niedziela, 21 września 2014

010. trening

konie: Moon Child, On Top of The World, Niezapomniany, American Colony
jeźdźcy: Phillip Lloyd, Kyle Jenkins, William Allen, Effie Collins

Została godzina do południa. Powietrze wydawało się drgać pod naporem promieni słonecznych, a przeszczęśliwa Elvia biegła w moim kierunku. Wskoczyła w moje otwarte ramiona, jednocześnie skazując mnie na upadek na dupkę.
- Wiesz, mogłaś wybrać sobie przynajmniej inne miejsce. Teraz masz całe ręce w gównie - przytrzymałam ją na wyciągniętych rękach, gdy chciała mnie dotknąć, charakterystycznie się śmiejąc.
- Oj już dałabyś się przytulić. Przecież nie będziesz mnie widziała kolejne całe dwa tygodnie!
- I wcale się nie stęsknię - mruknęłam.
Bardzo dobrze wyczuła sarkazm, a także wiedziała, iż na pewno będzie inaczej. Mogłam się założyć, że po godzinie będzie dzwonić. Podróż z Ameryki do UK była wyczerpująca, jednakże zawody z jej drugiej strony musiały być jeszcze gorsze.
Elvia zjawiła się u nas z przyczepą koni o zmęczonych spojrzeniach i dwóch nowych wyścigowcach. Jedną karą derbistką i drugim gniadym dwulatkiem. Oba folbluty były wykończone lotem tak samo jak reszta koni, dlatego też dziewczyna postanowiła zapełnić nasze puste boksy przez tydzień. Nie mogę ukryć, że z powodu zwykłego braku miejsca, konie zapełniły stajnię Toru Cheltenham ponad kilometr dalej. Chodzenie tam codziennie po trzydzieści razy było o tyle denerwujące, iż odetchnęłam z ulgą pod koniec tygodnia. Dzisiaj mieli wyjeżdżać. Elvia nie towarzyszyła nam w treningu koni, zajęta resztą podopiecznych i doprowadzaniem ich do porządku. W końcu czekały wszystkich jeszcze długie godziny w koniowozie.
Tym razem uprosiłam, by poszła z nami na tor. Trzeci dzień derbowego treningu zaplanowany był na efektywne galopy, a jej klaczka wydawała się gotowa na przyjęcie mocniejszego chodu.
Czwórka przyjaciół otoczyła mnie zwartym kółeczkiem z wlepionymi, łakomymi spojrzeniami. Czekali na rozdanie koni. Może poza Elvią. Dziewczyna delikatnie mówiąc bała się nie tyle chorych charakterów, co siły wyścigowców. Niewyćwiczone rączki mogły być powodem nieutrzymania konia. Zwyczajnie trzeba liczyć siły na zamiary, dosłownie rzecz biorąc.
- Phil, dostajesz obiecanego Dzieciaka - wydawało mi się, że moi chłopcy popatrzyli na bruneta współczująco, a ten odszedł szczęśliwy - Kyle, bierz Topka, a Willciam Niezapomnianego - wyższy z nich wydął znacząco wargi niezadowolony z araba, po czym ruszył do niego, wlecząc nogami za szatynem.
Oczywiście, że Allen chciałby przejechać się na American, jednakże zdecydowałam sama na nią wsiąść. Chciałam wiedzieć, co dnia następnego będą musieli poprawić chłopcy.
- O co chodziło twojej bandzie narwańców z Dzieciakiem? - zapytała cichutko dziewczyna, stojąca obok mnie.
- Nie poradzi sobie - westchnęłam - my sobie nie radzimy. Chodź ze mną - skierowałam się dumnie w stronę swojej stajni.
Odnowiony stary ryneczek wraz z boksami wychodzącymi z każdej strony był moim oczkiem w głowie, łącznie z jego mieszkańcami. Uwielbiałam każdy jego skrawek i jako niespełniona artystka zadbałam o charakterystyczne płaskorzeźby u góry, na kolumnach, przy zetknięciu z kostką oraz w wielu innych miejscach stajni. Na środku miejsce zapełniała biała, nowiutka maszyna dla koni. Reszta natomiast była do dyspozycji jeźdźców czyli również i pracowników (u nas jedno i to samo).
Niezgodnie ze wszystkimi obyczajami klacze stały po prawej stronie, a ogiery po lewej od wejścia. Niezbyt wiele podopiecznych większość boksów była na razie pusta, jednakże powoli się zapełniały. Przecież mieliśmy powoli się rozwijać.
Poprosiłam Elvię, by przyniosła mi moje siodło treningowe i ukochane ogłowie dla folblutów. Niestety rozmiarowo na arabki było zdecydowanie za duże, dlatego też ukradkiem próbowałam je omijać i wciskać chłopcom.
Sama szybko obtarłam tylko karą klaczkę. Niestety na tak ciemnych koniach każda plama była przekleństwem, a kurz stanowił jeszcze większy problem w stajniach sportowych. Nasza regularność pozwalała utrzymać sierść w stanie idealnym, więc aktualnie ładnie błyszczała się w gorących promieniach słonecznych.
Elvia przyznała, że poznała mój rząd tylko po różowo-kolorowych dodatkach i sama z siebie przyniosła mi nawet niezbędną ścierkę. Darowałam sobie dzisiaj różowy potnik i założyłam tylko miękki pół pad z delikatnej bawełny, gąbeczkę i niebieską ścierkę. Właściwie w dokładnie odwrotnej kolejności. Czarne paski policzkowe nie wyróżniały się ani trochę na ciemnej maści Colony.
Byłam gotowa.
Elvia podsadziła mnie jeszcze w boksie, ponieważ było mi po prostu wygodniej. Wyjątkowo spokojna klacz nie miała problemów z siodłaniem czy czymkolwiek innym na zewnątrz, dlatego też pozwoliłam sobie tym razem na ten zabieg. Dziewczyna obok mnie postanowiła prowadzić swoją wychowankę, więc właściwie rączki miałam wolne. Skracanie się i podciąganie popręgu zajęło mi zdecydowanie za mało czasu, więc resztę pięciu minut spędziłam na poganianiu chłopców. Elvia w końcu poszła popodsadzać reszty kadry, a American nawet nie zamierzała spojrzeć w tamtą stronę. Szczerze powiedziawszy nie lubiłam tej tulącej się kulki, ponieważ pochodziła z teoretycznie dobrych rodowodowo stron, jednakże nie do końca jasnych. Brakowało mi w klaczy tej niezwykłej charyzmy i nieodpowiedzialności. Zwykłego chorego temperamentów. Zdawała się natomiast bardzo solidna. Nie chciałam bawić się batem, więc wiedząc jaka dokładnie jest na torze, poprosiłam Elvię o okulary. Biały kolor w końcu wyraźnie odcinał się na łbie American, ale skutkiem było ponowne pieszczenie konia przez dziewczynę obok.
Wyjęłam bat, po czym lekko uderzyłam klacz po zadzie. Zdezorientowana odskoczyła na bok. Tak, Colony pierwszy raz w życiu się czegoś wystraszyła!
W końcu mój zastęp był gotowy. Pierwszy kasztanowaty On Top of The World, drugi Moon Child, trzeci Niezapomniany i na końcu dopiero ja z American Colony. Nie bardzo chciałam by klacz była ostatnia, jednak aktualnie nie miałam wyjścia. Narażanie Allena było chyba ostatnią rzeczą, o której aktualnie marzyłam.
Chyba pierwszy raz od moich nastu latek widziałam tak dużą ilość ludzi na przejażdżce, idąca z tyłu Elvia jeszcze bardziej potęgowała wrażenie.
- Panowie robimy pełne koło z zakrętem, przy czym od połowy pierwszej prostej mocno poprawiamy. Na początku w swoich dupkach, a potem Allen pojedzie przy Williamie. Wy bierzecie bandę wewnętrzną, a Phill z szalejącym Dzieckiem i spokojną Mars weźmie zewnętrzną. Nie mniej jednak mamy jechać łeb w łeb, żeby nikt mi tutaj nie wyciągnął do przodu.
Chłopcy delikatnie skinęli na potwierdzenie głowami, po czym dorzuciłam jeszcze do Elvii:
- A spróbuj tyko mierzyć czas, to ci ten stoper wsadzę w dupkę - mrugnęłam.
Phil chwilowo wycofał dzieciaka do tyłu, a Niezapomniany pokłusował na swój ukochany front.
*Kyle Jenkins*
Doświadczenie Topka składało się zawsze na poprawny trening, jednak taka ilość koni widocznie go denerwowała. Nasi podopieczni raczej nie lubili ciasnego mieszczenia się na wąskim torze, jednakże podczas wyścigu również zaraz skupiały się na innych zamiast gonitwie. Wyćwiczenie tego u tak zdolnego konia było raczej kwestią kilku treningów z poprawkami. Oczywiście, kasztan potrafił robić typowe dla wyścigowców rzeczy, ale kto by się tym martwił? Weteran pozwalał sobie na mocne tempo i nadal trzymał się raczej w pierwszej trójce na celowniku. Sypki tor tego dnia zdecydowanie wymagał odciążenia łopatek konia, więc gdy tylko równo ruszyliśmy wolniejszym galopem, przeniosłem własny ciężar na zad.
Ogier napierał charakterystycznie na wędziło, jednakże nie wieszał się na nim. Dało się poczuć, że naprawdę wie, co robi. Zresztą wydaje mi się, iż dokładnie tak było. Złożyłem poprawnie ręce w szyję konia i dałem mu lekko galopować. Na takim podłożu Topkowi szło niebywale dobrze. Ogier wolał właśnie tor bardziej elastyczny, a teraz jakby nie zwracał na to nawet uwagi. Cały czas strzygł uszami, mocniej napierając, gdy podjeżdżał do niego bliżej jeszcze nie strudzony Niezapomniany. Kasztan zwyczajnie mnie zadowalał, ponieważ miękko stawiał nogi, nie blokując się, lecz jednocześnie trzymając zad i łopatki wysoko. Dawało to elegancko wyciągnięty chód. Zmniejszyłem mostek, by nie przeszkadzać mu, stukając wędziłem o zęby. Środek sezonu jest dla wszystkich ulubionym czasem, o ile konie złapią w odpowiednim momencie formę. Normalne dla ogiera jest lekkie bujanie się po bokach, dlatego też na razie próbowałem to olewać, jednocześnie przypierając go do wewnętrznej bandy. Topek wygodnie dla mnie podniósł nieco wyżej głowę, oglądając się na boki. Po pierwszym zakręcie wiedział już, o tym, że za dwieście metrów ledwo zmieści się na torze, więc niespokojnie zaczął nieść. Cicho gwizdałem tuż przy jego uchu, by łagodnie wrócił do galopu z rozpoczęcia przejażdżki. Przerabianie go dało podwójny efekt, tak że kasztan znowu szedł lekko i z kroku na krok wyciągał się coraz lepiej.
*William Allen*
Effie chyba się coś pomyliło od tego słońca. Niewielki Niezapomniany cały czas próbował nadganiać ogiera przed nim, jednocześnie podwójnie się męcząc. Nie było to może całkowite spalanie się, jednakże Kyle nadawał własne tempo, które zdecydowanie nie należało do araba. Niespokojny dwulatek cały czas wyrywał mi wodze z rąk i nieładnie wyciągał przy tym szyję. Niezastąpioną pomocą w takich momentach był bat. Uderzenie zebrało siwego, a jednocześnie na chwilę przyprowadziło go do porządku. Młody miał jeszcze rok przed sobą do stosownych treningów, a jednak takie zachowanie było niepodobne nawet do tak młodych arabów. Gwałtowanie rozglądał się po bokach, zastanawiając w które stronę pobiec na trzy i dzięki bogu, nie doliczył się. Szerzej rozłożyłem ręce, kładąc je po obu stronach szyi, jednocześnie zapierając się mocniej nogami. Ogier wściekłby się przecież, gdyby miał iść pierwszy, dlatego też na razie utrzymywałem go na wysokości nogi Jenkinsa. Swoją drogą, chyba bardziej zły nie mógł być. Głośno wypuszczał powietrze przez nos, a oczy świeciły czerwienią, gdy próbował coś wywinąć. Klasyczny kopniak z zadu, przez co lekko wysadził mnie do góry i zaraz następny. Zadziałałem tak samo. Może przez lekko skrócone puśliska oddziaływałem wyżej, ale ból żeber dawał się koniom we znaki.
Jeszcze raz powtórka z rozrywki i koń zaczął nieładnie napierać na wodze. Ciągnął niebywale po rękach, skacząc na zewnątrz toru, gdzie zaraz miały pojawić się konie. Wykręciłem mu mocno głowę w tą samą stronę, po czym przepchnąłem znowu na Topka. Dzięki temu zabiegowi, Niezapomniany nie był w stanie zorientować się jak blisko drugiego konia biegnie i ładnie dał się przeprowadzić.
Przeczekaliśmy dość spokojnie chwilę, a następnie musiałem mocno przypilnować ogiera. W końcu z prawej strony zbliżała się pozostała dwójka.
*Phillip Lloyd*
Moon Child był jedną wielką porażką dnia dzisiejszego. Ogromny, ciężki ogier powyrywał mi do połowy prostej już chyba wszystkie mięśnie, a jeszcze ponad tysiąc dwieście metrów było przed nami. Nigdy więcej. Skupiona Effie z niezwykłą podzielnością uwagi, co chwilę na mnie wrzeszczała, rzeczywiście dając trafne wskazówki. Bat był dla ogiera błahostką i miał go zwyczajnie gdzieś. Jeden z moich sposobów więc odpadał.
Eff pokazała mi jak skutecznie zablokować ogiera przed samym poprawieniem. Skupiony już bardziej na prędkości, przestałem przejmować się chwilowymi przejawami końskiego ADHD i martwiłem tylko, w jaki sposób zmieszczę się na tak wąskim torze. Gdy tylko złożyłem poprawnie rączki i odciążyłem łopatki konia, ten zrozumiał, o co mi chodzi. Luźne wodze dawały mu dużo więcej swobody, więc Dzieciak ładnie się wyciągnął. Dopiero w galopie mimo rozhuśtania, nie próbował nic zrobić. Jednocześnie z American znalazłem się tuż przy reszcie i nasza czwórka zaczęła naprawdę mocny galop. Konie niespokojne przez ścisk, dawały jednak upust całemu stresowi, skupiając się na treningu. Przy takiej prędkości nie ma po prostu czasu, by kombinować.
Najgorszym momentem było wejście i wyjście z zakrętu, ponieważ konie zaczęły niebywale na siebie napierać. Zalany pianą Dzieciak zaczął napierać na Niezapomnianego, a tamten na Topka, tak, że zaraz usłyszeliśmy krzyk Kyle'a, przypartego do bandy. Ogromna masa ciała przygniatała jego nogę na pewno bardzo boleśnie, więc odbiłem tym razem na drugą stronę. Moon podciągnął głowę do góry, charakterystycznie głośno wciągając powietrze i zachłystując się nim. Łeb w takiej pozycji ograniczał ogierowi pole widzenia, przez co ponownie zaczął ciągnąć. Naprał na wędziło i przez chwilę wyszedł do przodu poza szereg. Myślałem, że Effie zaraz mnie zabije, ponieważ jej krzyk był na pewno słyszalny w promieniu kilku kilometrów. Tym razem usiadłem aż w siodle, zapierając się do tyłu i przerzucając cały ciężar ciała na pysk konia. Kolejne niespokojne szamotanie się z wędzidłem. Tym razem pomoc bata okazała się skuteczna jako odwrócenie uwagi ogiera od własnego przodu. Szybko ustawiłem go na prostej, tak, by dalej szedł płynnie do przodu.
*Effie Collins*
American Colony była chyba najgrzeczniejszym koniem z całej czwórki, czym niesamowicie mnie denerwowała. Przez cały czas leniwie ociągała się kentrem, zamiast przejść do porządnego galopu. Szybko obudziłam ją batem, gdyż nie miałam innego wyjścia, a ona raz po raz żywiej się budziła. Klacz zazwyczaj krępowała się przy koniu, który ją wyprzedzał, lecz tym razem dzięki okularom, go nie widziała. Miała przed sobą dwie zgrabne dupki, a w czasie, gdy w końcu poprawiliśmy, biegła już o wiele lepiej.
American miała przede wszystkim ciężki kenter, ale lekki, ociągający galop. Brakowało jej elastyczności przy wybiciu, jednakże tą cechę się dziedziczy i nie możemy nawet na nią wpłynąć. Można to jedynie delikatnie poprawić, by nie rzucało się tak w oczy. Szczerze mówiąc, to bardziej rzucało się w kręgosłup dżokeja, ponieważ twarde uderzenia o podłoże musiały być amortyzowane przez człowieka.
Całym sercem współczułam Phillipowi. Mogło to się odbić nawet na jego zdrowiu. Każdy krok rozpoczynał dreszcz w moim ciele, więc postarałam się wyciągnąć klacz. Oddałam jej wodze i ponownie popędziłam. Cmoknęłam cichutko do jej ucha, tak że nim zastrzygła i lekko się poprawiła. Od zakrętu było już trochę lepiej. Brakowało w galopie klacz widocznie dobrych treningów jako dwulatka, jednakże nie mogłam obwiniać za to nawet Elvii. Klacz kupiona w wieku trzech lat z Winter Mist była nauczona sportowego trybu życia, a teraz Derby były jej największym wyzwaniem.
Po treningu w stajni hodowlanej klaczka nie miała zapału. Późno zaczęła zbyt intensywnie biegać, a teraz w dwa tygodnie ja miałam to poprawić. Westchnęłam cichutko. American nie nadawała się jeszcze do galopów. Źle jej się kojarzyły. Powinna się nimi bawić. Mimo to miała widocznie bardzo dobrą kondycję, ponieważ miarowo nadal oddychała. Trzymała się popędzana na siłę równo z końmi, lecz widocznie jej się to nie podobało.
Można to poznać po ruchach konia, a tym bardziej jego zachowaniu. Pod koniec okrążenia wyciągnęła mocno szyję do przodu, jednocześnie nisko ją niosąc, więc szybciutko skorygowałam znaczący błąd. Oczywiście miała prawo zrobić coś podobnego, ale nie przeszkadzając sobie w galopie. Łeb miał być maksymalnie w linii prostej, a może ciut niżej. Na pewno nie między nogami. Swój dzisiejszy cel osiągnęłam.
Konie równo weszły w miejsce pierwszego wjazdu na tor, gdzie stała zadowolona Elvia, po czym zaczęliśmy stopniowo zwalniać, zatrzymując się w końcu z drugiej strony.
Kara klacz równiutko oddychała, delikatnie spocona, gdy z innych koni piana niemal ściekała strumykami. Wytrzymałościowo American była przygotowana do Gali Derby, co do tego czy wygra, nie miałam pewności. Brak zapału i momentu przyspieszenia na ostatniej prostej, mogło doprowadzić do jej osobistej porażki, dlatego też tak ważny był teraz odpowiedni trening.
Odruchowo popuściłam popręg o dwie dziurki i wyciągnęłam nogi za strzemion. Mój kręgosłup był zbyt obolały na kolejne dziesięć minut w takiej pozycji. Reszta moich koni ciężko oddychała, czyli trening spełnił swoją powinność. Zdecydowanie najbardziej zmęczył się Niezapomniany, ale ten dystans był dla niego zbyt mocny, a jednocześnie biegł przecież z folbutami.
Spokojnie przestępowaliśmy w poprzek toru przez wysoką i gęstą trawę, by ostatecznie znaleźć się przy Elvii, która bardzo chętnie stwierdziła, że chce poprowadzić American. Teoretycznie nie powinna tego robić, lecz raz klaczy nie przeszkodzi. Takie rozpieszczanie również prowadziło do ociągania się na torze. Klaczka zaraz dostała garść zieloniutkiej koniczyny do zjedzenia, po czym za ogierami wyszła spokojnie z toru.
Zawsze po treningu atmosfera powrotu jest dziwna. Albo sypią się zboczone żarty albo nikt nic nie mówi. Tym razem Phill z Willciamem robili konkurs na najbardziej sprośny kawał, więc razem z Elvią śmiałyśmy się przez ich niepoprawność.
Okulary u klaczy spełniły swoją powinność, ponieważ nie rozglądała się na boki w poszukiwaniu konia i znacząco lepiej reagowała na sygnały. W czasie powrotu ściągnęłyśmy jej je, ponieważ dzięki temu zachowywała się lepiej. Nie było mowy o jednym gwałtownym ruchu, ponieważ byłoby to niepodobne do klaczy. Jednak dopiero gdy weszłyśmy przez ozdobną bramę stajni Elvia puściła karą.
Sprawnie zdjęłam cały sprzęt z Colony i rzuciłam, gdzieś z boku, po czym dałam ponownie dziewczynie, by poszła wstawić klacz do maszyny. Podstawowa część treningu mająca na celu rozstępowanie była nieodłączna.
- I jak się spisała?- blondynka szeroko uśmiechnęła się, gdy wróciła.
- Szczerze? - zastanowiłam się chwilę nad odpowiedzią - Jeszcze tak złego treningu dawno nie miałam. Po prostu nie radzę brać ci koni z treningu sportowego - poklepałam dziewczynę po plecach.
Przed nami jeszcze dwa tygodnie ciężkiej pracy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz