konie: Moon Child
dżokeje: (trener) Kyle Jenkins
- Eff, bierzemy teraz pozostałą dwójkę? - zapytałem, odciągając rękę od jej swetra, który swoją drogą, aktualnie składał się z siana.
Nieprzyjemne w dotyku kłosy, poprzyczepiały się do jego wełnianej powierzchni. Odruchowo zacząłem wyciągać poszczególne kawałki żółtych zbóż.
-Kyle! Przestań! - ofuknęła mnie, zaciskając usta - Za to dzisiaj już nie jedziesz. Willciam, weźmiesz Topka na tor, a ty chłopcze - zastanowiła się chwilę - przelonżujesz Dzieciaka - wyszczerzyła swoje białe zęby w moim kierunku.
Jedyne co chciałem jej odpowiedzieć, to to, że jej nienawidzę, jednakże wydało mi się to zbyt dziecinne, a raczej nieodpowiednie, gdyż wcale jej nie nienawidziłem. Lubiłem ją. Była słodka i krucha. Już nie raz razem z Willem baliśmy się o Effy, gdy brała się za Pompeiia czy jeszcze gorsze konie i kłóciliśmy, kiedy wracała połamana z błotem i uśmiechem czy łzami na twarzy.
'Kyle, Kyle, Kyle, zapomnij o tym. Nie roztrząsaj tego teraz, czas wziąć się za Moona.' niemal słyszałem głos bruneta w mojej głowie. Cholera, miał rację.
Wstałem, otrzepałem się z siana i ruszyłem z zapewne zabawnym wyrazem twarzy do stajni. Dwa boksy wolne i osiem wyścielonych. Pensjonat całkiem sprawnie działał, a i nasze pupile miały się świetnie.
Podszedłem do kolejnego boksu, w którego kącie świeciły tylko oczy. Odsunąłem się, przyglądając zjawie czającej się niczym pantera na ofiarę. Jeśli dzisiaj to ja miałem być ofiarą... Nabrałem głośno powietrza, po czym sprawnym ruchem otworzyłem boks. Ponownie cofnąłem się o krok do tyłu, by przyjrzeć się zachłannemu Moonowi.
Wyglądał zjawiskowo i niebezpiecznie, nawet jak na swój wiek. Każda część czekoladowej sierści pokryta była niewielką warstwą kurzu, która rano unosiła się w górze, a teraz opadła na konie, przez co wydawała się szorstka i brudna. Założyłem na niego niebieski kantar, który leżał najbliżej, po czym zwinnie zapiałem beżową, plecioną linkę. Nie miałem zamiaru ryzykować, przywiązując go do kółka nad żłobem, dlatego też położyłem koniec linki na jego szyi, tak by dokładnie ją obejmował, by Moon czuł moją obecność i zaakceptował ją.
Czego mogłem się spodziewać? Oczywiście zostałem zmuszony do cofnięcia się tuż pod kratę boksu, uchylając ją, byle oddalić się od wierzgającego konia. Dzieciak energicznie podnosił głowę, wspinając się na tylnych kończynach, a białka jego oczu biły jasnością na tle nieoświetlonego boksu. Pociągnąłem mocno za linkę, co przy tak młodym koniu było po prostu głupim posunięciem, chociaż tylko to mogło go ściągnąć na ziemię. Wystraszony nagłym ruchem, odwrócił się tyłem do mnie.
- Cholera! - zdążyłem tylko wymruczeć i upaść z hukiem na beton, ponieważ bramka otworzyła się pod moim ciężarem.
Kopnąłem w drewno tak, że aktualnie tylko wytrwały materiał dzielił mnie od nadpobudliwego dwulatka. Trzy głębsze oddechy, po czym mogłem zacząć się podnosić. Ciepły ból rozlewał się w lewej ręce od nadgarstka do łokcia. Przechyliłem ciało lekko do przodu, żeby sprawdzić czy wszystko jest na pewno na swoim miejscu. Podwinąłem długi rękaw granatowej bluzki. Tylko fioletowy siniak. Na szczęście.
Oczywistością było, że akurat w tamtym momencie do stajni musiał wparować rozczochrany Will.
Gdyby był chory na pewno przejąłby się tym, że siedzę na ziemi, obmacując swoja rękę, jednakże nie był. Nie mógł być. Ten jego cholernie dobry układ odpornościowy. Wkrótce dobiegł mnie jego charakterystyczny i wyjątkowo szczęśliwy śmiech.
Zazwyczaj zarażał nim, jednak akurat nie było mi wesoło, a wręcz przeciwnie. Z bólem mieszała się wściekłość. Najlepszym wyjściem było zamienienie jej na przyzwoity sarkazm.
- I jak Twoje stosunki z Effy? - szatyn zignorował moje pytanie i nadal niemal tarzał się ze śmiechu - Idiota - dodałem, podciągając się do góry zdrową ręką.
- Wiesz co jest piękne? - wydusił w przerwie między 'hah' i 'haha'.
Nie miałem ochoty usłyszeć odpowiedzi, więc skierowałem się do siodlarni, po sprzęt Topka.
Niestety nieposkromiony Will, musiał za mną wykrzyczeć:
- To, że mam gdzieś co o tym myślisz, a jednocześnie i tak cię uwielbiam - kolejna fala śmiechu - szczególnie tą twoją pogodę ducha!
'Nienawidzę go, nienawidzę go, nienawidzę go' już sam nie wiem czy mówiłem o Willu czy Moon Childzie. Tak czy inaczej oboje byli nie do zniesienia i obaj doprowadzali mnie do szału. Położyłem zawzięcie rękę na siodle, które miał zabrać brunet, po czym zrezygnowany wziąłem to należące do Pompeiia. Czyż nie zawiść jest najgorsza w tym wszystkim? Cały rząd rzuciłem w boksie konia, przy czym drzwi do niego otworzyłem z ogromnym hukiem i siłą.
- Oho, Kyle się na ciebie wkurzył, Dzieciaku. Nie masz szans na przeżycie - skomentował chłopak tuż obok mnie, opierając się jednocześnie o kratę.
Postanowiłem nawet tego nie komentować, a wziąć się za ubieranie czekoladowego konia. Jedynym problemem przy zakładaniu siodła był zwyczajowo popręg, a przy ogłowiu wędzidło. Coś wstrętnego i nowego dla młodych koni. Niby nasze dwulatki były przyzwyczajane do oporządzania już od dwóch miesięcy, jednakże jak widać nie dało to odpowiedniego skutku. Każde podciągnięcie paska na dole skutkowało wierzganiem i stukotem zębów tuż przy moim uchu. William uważnie obserwował każdy mój ruch, zaciskając widocznie zęby. Objął mocno jeden z grubych prętów ręką. Kochany, William. Tak, tak, tak. Każdy głupi ruch konia, napawał nas niepewnością i jednocześnie obawą. Wodze zabezpieczyłem dopiero po dwudziestu minutach od tamtego momentu, wyraźnie zmęczony i... spocony.
- Przytrzymaj go - skierowałem słowa do chłopaka, który dopiero teraz zaczął łapać gwałtownie powietrze.
Złapał zręcznie gumę, zacisnął mocno na niej rękę, po czym wypuścił mnie z boksu.
Wypadłem zziajany na chłodne, świeże powietrze, szukając jednocześnie wzrokiem czerwonej lonży. Zacząłem przerzucać w pośpiechu sprzęt leżący na ziemi, nadal próbując pochłonąć jak największą ilość gazu. Czerwona lonża wisiała na drzwiach, a ja po sobie pozostawiłem pobojowisko. Zdarza się. Biegiem wróciłem do niecierpliwiącego się Williama, którego zaczął atakować Moon.
- Jestem - zawołałem za nim, po czym wspólnymi siłami podpięliśmy lonżę zamiast linki.
Will otworzył szeroko drzwi od boksu, po czym koń naparł mocno do przodu, zostawiając mnie za sobą. Zatrzymałem się przeciągnięty dwa metry dalej, następnie szarpiąc do dołu.
- Good luck, Kyle - rzucił, nerwowo cofający się brunet.
'Cholera' pomyślałem.
Mocno chwyciłem jedną ręką za linę, podczas gdy drugą położyłem na szyję konia, próbując go nieco uspokoić. Nerwowy, nadal ciężko oddychał i niemal świszczał, kiedy wyszliśmy na zewnątrz. Wypadł, zatrzymał się i naparł mocno do przodu. Pozbiera się dopiero gdzieś w piachu tuż pod karuzelą. Niemal usiadłem, wykręcając sobie przy tym nadgarstki, gdyż Moon podbierał co chwilę wodze zaczepione o siodło, jednocześnie zwracając łeb w przeciwną stronę.
- Tylko spróbujesz to zrobić! - w jednej chwili wrzasnąłem na konia, a w drugiej już byłem na padoku.
Podróżowanie ślizgając się na butach, stanie się chyba moją ulubiona rozrywką.
W końcu zauważyłem coś co mi pomoże. Długi, czarny bat leżący na betonowej górce, gdzie teoretycznie powinno się stać, lonżując konia. Teoretyka w wyścigach jest raczej tylko formalnością. Mocno uderzyłem znalezionym przedmiotem tuż za zadem konia i znowu znalazłem się na trawie, tym razem jednak kierując Moonem. Aktualnie dziękowałem sobie w duchu za wcześniejsze przekłusowanie Dzieciaka w maszynie, ponieważ zdaje mi się, że byłoby o wiele gorzej, a i tak mogłem głośno narzekać.
Nigdy nie bawiłem się w natural i w sumie wcale nie miałem ochoty, jednakże w takich okolicznościach mógłby się przydać. Oddałem ogierowi metr lonży, żeby mógł spokojnie rozluźnić mięśnie, które niemal wibrowały. Cały czas koń coś kombinował. Zamiast spokojnie kentrować, nie mógł utrzymać tempa i zdecydowanie nie wyglądał na wyścigowca. Bujał na boki, rozpraszając nie tylko siebie, ale i mnie. Nie mam cholernego pojęcia gdzie Eff go znalazła, ponieważ jednak nie był najlepszym wyborem. Przynajmniej na razie. Mimo to drzemał w nim temperament. Nawet te niespokojne ruchy miały w sobie ogromną ilość dynamiki, która pochłaniała. Poza tym wstyd nie przyznać, że Moon Child był po prostu przepiękny. Idealna budowa, co chwilę odznaczała wyraźnie zarysowane mięśnie.
Zagwizdałem cicho na znak, że ogier powinien się zatrzymać, lecz obgryzanie strzemion było o wiele ciekawszym zajęciem. Szarpnąłem lonżą, po czym koń się mocno odsadził do tyłu, ścigając mnie z betonowego bloku i jednocześnie stając dęba. Niemal odruchowo przykucnąłem, wieszając się na linie i blokując masywne zwierze. Ten pokaz siły miał mnie przestraszyć, a odniósł zupełnie skutek. Takie popisywanie się tylko mnie drażniło, więc spokojnie, znowu mocno szarpnąłem w dół, jednakże tym razem pionowo do ziemi. Przez chwilę wydawało mi się, że w brązowych oczach widziałem grymas bólu, po czym koń po prostu się zatrzymał, patrząc ciekawsko. W słońcu jego czekoladowa sierść zwyczajnie błyszczała, podkreślając jeszcze bardziej jego urodę. Wciągnąłem ciepłe powietrze do płuc, jednocześnie podchodząc powoli, by zmienić kierunek galopu. Moon Child z każdym moim krokiem zaczął się cofać. Spuściłem głowę, patrząc na jego nogi, ponieważ tylko tak można było podejść do konia na tyle blisko, by szedł tuż przy tobie.
Jednym ruchem złapałem za lonżę tuż przy pysku Dzieciaka, żeby przejść z nim parę dużych kółek dla przyzwyczajenia zmiany kierunku. Moon był niesamowicie spięty jak na konia z tak dużą ilością energii. Powinien ją lepiej wykorzystywać, gdy tymczasem skupiał się tylko na zaciskaniu mięśni. Niezbyt dobrze. Wypadało to poprawić. Znowu znalazłem się na betonowym bloku, teraz już nie skupiając się na tym, by koń po porostu szedł przed siebie, ale żeby widocznie się rozluźnił. Pierwsze dotknięcie batem i niemal ruszył jak z bramki startowej, szybko mnie okrążając. Zwyczajowo zacząłem cichutko gwizdać, by mógł skoncentrować swoją uwagę na tym, co robię i jednocześnie nieco uspokoić się. Oddałem mu wodzę na kilka kółek, po czym zacząłem mu ją zabierać, żeby przeszedł do kłusa. Ciche mruczenie i kilka długich minut, by w końcu się udało. Dwa okrążenia w kłusie i ku zdziwieniu ogiera znowu do galopu. Tym razem zaskoczony ruszył nieco lepiej, nie wyciągając mi wodzy z rąk. Ponowne przejście i ponowne zdziwienie, ponieważ do tej pory nauczony był niemal tylko galopu. Wyciągnął się w kłusie, zaczynając rozluźniać się od zadu. Pierś nadal wydawała się niemal twardym kamieniem o czekoladowym wyglądzie. Tym razem spodziewając się, koń ładnie zakentrował. Jeszcze jedna taka próba i mogłem spokojnie go puścić po dużym kole, ponieważ zostawił w spokoju wędzidło i wodzę, przestając się na nich wieszać, a skupiając się na własnym kroku. Zależało mi na tym, żeby po wyjściu z bramek startowych nie rzucał się do przodu, ponieważ prowadzenie wyścigu nie było jego najlepszą stroną, a chyba wszyscy wiemy, że będąc od razu z przodu, żadnej gonitwy się nie wygra. Elastyczny krok dopiero teraz pokazał jak ogromną zmianę od początku lonżowania przeszedł koń. Nie tylko się zmęczył, ale i w końcu coś osiągnął. Jego energia przerodziła się w bardzo dobrą pracę, która swoją drogą była do niego niepodobna. Nie chciałem by stracił zapał, ponieważ Eff zwyczajnie by mnie zabiła, więc na koniec z kentra przeszliśmy do galopu, gdzie problemy z początku znowu się pojawiły. Moon Child skupił się przede wszystkim na prędkości, co akurat w tym przypadku było bardzo dobrym elementem. Celem było przywrócenie dynamiki, która jednak wygasła. Moon momentalnie odzyskał swoją żywiołowość i to cholerne zawzięcie. Mimo to byłem zadowolony, patrząc na mięśnie, które już nie drżały, a ich praca została wykorzystana w odpowiedni wyścigowcowi sposób. Nie tracił energii na skupianiu się na samym chodzie, lecz właśnie na wcześniej wspomnianej prędkości, która była przecież wymagana w tym małym świecie.
Problem z zatrzymaniem był raczej sprawą oczywistą, więc kolejne dziesięć minut spędziłem na gwizdaniu i podbieraniu lonży, którą koń co chwilę mi zabierał. W którymś momencie udało się i mocno spieniony Moon szybko ruszył do wyjścia. Kolejne szarpnięcia lonżę. Gdyby nie to, pewnie nie udało by się nam dojść do karuzeli, która była przecież tylko trzydzieści metrów dalej. Wydaje mi się, że dzieciak szedł po porostu zadowolony. Przejąłem tą energię od niego i zatrzymałem się tuż przed stajnią, by zdjąć mokry sprzęt. Ze ścierki niemal skapywał pot konia, jednakże cała energia, która wcześniej uważana była za złą, teraz przerodziła się w satysfakcję. Zebrałem ciecz z idealnego ciała, po czym nałożyłem na ogiera bordową derkę. Może i było ciepło, a on pochodził z surowej i zimnej, północnej Szwecji, jednakże problemy z kręgosłupem były powszechnie znane i niedopuszczalne. Poruszanie się tuż przy jego boku sprawiało wrażenie, jakbyś siedział przy kominku. Jego ciało ciało oddawało niesamowicie dużo ciepła po tak intensywnym treningu, a ręce kleiły się od wyjątkowo cuchnącego potu.
Podpiąłem konia do karuzeli, po czym włączyłem, by Moon Chid mógł się rozstępować. Dopiero teraz spod stajni mogłem obserwować mocne, ale piękne ruchy ogiera. Każde przeniesienie ciężaru raz na zad, raz znowu na przód, ponieważ koń miał to do siebie, że potrafił się lekko odsadzać. I tak nie miałem nic więcej do zrobienia, więc zacząłem oceniać szanse Dzieciaka w najbliższym treningu. Doszedłem do wniosku, że jest chyba najlepszym koniem, jakiego widziałem na torach wyścigowych w Anglii.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz