz uporządkowanie wszystkich faktur, dziwnych akt i tym podobnych nazywałam sztuką. Zresztą nie tylko ja, ponieważ cała nasza trójka nie umiała się w tym połapać.
- Przyszła nasza śpiąca królewna! - rzucił ostro William, który chyba wstał nie tą nogą co trzeba.
Wszystkie konie z zaciekawieniem podniosły głowy, kiedy Kyle lekkim ruchem podszedł do mojej osoby.
- Nie przejmuj się – pocieszał – oboje wiemy, że on tak ma.
Akurat z tym zdecydowanie się zgadzałam, ponieważ każdy z nas przechodził trudne momenty, a tak nieliczna kadra powodowała, że wszystko obracało się tylko wśród uroczego kółka różańcowego. Łatwiej mówiąc, zazwyczaj jedna osoba wyżywała się na pozostałej dwójce. Może to i dziecinne, lecz każdy tego potrzebował, a reszta niezbyt przejmowała się stanami chwilowymi nieszczęśliwego człowieka, do czasu kiedy nie mówił o pociągach.
Kyle zaraz machał mi rekami przed oczyma, co miało być skutkiem mojego zamyślenia o pojazdach torowych.
- Halllo, Ef! - wydarł się w końcu tak głośno, że nic innego nie wibrowało w moich bębenkach poza jego głosem – Słuchasz mnie?
Zdezorientowana pokręciłam głową:
- Właściwie to nie.
- Ef! - oburzał się, nadal krzycząc. - Twój dziadek dzwonił, zapowiadając, że dzisiaj przyjedzie.
- Co do cholery?! - otworzyłam szeroko oczy, chcąc jakby mieć lepszy widok na usta Kyle'a.
- Nie każdy ma bogatego dziadka, który sponsoruje całą stajnię i połowę wyścigów – mruczał pod nosem Willciam.
Stanęłam na środku stajni lekko rozgoryczona nie tyle zachowaniem bruneta, co swoim.
- Uspokójcie się! - wywrzeszczał po raz ostatni szatyn. - William jesteś okropnym bachorem i jedyne co możesz jeszcze zrobić to ugotować obiad, ponieważ to właśnie dziadek Effie ci płaci – niezadowolony chłopak wyszedł ze stajni, trzaskając drzwiami – A ty Ef, jak widzisz mogłabyś dzisiaj poprowadzić połowę treningów, ponieważ trzeba je skończyć do trzynastej.
Westchnęłam głośno, po czym zaczęłam:
- Po pierwsze: Pięciu koni nie da się podzielić na połowę, więc ja wezmę Topka i Pompeii'a, a ty resztę. Po drugie: Skończymy te trening po dziewiątej, ponieważ to nienormalne robić trzy godzinne treningi koniom wyścigowym.
Szeroki uśmiech mogłam łatwo wyczuć na swojej twarzy, ponieważ policzki mniej lub bardziej uroczo zaokrągliły się. Tak, Kyle również był zadowolony z tego, że w końcu się pozbierałam. Zarządzanie wszystkim i wszystkimi zwyczajnie wyprowadzało go z równowagi.
- Siły na zamiary – westchnęłam, omijając go.
Przeszłam do siodlarni, chcąc zabrać sprzęt treningowy Topka. Oczywiście, mogłam wziąć pierwszy lepszy, lecz nowiutkie, zakupione rzeczy aż prosiły się o użycie. Szczególnie mocno zastanawiałam się przy niebieskich okularach, ponieważ zwyczajnie nie widziałam powodu do użycia ich. Nie posiadaliśmy nieznośnych psów, śmierdzących kotów czy gadatliwych ptaków, a liczba koni ograniczała się do pięciu. Od czego lub kogo miały ochraniać Worlda okulary? Na starty były idealnym rozwiązaniem, lecz teraz nadawały się do niczego.
- Co myślisz o sprawdzeniu głównego toru wyścigowego? - spojrzałam na chłopaka, bacznie przyglądając się jego reakcji.
Sami posiadaliśmy nieco mniejszy, jednak niemal identyczny pod względem nawierzchni tor, lecz zazwyczaj był pusty. Konie ścigały się w parach lub same, a na już na terenie ośrodka wyścigowego codziennie przebywało około tysiąca koni.
- Teoretycznie mógłby przydać się nam trening towarzyski – mimo wszystko Kyle się skrzywił na samą myśl o tych niezbyt zadowolonych ze swojego życia dżokejach.
Zabrałam się do sprawdzania nóg kasztanowatego ogierka, który szedł na pierwszy ogień. Oczywiście, obawiałam się jego genialnego temperamentu i wyuczonych zwyczajów, jednak miałam nadzieję, że jakiekolwiek poczucie rywalizacji nie nakłoni go do okazywania tych cech charakteru. Nadzieja matką głupich!
Przeczyściłam jego piękną, lśniącą sierść gąbką, zbierając tylko kurz, po czym zabrałam się za ubieranie. Przy granatowym ogłowiu musiałam ściągnąć lekko paski, ponieważ okazało się nieco za duże na kasztana. Sprawdziłam dla pewności jeszcze raz kopyta, chociaż nie poddawałam wątpliwości, że raczej nic w nich nie ma i dopiero wtedy zabrałam się za układanie kolejnych warstw na jego grzbiecie. Dwa grube, niepełne czapraki miały robić za coś w stylu podkładki, lecz jak dla mnie ich przeznaczeniem było niepoobcieranie konia i lepsze chłoniecie potu. Przejechałam ręką po zadzie konia, na co on ruszył do przodu. Szarpnęłam mocniej za wodze.
- Nie próbuj – syknęłam, po czym jednym ruchem przywołałam Kyle'a, by pomógł mi wsiąść.
Topek niespokojnie obijał kopytami o betonowe podłoże stajni, co odbijało się głuchym echem od ścian. Dało się tylko słyszeć jego podekscytowane sapanie, które niemal świszczało, gdy mocniej wydychał powietrze przez nos.
          Teoretycznie drogą do toru od stajni mieliśmy około pięciu kilometrów, lecz tak zwanym skrótem powinniśmy być za mniej więcej dziesięć minut. Skrót prowadził przez nienawistne, ciemnozielone krzaki i bramkę, której otwarcie poddawałam wątpliwości. Najwyżej będziemy skakać. Nie miała ona więcej niż sześćdziesiąt centymetrów, więc nie bardzo martwiłam się o to czy Topek da radę się przedostać. Wiara działa cuda, podobnież. Ruszyłam kłusem co rusz zatrzymując kasztana, ponieważ natykaliśmy się na dziwne zwierzęta i rzeczy, które widocznie go straszyły. Kiedy tylko zobaczył niepożądany obiekt, zaczynał się cofać i mocno stawać na śliskim gruncie. Oczywiście powinnam jechać po tej miększej stronie dróżki, jednakże narażanie się na niespodziewany uskok na beton był co najmniej przerażający. Wątpiłam w moje szanse na jakiekolwiek wyjście z takiej sytuacji, mimo dość twardego i porządnego, kolorowego toczka. Tak, w naszych stajennych barwach czułam się wyjątkowo dobrze, szczególnie kiedy błękitno-niebieskie kolory pomagały mi w przezwyciężeniu pewnej obawy, która zawsze towarzyszy dżokejom. Można powiedzieć, że działały na mnie uspokajająco. Kolejne cofnięcie i kolejna mocniejsza łydka przy bokach konia. Miałam go serdecznie dość, mógłby przynajmniej trochę panować na swoim strachem, a nie bać się dosłownie wszystkiego. Z naszych krótkich dziesięciu minut, zrobiło się dwadzieścia długich i ku mojemu zadowoleniu nie musieliśmy skakać. Bramka była lekko otwarta, więc nawet nie musiałam wsiadać, jedynym przykrym faktem był mocny uskok Topka w bok, przy czym moja noga została między bramką, tak więc można stwierdzić, iż bawiłam się w wesolutką gimnastyczkę. Nie, wcale nie było wesoło, ponieważ co chwilę kasztan coraz dalej się oddalał, a ja nie mogłam wydostać i tak lekkiego buta. Zaskoczyłam konia potokiem przekleństw, które naprawdę pomagają udogodnić sobie życie i w końcu wydostałam nogę. Udając, że nie czuję ciepłej stróżki krwi, ruszyłam dalej w niskie krzaczki czegoś podobnego do... Przepraszam, ale nie znam żadnych rodzajów tych małych drzewek. Dla mnie krzaki zwyczajnie bywały krzakami i nigdy nie nauczyłam, albo nie chciałam się nauczyć, ich rozpoznawać. Ale mniejsza z krzaczkami, to co się działo wewnątrz nich było dopiero istną tragedią. Panował wśród nich tak niesamowity zaduch, że modliłam się, by World czasem nie zemdlał, a tym bardziej ja. Brakowało mi tylko właśnie rozkojarzonego konia z nieprzytomnym jeźdźcem. Na nasze szczęście za niewysokim piekłem otwierała się ogromna przestrzeń. Przeobrażała się zaraz w dziwaczne pobocze toru, więc kątem oka widziałam przebiegające półgalopem konie. Nie była to wymarzona prędkość, lecz skupienie na twarzach dżokei zdradzało, że siłują się z końmi, by te nie wyrwały do przodu. Zwyczajnie oszczędzali ich energię na energiczny wyścig, jednocześnie dbając o kondycję podopiecznych. Dało się słyszeć pomruki niezadowolenia, ponieważ byłam pewna, że rozpraszam biegnące konie, a i mój co chwilę rwał się do przodu, podnosząc wysoko głowę. Kiedy minęła nas druga para, kochany wymyślił sobie, iż zamiast cały czas napierać na przód, będzie podnosił głowę do góry, jednocześnie na mnie plując. Żebyście wiedzieli ile śliny wylądowało nie tylko na moich spodniach, bluzce czy rękach, lecz również na twarzy. Ten promienny uśmiech, który był szczególnie widoczny, krył niemałą irytację. Pociągnęłam mocno za wodze, co widocznie nie spodobało się Topkowi, ponieważ zaczął wyrywać mi je z rąk. Teoretycznie był silniejszy, praktycznie to ja sprawiałam mu niemały ból zębów. W końcu puściłam gumowe wodze, a ten poleciał pyskiem niemal w trawę, potykając się. W tej zabawnej irytacji, zaczęłam mówić do konia, że tak czy inaczej nie wygra, chociaż tak czy inaczej mógł mnie zrzucić. Liczyłam na to, że się nie domyśli. A jednak domyślił się i kiedy już wychodziliśmy z tunelu rzucił się mocno napierając na wodze, a następnie cofnął do tyłu. Złapałam się czarnego, skórzanego paska na jego lśniącej się szyi, po czym mocno popchnęłam do przodu nogami. Ruszył niespokojnym, długim galopem, a ja zbierając go siłowałam się z mocnym pyskiem i próbowałam nie spaść. Powiedzmy, że tego się spodziewałam. Niemiłym zaskoczeniem był tylko tłumek dżokejów gapiów, którzy zwyczajnie pouczali mnie wzrokiem. Ściągnij wodze, rusz do przodu, zatrzymaj go, przecież koń nie może tak robić. A co oni wiedzieli o moim kasztanie? Nic a nic. 
Westchnęłam uspokajając w końcu i siebie i konia, po czym czule go pogłaskałam po szlachetnej szyi. Cicho zarżał, dalej podekscytowanie dysząc. Na szczęście nie ślizgał się już tak bardzo jak po kostce, nadal przebierając energicznie nogami w miejscu. Dopiero teraz mogłam przyjrzeć się dokładniej zgromadzonym. Wokół nas było około dwudziestu koni, które cały czas wylewały się i znikały w głównym wejściu, przy czym można było zauważyć małe grupki, które dzieliły się na dżokei poszczególnych stajni. W niektórych była to spora gromadka, ponieważ znajdowało się tam około sześciu osób, a reszta dzieliła się raczej po dwie czy trzy osoby. Wszyscy bez oficjalnego jedwabiu, wyglądali co najmniej na zmęczonych, lecz w połowie zadowolonych ze swojego życia. Mogłam stanowczo stwierdzić, że pełne szczęście przy tak małym zarobku było niemal nieosiągalne. Zwykle dostawali za codzienny trening najniższą krajową, która ledwo starczała na rachunki i ewentualnie zarabiali na gonitwach. Stój, przede wszystkim na nich zarabiali. Był to ich jedyny lepszy dochód, który pozwalał chociażby na pożywianie się. Wiadomo, każdy chciał wygrać, jednakże zwycięzca był tylko jeden i często brakowało jednej długości czy łba do wygranej. Podsumowując, nikt zdrowy psychicznie nie przystałby na zostanie dżokejem. Rozejrzałam się jeszcze raz po zgromadzonych, po czym ruszyłam do rozmawiającej dwójki. Na pierwszy rzut oka wydawali się być przynajmniej przyjemni i niezbyt wyniośli. Okropny zwyczaj robienia z siebie zawodowca, nigdy nie był godny pochwał, a wrecz za tą oschłość można by karcić. Dość wysoka dziewczyna o miłym wyrazie twarzy, piwnych, niezbyt szerokich oczach, podłużnych ustach i cienkich, brązowych warkoczykach przedstawiła się jako Katja, natomiast chłopak dorównujący jej wzrostem o czekoladowym zaroście, potulnych ciemnoszarych oczach i szybko wymachujących rękach jako Dane. To właśnie on niesamowicie straszył mi konia, przez co delikatnie próbowałam go upominać, jednak wesoły sposób bycia całkiem zaprzeczał jego obietnicom. Ta dwójka ze stajni jednego z mniejszych trenerów skromnie się śmiała, wstrzymując sukcesywnie konie. Były wyjątkowo spokojne, przez co przewidywałam, że bardziej nadawały się do biegów z przeszkodami niż do tych płaskich. Szczególnie wyjątkowo chudy, skarogniady ogier, o długich nogach i masywnym, mądrym łbie wywarł na mnie ogromne wrażenie. Kasztan bliżej mnie był równie dobrze zbudowany, jednakże podreptywanie w miejscu zdradzało jego młodość. Ten pierwszy był po prostu widocznie bardziej doświadczony, a dobrze rozbudowane mięśnie ładnie rysowały się na jego kościstej budowie. Topek ciekawie nadstawiał uszu, poddając się licznym rżeniom, próbując kręcić małe kółka. Wszystkie trzy były równie gotowe do tego treningowego wyścigu.
Nasza barwna rozmowa przeważnie cały czas utrzymywała się przy wyścigach, jednakże co chwilę delikatnie schodziła na bardziej osobiste sprawy, więc samo wynikło, że mimo ciężkiej pracy trener nie chce puszczać swoich koni, które jak dobrze stwierdziłam były jednak płotkowcami na dłuższe dystanse. Były one jednak wstrzymywane w startach, bardziej z powodów finansowych. Obiecałam sobie, że zajrzę prędzej czy później i dowiem się czy nie byłoby możliwości wydzierżawienia marnujących się gwiazdek. Najlepiej łącznie z dżokejami.
Stanęliśmy w trojkę przy bramkach startowych, zatrzymując się w nich. Teoretycznie służyły do przyzwyczajenia konia przy przejeździe przez nie, a mimo to stwierdziliśmy, że można ruszyć te kilka metrów wcześniej, trzymając się autentyczności wyścigu. Z góry pojawił się problem, jako iż nie tylko mój kasztan nie chciał wejść do bramki. Niestety nie wolno mi było używać palcata, tak więc za pomocą nóg zmusiłam niezbyt delikatnie Topka do wejścia w stalową klatkę. Dyszał przy tym niespokojnie, cały czas podrywając się do góry. Jako, iż z przodu nic nie było zamknięte, musiałam przyciskać konia, by usiadł mocno na zadzie, opierając się o własne nogi, lecz niezbyt mocno, żeby przypadkiem nie poleciał do tyłu. I tak nieco opóźniliśmy start, więc próbowałam odprężyć ciało, kiedy Katja zaczęła odliczać. Kiedy przyszła pora na chwilowe cofnięcie się i ruszenie do przodu, Topek zrobił o jeden krok do tyłu za dużo, przez co wylądowaliśmy dwie długości za resztą. Przez pierwsze dwieście metrów wyrywał mi ręce, ponieważ poczuł ogromną chęć walki z wyprzedzającymi nas końmi. Mimo wszystko miałam ogromną nadzieję na wydłużenie galopu tuż na zakręcie nadrobienie straconego czasu. Para szła nadal tym samym tempem, kiedy ja siłowałam się z moim ogierkiem, by jednakże utrzymywać cały czas półgalop. Zazwyczaj przy proszeniu, a raczej naleganiu o wydłużenie kroku Topek szedł dużo spokojniej, nie wierzgał i przede wszystkim nie szedł zygzakiem, który mógł go zwyczajnie bardzo szybko męczyć. O dziwo był tak skupiony na pomocach, że tym razem nie próbował mnie zrzucić lub ewentualnie zwyczajnie zmienił swoje zwyczaje. Można by się uśmiać szczerze w to wierząc, ponieważ World był chyba najtrudniej uczącym się koniem jakiego trenowałam. Zwyczajnie nie dochodziły do niego żadne polecenia i tak robił dokładnie to co chciał, a jego opanowanie było daną mi łaską z jego strony. Przez pierwsze czterysta metrów musiałam go jednakże delikatnie wstrzymywać, by nadrobić w końcu obiecane dwie długości. Mój kasztan szedł umiarkowanie i dopiero przy wyrównaniu nie próbował jakkolwiek przyspieszyć. Można było uznać, że był w pełni sił i jego tempo było zbyt idealne, kiedy płotkowce ruszały się dość nierówno. Nie próbował nadganiać tej jednej długości, ponieważ zaraz reszta znajdowała się przy nas z poczuciem bezsilności. Tor był dość długi i szczerze mówiąc czas wlókł mi się niemiłosiernie. Może to przyzwyczajenie do ekscytujących i dobiegających od normy treningów, na których konie zwyczajnie odwalały coś dziwnego lub zwyczajne znużenie codziennością? Podświadomie chciałam stawiać na to pierwsze, więc wzięłam się za pysk Topka, na który nadal niepotrzebnie napierał. Naprawdę kochałam uprzykrzać ludziom jak i zwierzętom życie, tak więc przy pierwsze próbie wypuszczenia wędzidła World dostał mocno po zębach. Widocznie to mu się nie spodobało, ponieważ zarzucił kasztanowym łbem z wielką siłą. Nadal ciężko oddychał. Gdybym w porę nie odstawiła głowy, dostałabym z impetem w jakże niewyjściową twarz. Dzięki Bogu, uratowałam ją. Szczerze mówiąc, nawet bym nie żałowała jej zniekształcenia, ale podobnież każda kobieta oczekuje w takich momentach komplementów. W połowie dystansu przepiękny ogier zaczął pode mną dosłownie gasnąć, co próbowałam nadrobić podnosząc wysoko lewą rękę. Czemu akurat lewą? Nie chciałam ryzykować wypadnięcia za barierkę, kiedy w tą drugą stronę miałam dobre piętnaście metrów. W tamtym momencie marzyłam o krótkim, czarnym jak moja widoczność w nocy palcacie, jednakże musiałam radzić sobie sama. To takie dziwne, że właśnie w takich sytuacjach odczuwasz brak bliskich ci przedmiotów. Wręcz przepadasz za nimi! Praktycznie na nic się to nie zdawało, więc próbowałam pogonić konia mocno przyciskając łydki. Po kolejnych dwustu metrach nie tylko koń szedł bez życia, ale również ja wykorzystałam zakres sił w swoim. Beznadziejne uczucie, gdyby taka sytuacja nastąpiłaby na zawodach, mogłabym spokojnie liczyć się ze wstrzymaniem licencji za opóźnianie konia. Nie miałam cholernego pojęcia co mu jest, więc w niezauważalnym momencie moja cera przybrała bialutki kolor, trochę jakbym wysmarowała się kredą. Miałam wrażenie, iż za niewymowną chwilę przejdziemy do kłusa, dlatego też usiadłam przysiadłam niżej, oddałam Topkowi całkowitą swobodę w pysku i lekko potrząsnęłam wodzami. Nie, wcale nie bawiłam się w western, stwierdziłam, że zastosować niedopuszczalny krok. Kasztanowaty potrząsnął łbem i mocniej wypuścił gorące powietrze, po czym zaczął przeć z całej siły na przód. Momentalnie wydobyła się z niego czysta, biała substancja i wyciągnął szyję jak do celownika. Szkoda, że mieliśmy do niego jeszcze co najmniej osiemset metrów. Liczyłam na to, że straci ten zapał po przynajmniej połowie pokonanej trasy, lecz nawet nie zdążyłam zauważyć kiedy minęliśmy pozostałą dwójkę i popłynęliśmy na metę. Dopiero przy takiej prędkości można było poczuć jak królewskim koniem jest World. Nie dość, że szedł w idea lanie prostej linii, to skupił się na tyle, by odpowiednio wejść w ostatni zakręt. Zimny wiatr owiewał jego jasną grzywę, w najbardziej pożądanym momencie tego nierealnego wyścigu, a ja zwyczajnie cieszyłam się jak dziecko. Musiałam wyglądać głupio z niemądrym uśmiechem na purpurowej twarzy.
          Nawet po przebiegnięciu mety, nie mogłam wyhamować konia, więc szczerze mu współczując, zaczęłam szarpać za granatowe wodze. Nie było to najbardziej upragnione zajęcie, jakie chciałam teraz robić, lecz przez kolejne pół kilometra nie widziałam szans na zatrzymanie się. Dopiero mocne kopnięcie w boki Topka, przyprowadziło go do równowagi, chociaż buntując się, wysoko podskoczył. Mogę zauważyć, że przez chwilę widziałam cały jego ciemnozielony cień, odbijający się na tle pełnej, poddanej eskapadzie trawy, co było dość kreatywnym posunięciem. Ziemia w tamtym momencie było zdecydowanie zbyt daleko. Ku swojej niechęci zawróciłam moją piękność w stronę niedawno poznanej dwójki. Bacznie przyglądali się moim poczynaniom, kiedy próbowałam wręcz jak najdalej odstawić łydki od wrażliwego punktu na ciele konia. Mogłam zanotować, by więcej nie zawracać, ponieważ w szybkim tempie obejrzałam z bliska wcale nie tak równo przystrzyżoną trawę. Nie był to jakiś straszliwie niebezpieczny upadek, gdyby nie to, że ogier przypadkiem zahaczył wszystkimi kopytami o moje i tak dość obolałe żebra. W tamtym momencie naprawdę chciałam wierzyć w powiedzenie 'co cię nie zabije to cię wzmocni' mimo iż nie czułam bólu. Tak właśnie zaczynają się najbardziej dokuczliwe obicia. Och, dam radę nie śpiąc przez te cztery dni, przecież nie takie rzeczy się robiło! Przynajmniej odkrywałam, że na głównym torze można znaleźć naniesione kamienie i wcale nie jest tak bezpiecznie. Okazało się to dobrą wymówką na przyszłość, żeby nie wracać w dni treningów do przepełnionego ośrodka.
Nad swoją głową zauważyłam przeszczęśliwego, irytującego Topka i mniej radosne uśmiechy nowo poznanych dżokei. Rozpoczęły się nieustające pytania czy wszystko dobrze, chociaż były one bardziej kwestią reguły niż zapobiegawczości ze strony znajomych. Znałam je na pamięć i w tym momencie niezbyt chętnie mogłabym je wyrecytować jak szkolny wierszyk, chociaż wierszyki sprawiły mi niemały kłopot. W stajni znalazłam się szybko, jednak pozwoliłam podenerwować sobie moje niespokojne towarzystwo, ponownie wracając za bramką toru.
Krzyżyk na drogę moi mili! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz