Wszyscy stali przy ogromnej choince pośród stajni. Nie wiem, ile z nich miało otwarte usta, a ile rozkosznie zamykało oczy. Tylko zaciekawione siwki wyglądały z boksów. Dosłownie wszystkie. Reszta wylegiwała się grzecznie, nawet nie podnosząc głów.
- A jaka nagroda jest za znalezienie pierwszej gwiazdki? - Kyle znalazł się zaraz przy mnie, opierając wcześniej Troje 'a o również połamanego Phillipa.
Connor biegał wzdłuż boksów roczniaków, zachwycając się młodymi. Dał buzi Diamond Bones w pysk całkiem zadowolony.
- Myślę, że osobiście mogę zaoferować ci kopa w dupkę, tak Świątecznie - wtrącił się Willciam, gdy tylko otworzyłam usta.
- Z mojej strony wygrany dostałby butelkę wina z Włoch, ale skoro Will juz podjął decyzję - poprawiłam go.
Jenkins zirytowany spojrzał na blondyna, stojącego przed nim. Cały rozbiegany był w tej swojej radości, którą zaraził już chyba wszystkich.
- El, zbierz ich, żeby osiodłali te wasze piękności, a ja zajmę się biednymi i połamanymi, a właściwie to dwa w jednym - Phill wyraźnie zaczął marznąć.
Zaraz potem usłyszałam głośny krzyk Elvii tuż za sobą.
- Ejjj, hej ho czy coś w tym stylu! - zaczęła. - Siodłać mi już te bajkowe rumaki - chwilę popatrzyła na zdziwione miny ludzi - konie mam na myśli, konie - zadowolona z siebie poszła prosto do siodlarni, mówiąc pod nosem coś o półderkach.
Phillip wyglądał jakby miał się za chwilę rozpłakać. Zaczęłam przepraszać go za to, że się połamał, chociaż wcale nie była to moja wina. W każdym razie teraz przytulałam mocno chłopaka, który był troszeczkę ode mnie wyższy, a Troye jęczał, że jego nikt nie przytula. Lloyd dotknął jednym palcem żebro chłopaka, na co on zaraz przeraźliwie pisnął. Właśnie na tym skończyło się jego przytulanie podczas pobytu u nas.
Wytłumaczyłam jeszcze krótko bardziej Phillowi, że za jakąś godzinę lub więcej mają dotrzeć na tor, a dokładniej jego środek, po czym pożegnałam się kolejnym duszącym uściskiem i uśmiechem współczucia, który posłałam Troye'owi, następnie sama zabrałam się za Herbatkę. Mimo, że Czarna, którą właśnie czyścił Kyle, również nie była całkiem nasza, to Nobody's został tym razem w boksie. Może dlatego, iż był ulubionym koniem Philipa, a może dlatego że Jenkins uwielbiał Czarną w całej jej okazałości i tysiąc pięćset razy prosił mnie, abym ją od Elvii odkupiła. Czasami błagania przechodziły w formę prawieże płaczu, przy czym obiecywał, że może płacić nawet za pensjonat.
Nawet, gdy jest okropnie ciemno, białe sylwetki odbijają się swoim blaskiem pośród nocy jak chmury na niebie. Tak właśnie wyglądały wszystkie siwki, stojące przede mną. Let's Kill Tonight, Resurrected Sun, Cephee i ostatni, zapadający się w cień nocy Crooked Young z Connorem. Cała czwórka wyglądała jak piękniejsza wersja apokalipsy. Chwila Eff, ogarnij się.
Moi chłopcy mniej spokojnie krążyli wokół karuzeli, by wyścigowce nieco się oswoiły, gdzie William bawił się ze zmęczonym życiem, a dokładniej dzisiejszym treningiem, Moon Childem. Jeszcze raz przypomniałam się Phillowi, po czym poprosiłam Willa, by pojechał pierwszy. Myślę, że ogiery ze sportu w tej kwestii są dużo lepsze, kiedy po prostu wyścigowce zaczynają rozrabiać.
Herbatki jako siostry szły łeb w łeb zaraz za Dan i Connorem, a Elvia cofnęła się do nas, by opowiadać mi niezliczone historie tej pięknej nocy. Stępowaliśmy dokładnie tą drogą, którą rano tak zapamiętale zdobiliśmy. Świeciła się nie tylko ponad naszymi głowami, ale również na dole u kopyt koni, które ciekawsko szły do przodu. Dumny Dzieciak prowadził całą resztę, zbierając się pod Willem, który puszył się postawą nie mniej niż koń. Zaczęły padać wielkie, białe płatki śniegu, zasłaniając nam co prawda niebo, lecz powodując radosne okrzyki zaskoczenia. Cała załoga Homestead była wniebowzięta, ponieważ temperatura schodziła do czterech stopni poniżej zera, co dla nich było niewyobrażalnie wysoką temperaturą w zimę. Chcieli zdejmować kurtki, ale zaraz wraz z zamiecią śnieżną przybył zimny nadmorski wiatr. Kurtki więc zostały na ich właścicielach. Kyle śmiał się otwarcie z Elvii, która próbowała wytłumaczyć mu na spokojne wpływ narurala na konie, w co chłopak absolutnie nie wierzył.
- Myślę, że jesteśmy w jakiś sposób odpowiedzialni za naszą wewnętrzną kreacje jako duszy - wypalił gdzieś w międzyczasie, po czym spojrzałam zaskoczona na El.
Zamilkła na chwilę, znowu zmieniając temat tysięczny raz. Jenkins cały czas wcinał jej się w zdanie czy też podważał wypowiedzi, przez co prowadzili dość wyczerpującą, aczkolwiek ciekawą rozmowę. Zupełnie inaczej było z przodu. Dan oraz Connor przepychali się na koniach i to na tyle mocno, że co chwilę, któreś lądowało na płocie, po czym zgrabnie się podnosiło, następnie znowu podejmując wyzwanie, czyli zaczynając wszystko od nowa. Dziewczyna na Cephee wcale nie miała mniejszych szans. Była o wiele bardziej zwinna od Connora, dzięki czemu to właśnie on stał się w końcu bardziej mokry od wszechogarniającego śniegu. Podjechałam do nich szybciutko, a Czarna pod Kylem od razu zaczęła się rzucać.
- Chyba ktoś bardziej od nas cię potrzebuje - Connor uśmiechnął się słodko.
Miał rację. Późne trzylatki były niemalże nierozłączne. Wróciłam więc grzecznie na swoje miejsce, jednakże Connor podał parciane wodze zaskoczonej Danielle, po czym usiadł przodem do mnie, czyli tyłem do kierunku jazdy, głupio się szczerząc. Zaśmiałam się w końcu głośno z miny Dan, która próbowała zapobiec perfekcyjnej katastrofie. Zaraz Connor zaczął wspominać, że nie nadaje się ona do woltożerki, przy czym to dziewczyna zarzuciła chłopakowi brak odpowiednich umiejętności.
- Pfff - zafukał jak kot przez nos - jesteś wredna.
Obrócił się spowrotem, przedrzeźniając szatynkę. Ponownie wrocili
do bójki na koniach. Westchnęłam tylko cichutko, wspominając coś o idiotach, którymi niewątpliwie byli.
- El! - przekrzyczałam Kyle'a - jak ty sobie z nimi radzisz?
Blondynka popatrzyła na przyjaciół, chyba ogarniając tą odmienną całość.
- Widzisz, po prostu im płacę - Kyle zaraz zaśmiał się uroczo.
- Myślę, że gdybyś ty Eff nam płaciła tyle, co ona, nie miałabyś problemów z dwójką twoich królewiczów - wyszczerzył zęby jeszcze bardziej.
- Och, Lordzie Kyle'u Jenkinsie, gdzież twój miecz? - zapytałam, odwzajemniając się.
Chłopak zamyślił się, poruszył brwiami i wszystko krótko podsumował:
- Chyba wszyscy wiemy, gdzie jest mój miecz.
Nagle Elvia zaczęła niemal pokładać się ze śmiechu, a ja równie dramatycznie płakałam, naprawdę zalewając się łzami. Reszta słysząc tylko nasze dość głośne oznaki niebywałego zadowolenia, również podchwyciła tą czynność.
El zaczęła się krztusić, a jej śmiech zaczął przybierać charakterystyczny oddźwięk. Niemal dusząc się, szybko wypłakała:
- Boże, nie śmiejcie się ze mnie - a potem jak gdyby sama nie usłyszała swojej wypowiedzi, dalej wydawała się najbardziej rozbawionym człowiekiem na świecie.
W końcu wśród blasku lampek i białego puchu dojechaliśmy do toru treningowego. Wzdłuż wszystkich pięknie zdobionych lamp również wisiały światełka, a gdzieś na ich wysokości, czyli dobrych trzech metrów nad nami, znajdowały się piękne, srebrzyste gwiazdy. Było ich dokładnie dziewięć. Pośrodku toru w głębokim śniegu stali nasi chłopcy w jakiejś zabawnej dla nas zadumie.
- Generalnie, kto pierwszy ściągnie Troye'owi gwiazdkę z nieba, zapewne dostanie ekstra prezent od Mikołaja - nawet nie zdążyłam powiedzieć, ponieważ reszta już śmiało galopowała w stronę ozdób.
Śnieg zamieniał się powoli w prawdziwą burzę śnieżną, więc nie do końca widziałam jak marne mam szanse, jednakże Elvia krzyczała głośno, zdradzając swoje położenie.
Poklepałam Miętową po szyi, zebrałam wodze, po czym docisnęłam łydkę. Wszyscy brnęliśmy po nadgarstki w puchu, dlatego też galop nie był tak szybki jak zza treningów. Garść uczestników zabawy wybrała samą piaszczystą bierznię toru, która była o wiele mniej zasypana, przez co szło im o wiele lepiej.
Galopowałyśmy tak śmiało do najbliższego światełka po lewej stronie i głosu Elvii. Chwilę później maść konia przestała mieszać mi się z bielą otoczenia, chociaż było to niecałe pięć metrów od klaczki. Przebiegłyśmy więc prawie dotykając strzemienia Elvii po jej prawej stronie, dalej dążąc do celu. Usłyszałam tylko jak dziewczyna przeklnęła głośno, a następnie zaczęła cmokać. Pod latarnią oczywiście byłyśmy pierwsze. Skróciłam strzemiona jakieś dziesięć dziurek, po czym wyprostawałam się w nich, chwytając gwiazdę.
Dopiero teraz El doczłapała się do naszej dwójki.
- To jest cholernie nie fair, przecież wy macie wyścigowce - zaczęła.
Przerwałam jej wpół zdania:
- Nie gadaj, tylko bierz się za gwiazkę, bo będziesz ostatnia - wysunęłam język, ale spadły na niego tylko okropnie zimne śnieżynki, schowałam nos w szalik i zawróciłam Herbatkę.
Pognałyśmy przed siebie trochę na ślepo, ponieważ chłopcy znajdowali się gdzieś po środku z lichą lampeczką, którą widać było z jakiś dziesięciu metrów.
Nawet nie wiem, co wystraszyło kasztankę, ale chwilę potem znalazłam się w głębokim śniegu, gdy klacz galopowała już w odwrotnym kierunki. Podsumowując, byłam zdecydowanie w niezbyt kolorowej sytuacji, a właściwie to wokół było szaro.
Zaczęłam podnosić się ze śniegu i przeklinać ukochane wyścigowce, gdy znowu wyłoniła mi się postać. Dwa konie oraz jeden człowiek. Jak to było możliwe? Nie mam pojęcia, lecz Elvia uratowała mi wtedy dupkę, która chyba zaczynała mi odmarzać. Blondynka dosłownie rzuciła mi wodze w ręce.
- Czyżby to była symboliczna rękawica? - zapytałam, lekko obniżając głos.
Kiwnęła przytakująco głową, a następnie odgalopowała z pola mojego widzenia. Zarzuciłam kolorowe wodze spowrotem na kasztankę. Poklepałam ją delikatnie, po czym przy przeklinaniu i męce, wspięłam się sama jakoś na konia. Przez puch nie było nawet możliwości, porządnego odbicia się. Nie zdążyłam włożyć nóg w strzemiona, a już klaczka biegła płynnie, ile miała tylko sił. Gdzieś pod koniec minęła mi w tej zamieci śnieżnej sylwetka Elvii, ale w końcu to ja byłam pierwsza. Dziewczyna tłumaczyła, że niedaleko zgubiła się i jechała w ogóle w złym kierunku. Przytulałam ją tylko mocno, podjeżdżając bliziutko, a następnie wysuwając się z siodła. Złapała mocno moje ręce, po czym zaczęła ciągnąć. Nakrzyczałam na nią, próbując wyrwać się z uścisku. W końcu dała mi buziaka w policzek, a następnie puściła mnie. Wyprostawałam się zadowolona.
Niestety to Kyle wraz z niezwyciężoną Czarną Herbatką był pierwszy. Zabrał całe dwie gwiazdki, wręczając jedną Troye'owi. Phillip swoją dostał od szczęśliwego Dana wraz z przesłodkim buziakiem w policzek. Oczywiście oboje udawali, że nikt tego nie widział, kiedy wraz z El, aż zajęczałyśmy ze wzruszenia.
Zaraz Kyle podjechał zadowolony ze swojej wygrany. Mogłabym przysiąść, że był bardziej dumny od Moon Childa, który kręcił się teraz przy Dan wraz z Williamem na grzbiecie.
- Eff i co teraz dostanę, ty moja śnieżynko? - pytał rozpromieniony, a ja zaczęłam kasłać z wrażenia.
Uśmiechnęłam się w końcu tylko subtelnie oraz niezdarnie przymknęłam jedno oko. Ten gest nigdy mi nie wychodził, więc co zaraz Elvia zauważyła, wyglądałam przez chwilę jak sparaliżowana.
- Dzięki - rzuciłam tylko w jej kierunku.
Zaczęliśmy zbierać się do stajni, ponieważ większa część naszej wesołej gromadki zaczęła narzekać na brak czucia w różnych kończynach. Gdyby to ode mnie zależało, mogliby im je i amutować, jednakże El nie dała za wygraną. Wracaliśmy, rozstępowując konie, które były już mocno zgrzane pod derkami. Wszyscy chcieliśmy w końcu zjeść.
Gdy znaleźliśmy się w stajni, po rozsiodłaniu sprzęt leżał dosłownie wszędzie. Co chwilę, ktoś lądował twarzą w śniegu lub, co gorsza, na betonie. Porozwieszaliśmy większość rzeczy nad grzejnikami, a nie mieszczącą się resztę, rzuciliśmy na kupkę pt.: 'Do rozwieszenia w domu'. Wcześniej jednak przyniosłam różowy opłatek, którym Connor oraz Will zachwycali się z szeroko otwartymi ustami. El ładnie im te buzie pozamykała, zabrała przedmiot kultu, a następnie rozdała wszystkim.
Jeśli nigdy nie słyszeliście życzeń składanych koniom i myślcie, że jest to dość klasyczne, coś z cyklu: zdrowia, szczęścia, pomyślności; nie macie pojęcia, jak bardzo się mylicie.
- Więc żebyś była taka gruba, jak mówi Effi - zaczęła Elvia przy Let's Kill Tonight.
- Nigdy nie straciła ognia w tych czarnych, smolistych nogach - Kyle nie miał pojęcia jak się za to zabrać przy Czarnej.
- Żebyśmy razem pokonali najwyższe przeszkody tego świata - cicho wyszeptał Connor do Crooked Young.
- I nigdy przenigdy nie przestał być moim dużym Dzieciakiem - Will śmiał się z ruchliwego Moon Childa.
- A ja ci życzę, żebyś dalej była po prostu tak piękna jak jesteś - Danielle szeroko uśmiechnęła się do Cephee.
- Żebyś w końcu pomógł mi z tym okropnym Philliem - Dan głaskał jedną ręką po łbie Resurrected Sun, a drugą obejmował czule Philla, który zdecydowanie uścisk odwzajemniał.
- I ta banda idiotów, kochanych idiotów była z nami wiecznie - przytuliłam mocno Herbatkę.
Dwanaście koni raczej nie najdło się dziewięcioma kawałkami opłatka, dlatego też wróciliśmy do domu dopiero po nakarmieniu naszych podpiecznych. Czekała już na nas tam gorąca czekolada przygotowana przez ledwo ruszjących się Philla, Troye'a oraz troszczącej się o nich Danielle. Gdzieś w międzyczasie zmieniliśmy bryczesy na ciepłe spodnie i pachnące swetry, koszule czy też koszulki pokryte kardiganami. Brakowało tylko spódnic oraz sukienek, jednakże żadna z nas nie ryzykowała odmrożenia nóg przy tak częstych wypadach na dwór.
Pianki smakowicie roztapiały się w gorącym napoju, gdy każdy próbował znaleźć sobie miejsce jak najbliżej ciepłego ognia kominka. Nie wszystkim się to udało, ponieważ Troye nie był w stanie wywalczyć czegokolwiek. Poddał się więc, rozkładając się wygodnie w fotelu.
- Chyba czas na opłatek dla nas - zwróciłam się do całej gromady ludzi, okupujących dywan.
- A on też będzie różowy? - Will podniósł rękę jak w przedszkolu, jednakże tak samo szybko wyrwał się z pytaniem.
Druga ręka w górze należała do Troye'a.
- Muszę wstawać? - zajęczał z bólu niemalże.
Zostawiliśmy go więc w fotelu, gdzie wszyscy słodko przykucali, by być z nim na równym poziomie lub siadali mu na kolanach. Reszta dzieliła się opłatkiem niemniej czule niż z końmi i nadal tak samo wylewnie. Każdy został przytulny co najmniej dziewięć razy, zasypany masą komplementów, która powinna wystarczyć im na cały przyszły rok, a przynajmniej ja tak podsumowałam całą tą krzątaninę. Ku radości zebranych, gdy ostatnie uściski zostały wymienione, zaczęliśmy jeść. Osobiście zabrałam się za przepyszne pierogi z kapustą i grzybami, szukając schowanego, według starej tradycji moich dziadków, pieniążka, chociaż w końcu to Dan go znalazł. Równie szybko ubywało barszczu czerwonego, pieczonego karpia czy makaronu z makiem, przez co kilka razy donosiliśmy jedzenie z kuchni.
Mimo iż każdy był objedzony po uszy, na ciasta również znalazło się miejsce. Tu zagościły różne specjały od zbijającego furorę brownie z piankami Elvii, poprzez ciasto cytrynowe, szarlotkę, makowiec, sernik z czekoladą, a kończąc na babce karmelowej, babeczkach o przeróżnych nadzieniach, tiramisu oraz tartaletkach.
Nie mam pojęcia jak szybko zniknęła większość wypieków, ale możecie być pewni, że szybciej niż się tego spodziewałam. Siedzieliśmy tak jeszcze długo rozmawiając nie tylko o koniach, ale również naszych sukcesach w tym roku, porażkach i milion razy śmiejąc się z teraz zabawnych sytuacji, chociaż wtedy byliśmy blisko płaczu. Chcieliśmy dokładnie wykorzystać powiedzenie: 'Kiedyś będziesz się z tego śmiał', jak co roku.
Rozpoczęliśmy Wigilię z kubkami gorącej czekolady, a skończyliśmy z kieliszkami wina, po których towarzystwo powoli zaczęło odpadać, gdy nastał już raczej wczesny ranek niż późna noc. Nie łudziłam się, że wstanę przed jedenastą, szczerze mówiąc. Mimo to ostatnich gości w końcu odesłałam do łóżek. Chyba już normą było, że Phillip spał razem z Danem w pokoju gościnnym białym; Connor, Troye oraz Dan w hebanowym, moi chłopcy zajmowali własne, a Elvia wpychała się do mnie.
Blondynka rozgadała się w odezwie do alkoholu we krwi, kiedy po prostu słuchałam jej tak przytulona. Mogłabyśmy rozmawiać godzinami, jednakże głupia odpowiedzialność zazwyczaj nam na to nie pozwalała, obie na to klnęłyśmy od czasów pierwszej pracy przy koniach. Nigdy przecież nie mogłam zapomnieć jak kładłyśmy się o północy, by wstać o czwartej, a następnie półprzytomne zajmowałyśmy się stajniami pełnymi żywych czterokopytnych zwierząt. W końcu obie zasnęłyśmy, powtarzając wcześniej tysiąc razy 'Branoc' czy życząc sobie pięknych lub na złość mniej pięknych snów.
Gdy się obudziłam Elvia leżał dosłownie na mnie, zabierając mi moją kołdrę, mimo że miała jeszcze swoją oraz wolną całą połowę łóżka. Zaśmiałam się cichutko, po czym zaczęłam zdejmować z siebie jej ręce i nogi. Kiedy już mi się to udało popędziłam do łazienki obok, wzielam gorący prysznic, a także po prostu ogarnęłam się i ubrałam, wyjmując z szafy ciepły jasnoróżowy sweter wraz z kremowymi spodniami. Oczywiście obowiązkowo założyłam grube skarpety, które kiedyś dostałam od Elvii. Żyła w przeświadczeniu, że koniecznie ich potrzebuję. Gdy kończyłam obudziła się, otwierając jedno oko. Wymruczała pod nosem coś, czego nawet nie zrozumiałam, po czym znowu wtopiła głowę w poduszkę.
- Tobie też dzień dobry - odsłoniłam koronkowe zasłony tuż przy łóżku.
Słońce było już wysoko, a widok rozciągał się dokładnie na stajnie oraz wielkie przestrzenie za nią. Moi blondyni biegali rzucając do siebie śnieżkami. Kyle zatrzymał się na chwilę spojrzał w górę, a zaraz potem obok mnie stanęła nieogarnięta Elvia. Gdyby nie burza włosów dosłownie wszędzie, wcale nie byłoby tak źle. Kyle otworzył szerzej oczy, kiedy dziewczyna machała mu z uśmiechem.
- Okey, idź się umyj, a potem budź resztę, ponieważ czas na prezenty - podniosłam ręce do góry, po czym blondynka objęła mnie
Wyszeptała mi tylko do ucha:
- I naleśniki.
Zrobiłam więc masę naleśników, by wykarmić całą zgraję, która najedzona rozłożyła się znowu w salonie, czekając na prezenty. Było ich mnóstwo i jeszcze więcej. Nie każdy dostawał coś oddzielnie od każdego, czasem składaliśmy się na coś lepszego. Wydawało mi się, że wszyscy byli wyjątkowo szczęśliwi nie przez same podarunki, lecz atmosferę która się wytworzyła. Okazało się, że właściwie poranek nie jest już porankiem, ponieważ było dobrze po czternastej. Mimo to nikomu nigdzie się nie śpieszyło, ponieważ cała załoga Homestead miała wyjechać dopiero za dwa lub trzy dni.
Było wspaniale. Lepszych świąt nie mogłam sobie wymarzyć.
czwartek, 1 stycznia 2015
Christmas Time : part two
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz