konie: Miętowa Herbatka
jeźdźcy: Effie Collins
Czwarta rano była nawet jak na dżokei nieludzką porą. A jednak to właśnie ja stałam przed oknem w mojej sypialni, wpatrując się intensywnie w oświetlony tor. Lekka poświata błyszczała, swobodnie falując w przestrzeni.
Wszystko nagle się pomieszało. Kontuzje mojej najlepszej pary, a także ciche westchnienie przed przyjazdem roczników. Nawet moje życie osobiste wydawało się niebywale skomplikowane, bo przecież od tego jest jesień.
Chwyciłam szybko bryczesy przewieszone przez łóżko, pierwszą lepszą bluzę z futerkiem, po czym włożyłam jeszcze najcieplejsze skarpetki jakie znalazłam w zalewającym pokój mroku. Miękkie jeździeckie oficerki przestawały zadowalać swoim ciepłem, więc gdy tylko wyszłam na dwór naciągnęłam bordową czapkę dwa razy mocniej, a nos schowałam w szaliku. Mróz nie dawał nam spokoju, a konie już wcale nie wychodziły na skromne pastwiska. Te okropnie delikatne stworzenia zaraz łapały każde możliwe przeziębienie. Derki, miliony ciepłych i cieplejszych derek na jakże skromną załogę stajni.
Zapaliłam leniwe światło tuż nad karuzelą i na końcu boksów klaczek, po czym skierowałam się w tamtym kierunku.
Każda z moich pań spokojnie strzygła uszami, wodząc za mną wzrokiem. Miętowa Herbatka. Przyszłość naszej hodowli leżała w jej elastycznych, długich nóżkach. Nie mogła mnie zawieść.
- Pobudka, dzisiaj wcześniej zaczynamy, malutka - przejechałam ręką po jej uroczej odmianie.
Otworzyłam boks, powoli, nadal lekko ospale. W końcu było zbyt rano na cokolwiek. Złożyłam Herbatce fioletowy kantar, po czym przypięłam do pozłacanego łańcuszka, który wisiał w każdym boksie. Powoli zaczęłam odwijać problematyczne nogi kasztanki. Nie, na razie wszystko było w porządku, lecz w tym okresie bardzo baliśmy się o bukszynki u młodych. Okład widocznie dobrze rozłożył maść na nodze konia wraz z glinką. Druga Herbatka wyjrzała ciekawsko z boksu.
- Chowaj się raz dwa, bo przyjdzie jeszcze i do ciebie Kyle - zaczęłam z nią rozmawiać.
Oczywiście, moi chłopcy jeszcze spali przez przynajmniej półtorej godziny, lecz towarzystwo koni sprawiało mi lekką przyjemność. 'Lekką' w tamtym momencie, ponieważ czasami ta potworna praca potrafi wykończyć każdego. Gdy już odwinęłam białe bandaże, chwyciłam worek ze szczotkami, rozsypując je tuż obok siebie. Pierwszeństwo miała ta miękka wraz ze zgrzebłem. Usiadłam na sianie, tuż obok nogi Herbatki. Może nie powinnam, lecz ufałam jej. Miętowa śmiało obwąchiwała wszystkie nowe rzeczy, gdy ja powoli wyczesywałam białą glinkę. Dawno nie widziałam jej tak spokojnej jak wtedy. Że też nie sprawdziłam z zaskoczenia, czy jej nic nie jest. Teraz potrafię się nad tym zastanawiać przez dłuższy czas. Polewanie jej nóg zimną wodą, mogło być karygodne w skutkach, W końcu skończyłam, chociaż wcale mi się nie spieszyło, więc zaczęłam dokładnie czyścić resztę umięśnionego ciała konia, jednocześnie sprawdzając opuszkami palców każdą kość, obtarcia czy opuchnięcia. Długa, zimowa sierść była przyjemnie miękka w dotyku. Przetarłam jeszcze klaczkę na koniec ścierką, by w końcu przynieść swój sprzęt. Wyjątkowo pominęłam dla Herbatki okulary, ponieważ w końcu miała i tak trenować sama, a ja sama wzięłam cięższe siodło. Nie tyle chodziło o dociążanie jej, co własną wygodę. Obowiązkowo przypisany fioletowy pad i jesienna półderka treningowa wraz ze ścierką, gąbką i podkładką dawały prawie zimowy zestaw. Jak zawsze Effie zbierała się od końca, czyli dopiero przed założeniem tranzli zawinęłam na wszystkie cztery nogi polarowe owijki. Bat niepotrzebnie krępowałby ruchy i moje i Herbatki, dlatego zostawiłam go w bezpiecznym miejscu, czyli z dala od własnego charakteru oraz ponoszących emocji. Lekceważąco przymknęłam oczy na kamizelkę, która w Belmont i na każdym publicznym torze była obowiązkowa, po czym zaczęłam zastanawiać się nad tym jak wsiądę na klaczkę. Mała przecież dreptała w miejscu, gdy ktokolwiek próbował cię na nią podsadzić. No cóż, trudno. Przecież nie powinna mnie zabić w boksie.
Otworzyłam szeroko drzwi, po czym wciągnęłam głośno powietrze, tak jak robiła to Elvia w swoim wymyślnym naturalu. Chciałam grać groźną i pewną siebie, chociaż coraz bardziej ekscytująca się Herbatka, lekko mnie przerażała. Włożyłam nogę w strzemię (tak moi drodzy, aż do samego toru się nie skraca nigdy przenigdy), zamknęłam oczy i szybkim ruchem wspięłam się na grzbiet klaczy, która niemal natychmiast wybiegła z boksu. Złapałam stanowczo wodze, przyciągając je do siebie, zamknęłam na nich palce, następnie rozluźniając niefortunną atmosferę. Wyjechałyśmy z dziedzińca w płynnym odgłosie stukotu kopyt o kostkę.
Długo prowadziła nas tylko intuicja i lampy rozmieszone co kolejne dziesięć metrów, oświetlające jednocześnie całą drogę do toru. Nie tylko pomagały mi w dotarciu do niego, ale również panowały nad chwiejnym spokojem wyścigowców. Aktualnie poranne słońce, oświetlało teren Cheltenham dopiero około siódmej, pogłębiając swój zasięg do południa. Klaczka głęboko oddychała, strzygąc na mnie uszami. Niemal przez całą drogę mówiłam do niej dosłownie o wszystkim, a ona z ciekawością słuchała. To śmieszne, ale czasami mam wrażenie, że tylko konie potrafią nam współczuć całym sercem, jednocześnie ciesząc swoją obecnością, ciepłem. Poklepałam Herbatkę po szyi, po czym skierowałam się w stronę wjazdu na tor. Musiałam jeszcze przynajmniej dwieście metrów przekłusować, by dobrze rozgrzać konia. Zadziałałam aktywująco łydką zaraz po wjeździe na piach, oddając lekko dłonie, jednak klaczka z góry zaczęła kentrować. Usiadłam w siodle. Zatrzymałam kasztanowatą piękność, szarpiąc się z nią lekko na wodzy. Młoda dreptała niespokojnie, jednak nadal nie miałam ochoty sprowadzać jej na tor do kłusowania. Dzisiaj w końcu miałyśmy zrobić porządny galop. Może trochę mniej niż bardzo dobry, bo przecież bramki odpadły, ale i tak liczyłam na świetny trening. Ale zajmijmy się kłusem, który ostatnio spędzał mi sen z powiek. Większość koni wyścigowych może i potrafi ładnie się wyciągnąć, lecz samo wejście na tor jest problematyczne. Sztywne i ciężkie w wodzy. Czując, że Herbatka zaczyna podnosić łeb do góry, skorygowałam tak ważny kontakt z pyskiem, jednocześnie dążąc do jej rozluźnienia. Klaczka nadal sama się zbierała, niosąc się niewygodnie. Przynajmniej już nie kentrowała. Usiadłam mocno w siodle, obciążając jej przód, przy czym zdenerwowana zaczęła wyrywać mi wodze z rąk. Zamknęłam dłonie, nie przyciągając ich do siebie, po prostu nie pozwalała Miętowej na wieszanie się, jednocześnie dodając jeden impuls. Na początku mocno się ze mną siłowała, jednak w końcu zrozumiała, o co mi chodzi i wyraźnie wydłużyła krok, przybierając na elastyczności. Zatrzymałam ją, zaraz zadowolona klepiąc ją po szyi. Może dla ludzi jeżdżących w sporcie to żadne osiągnięcie, lecz tu w wyścigach było ogromnym postępem, przynajmniej dla mnie. Obniżało postawę konia, dzięki czemu wspomagało pracę konia właśnie nad galopem.
jeźdźcy: Effie Collins
Czwarta rano była nawet jak na dżokei nieludzką porą. A jednak to właśnie ja stałam przed oknem w mojej sypialni, wpatrując się intensywnie w oświetlony tor. Lekka poświata błyszczała, swobodnie falując w przestrzeni.
Wszystko nagle się pomieszało. Kontuzje mojej najlepszej pary, a także ciche westchnienie przed przyjazdem roczników. Nawet moje życie osobiste wydawało się niebywale skomplikowane, bo przecież od tego jest jesień.
Chwyciłam szybko bryczesy przewieszone przez łóżko, pierwszą lepszą bluzę z futerkiem, po czym włożyłam jeszcze najcieplejsze skarpetki jakie znalazłam w zalewającym pokój mroku. Miękkie jeździeckie oficerki przestawały zadowalać swoim ciepłem, więc gdy tylko wyszłam na dwór naciągnęłam bordową czapkę dwa razy mocniej, a nos schowałam w szaliku. Mróz nie dawał nam spokoju, a konie już wcale nie wychodziły na skromne pastwiska. Te okropnie delikatne stworzenia zaraz łapały każde możliwe przeziębienie. Derki, miliony ciepłych i cieplejszych derek na jakże skromną załogę stajni.
Zapaliłam leniwe światło tuż nad karuzelą i na końcu boksów klaczek, po czym skierowałam się w tamtym kierunku.
Każda z moich pań spokojnie strzygła uszami, wodząc za mną wzrokiem. Miętowa Herbatka. Przyszłość naszej hodowli leżała w jej elastycznych, długich nóżkach. Nie mogła mnie zawieść.
- Pobudka, dzisiaj wcześniej zaczynamy, malutka - przejechałam ręką po jej uroczej odmianie.
Otworzyłam boks, powoli, nadal lekko ospale. W końcu było zbyt rano na cokolwiek. Złożyłam Herbatce fioletowy kantar, po czym przypięłam do pozłacanego łańcuszka, który wisiał w każdym boksie. Powoli zaczęłam odwijać problematyczne nogi kasztanki. Nie, na razie wszystko było w porządku, lecz w tym okresie bardzo baliśmy się o bukszynki u młodych. Okład widocznie dobrze rozłożył maść na nodze konia wraz z glinką. Druga Herbatka wyjrzała ciekawsko z boksu.
- Chowaj się raz dwa, bo przyjdzie jeszcze i do ciebie Kyle - zaczęłam z nią rozmawiać.
Oczywiście, moi chłopcy jeszcze spali przez przynajmniej półtorej godziny, lecz towarzystwo koni sprawiało mi lekką przyjemność. 'Lekką' w tamtym momencie, ponieważ czasami ta potworna praca potrafi wykończyć każdego. Gdy już odwinęłam białe bandaże, chwyciłam worek ze szczotkami, rozsypując je tuż obok siebie. Pierwszeństwo miała ta miękka wraz ze zgrzebłem. Usiadłam na sianie, tuż obok nogi Herbatki. Może nie powinnam, lecz ufałam jej. Miętowa śmiało obwąchiwała wszystkie nowe rzeczy, gdy ja powoli wyczesywałam białą glinkę. Dawno nie widziałam jej tak spokojnej jak wtedy. Że też nie sprawdziłam z zaskoczenia, czy jej nic nie jest. Teraz potrafię się nad tym zastanawiać przez dłuższy czas. Polewanie jej nóg zimną wodą, mogło być karygodne w skutkach, W końcu skończyłam, chociaż wcale mi się nie spieszyło, więc zaczęłam dokładnie czyścić resztę umięśnionego ciała konia, jednocześnie sprawdzając opuszkami palców każdą kość, obtarcia czy opuchnięcia. Długa, zimowa sierść była przyjemnie miękka w dotyku. Przetarłam jeszcze klaczkę na koniec ścierką, by w końcu przynieść swój sprzęt. Wyjątkowo pominęłam dla Herbatki okulary, ponieważ w końcu miała i tak trenować sama, a ja sama wzięłam cięższe siodło. Nie tyle chodziło o dociążanie jej, co własną wygodę. Obowiązkowo przypisany fioletowy pad i jesienna półderka treningowa wraz ze ścierką, gąbką i podkładką dawały prawie zimowy zestaw. Jak zawsze Effie zbierała się od końca, czyli dopiero przed założeniem tranzli zawinęłam na wszystkie cztery nogi polarowe owijki. Bat niepotrzebnie krępowałby ruchy i moje i Herbatki, dlatego zostawiłam go w bezpiecznym miejscu, czyli z dala od własnego charakteru oraz ponoszących emocji. Lekceważąco przymknęłam oczy na kamizelkę, która w Belmont i na każdym publicznym torze była obowiązkowa, po czym zaczęłam zastanawiać się nad tym jak wsiądę na klaczkę. Mała przecież dreptała w miejscu, gdy ktokolwiek próbował cię na nią podsadzić. No cóż, trudno. Przecież nie powinna mnie zabić w boksie.
Otworzyłam szeroko drzwi, po czym wciągnęłam głośno powietrze, tak jak robiła to Elvia w swoim wymyślnym naturalu. Chciałam grać groźną i pewną siebie, chociaż coraz bardziej ekscytująca się Herbatka, lekko mnie przerażała. Włożyłam nogę w strzemię (tak moi drodzy, aż do samego toru się nie skraca nigdy przenigdy), zamknęłam oczy i szybkim ruchem wspięłam się na grzbiet klaczy, która niemal natychmiast wybiegła z boksu. Złapałam stanowczo wodze, przyciągając je do siebie, zamknęłam na nich palce, następnie rozluźniając niefortunną atmosferę. Wyjechałyśmy z dziedzińca w płynnym odgłosie stukotu kopyt o kostkę.
Długo prowadziła nas tylko intuicja i lampy rozmieszone co kolejne dziesięć metrów, oświetlające jednocześnie całą drogę do toru. Nie tylko pomagały mi w dotarciu do niego, ale również panowały nad chwiejnym spokojem wyścigowców. Aktualnie poranne słońce, oświetlało teren Cheltenham dopiero około siódmej, pogłębiając swój zasięg do południa. Klaczka głęboko oddychała, strzygąc na mnie uszami. Niemal przez całą drogę mówiłam do niej dosłownie o wszystkim, a ona z ciekawością słuchała. To śmieszne, ale czasami mam wrażenie, że tylko konie potrafią nam współczuć całym sercem, jednocześnie ciesząc swoją obecnością, ciepłem. Poklepałam Herbatkę po szyi, po czym skierowałam się w stronę wjazdu na tor. Musiałam jeszcze przynajmniej dwieście metrów przekłusować, by dobrze rozgrzać konia. Zadziałałam aktywująco łydką zaraz po wjeździe na piach, oddając lekko dłonie, jednak klaczka z góry zaczęła kentrować. Usiadłam w siodle. Zatrzymałam kasztanowatą piękność, szarpiąc się z nią lekko na wodzy. Młoda dreptała niespokojnie, jednak nadal nie miałam ochoty sprowadzać jej na tor do kłusowania. Dzisiaj w końcu miałyśmy zrobić porządny galop. Może trochę mniej niż bardzo dobry, bo przecież bramki odpadły, ale i tak liczyłam na świetny trening. Ale zajmijmy się kłusem, który ostatnio spędzał mi sen z powiek. Większość koni wyścigowych może i potrafi ładnie się wyciągnąć, lecz samo wejście na tor jest problematyczne. Sztywne i ciężkie w wodzy. Czując, że Herbatka zaczyna podnosić łeb do góry, skorygowałam tak ważny kontakt z pyskiem, jednocześnie dążąc do jej rozluźnienia. Klaczka nadal sama się zbierała, niosąc się niewygodnie. Przynajmniej już nie kentrowała. Usiadłam mocno w siodle, obciążając jej przód, przy czym zdenerwowana zaczęła wyrywać mi wodze z rąk. Zamknęłam dłonie, nie przyciągając ich do siebie, po prostu nie pozwalała Miętowej na wieszanie się, jednocześnie dodając jeden impuls. Na początku mocno się ze mną siłowała, jednak w końcu zrozumiała, o co mi chodzi i wyraźnie wydłużyła krok, przybierając na elastyczności. Zatrzymałam ją, zaraz zadowolona klepiąc ją po szyi. Może dla ludzi jeżdżących w sporcie to żadne osiągnięcie, lecz tu w wyścigach było ogromnym postępem, przynajmniej dla mnie. Obniżało postawę konia, dzięki czemu wspomagało pracę konia właśnie nad galopem.
Złapałam moje kolorowe wodze w jedną rękę i szybciutko podciągnęłam strzemiona dziurkę wyżej niż linia czapraka, odciągnęłam się jeszcze dziurkę, po czym Zatrzymałam klaczkę, która mimo wszystko nadal kręciła się po torze. Jeśli to co opisuję wydaje się być najprostszymi rzeczami na świecie, wierzcie mi, że przy wyścigowcach robi się tysiąc razy trudniejszą sprawą. Ich charakterystyczne podniecenie jest obecne cały czas. Ruszyłam stępem, po dwóch korkach kłusem, by w końcu zakentrować. Zebrałam jeszcze raz wodze na szyi klaczki, przechodząc tym samym do galopu. Na początku wyprostowałam nogi oraz ręce w łokciach, przedłużając jednocześnie samą linię kontaktu z kasztanką. Same dłonie nadal trzymałam tuż nad szyją klaczy. Nie było tu mowy o korygowaniu dosiadem, więc tylko przez wodze i głos mogłam jakkolwiek kierować kasztanką. Weszłyśmy lekko w zakręt, podbierając chwilowo konia, spowolniłam konia, jednocześnie zbierając jego krok. Napięłam nadgarstki, mocno zaciskając palce na wodzy. Miętowa wyraźnie szła na wodzy, ściągając na razie łeb pod siebie. Przerobiłam ją lekko, zmieniając jednocześnie rodzaj naszej pracy. Zwróciła na mnie uwagę, odwracając w moją stronę uszy. Położyła je niżej.
Nadal lekko ją wstrzymywałam i nie tyle, co zwalniałam, lecz zbierałam w najbardziej możliwy sposób. Pod koniec zakrętu uzyskałam uczucie dobrego niesienia się przez Herbatkę, po czym od razu ugięłam mocno nogi, obniżyłam nadgarstki, zebrałam pierwszy raz na prostej wodze i wepchnęłam je w kasztanowatą, lśniącą szyję.
Nadal lekko ją wstrzymywałam i nie tyle, co zwalniałam, lecz zbierałam w najbardziej możliwy sposób. Pod koniec zakrętu uzyskałam uczucie dobrego niesienia się przez Herbatkę, po czym od razu ugięłam mocno nogi, obniżyłam nadgarstki, zebrałam pierwszy raz na prostej wodze i wepchnęłam je w kasztanowatą, lśniącą szyję.
Oddałam wodzę w pysku klaczce, tak by mogła spokojnie obniżyć łeb, przez co miała obniżyć również własną sylwetkę. Oparłam się mocno na nogach, wymagając od niej wyścigowej elastyczności w ruchu, jednocześnie cały czas pilnując równomiernej prędkości. Klacz zaczęła maksymalnie zebrana, lecz przez dodanie kolejnego impulsu, zaczęła kłaść się sylwetką, wyciągając kończyny już od łopatki, poprzez kość ramienną do pęcin włącznie. Każdy kolejny ruch musiał być idealnie płynny, czuły na pomoce jeźdźca, dlatego też pilnowałam czujnie kolejnych kroków klaczki. Poprawiałam nie tylko wyciągnięcie, ale i samą pracę mięśni, poprzez mocniejszy posył bardziej w dół, unikając tego lekkiego, nieznacznego gestu. Cała moja dzisiejsza praca polegała na nadaniu impulsu w galopie. Mocnego chodu, nie tyle na wędzidle, co o wiele niżej.
Wiem, że wszystkie piękne filmy obrazują tylko wiatr we włosach i tą niesamowitą prędkość. Wierzcie mi, że na to nie ma czasu. Trening nie polega tylko na przebiegnięciu całego okrążenia w jak najlepszym czasie. Z wyścigowcami trzeba pracować, poświęcić im mnóstwo uwagi. Ich nie można wysłać na pastwisko z dniem przerwy, każdy dzień przynosił nowe efekty. Przecież to tylko kilka sezonów.
Byłyśmy w połowie prostej. Herbatka w końcu ładnie, nisko opierała się o tor, całą energię rozkładając na całe ciało. Jej przepływ był bardzo ważny. To również musisz potrafić kontrolować. Mocny kontakt na wędzidle i galop w ręce był w końcu więcej niż poprawny. Ostatnie trzysta metrów. Przysunęłam własne ciało do rozgrzanego ciała konia, opierając się o nie bardziej lub mniej wygodnie, po czym płynnie przeszłam do oddania Herbatce swobody w ruchu. To tutaj powinna osiągnąć maksymalną prędkość. Klaczka na początku lekko się zdezorientowała, lecz zaraz potem wypuszczona z ruchem dłoni, zaczęła ładnie galopować. Tym razem już z delikatnością posyłałam nieco wyżej w szyję, a nie w łopatki, przy czym Herbatka coraz szybciej biegła do przodu. Nie kręciła się po torze, szła skupiona przed siebie, ładnie wyciągając krok, opuszczając łeb i zaraz zbierając się maksymalnie w górze. Weszłyśmy w ostatni zakręt, gdzie musiałam nadal mocno pilnować zewnętrznej bandy, ponieważ klacz miała w zwyczaju wyłamywać. Dopiero, gdy w sekundę kilka sekund pokonałyśmy jego połowę w przepięknym stylu, stanęłam w strzemionach, wyciągając się do tyłu. Czas powoli zwolnić do kłusa. Znowu przeszłam na mocny kontakt z klaczką, która niby skupiona zawahała się czy na pewno do końca pozostawić prędkość za sobą. Podniosła wyżej łeb, po czym zaczęła się jeszcze bardziej rozluźniać. To nie tak, że koń podczas galopu tego nie ma, lecz właśnie tu czuje się tą różnicę. Dwa rodzaje tego stanu są zupełnie inne. W chodach nadają elastyczność i ten wymarzony impuls z ruchem, a znowu poza treningiem nagle czujesz jak zmęczone mięśnie zwierzęcia odsapują z ulgą. Dokładnie to samo poczułam w tamtym momencie pod sobą. Dopiero sto pięćdziesiąt metrów dalej usiadłam w siodle, wyciągając nogi z krótkich strzemion. Wciągnęłam głośno powietrze razem z Miętową Herbatką, po czym szybko je wypuściłam. Nam obu było niezwykle gorąco. Śmieszna biała poświata unosiła się nad naszą dwójką wśród oświetlonej przez lampy ciemności. Poklepałam klaczkę po szyi. Kasztanka nie spodziewała się tego i zaraz uciekła od mojej ręki, odskakując w bok.
Zaśmiałam się cicho, spokojnie. Herbatka znowu zaczęła wsłuchiwać się w mój głos, drepcząc w miejscu. Ach, więc jednak nadal ma na to siłę? Ja osobiście byłam lekko wykończona. Wyciągnęłam nogi w dół, po czym mocno przytrzymywałam je przy boku konia, dając kolejne sygnały, jednocześnie zamykając palce na wodzy. Niby wyścigowce nie powinny na to reagować, a jednak moje doświadczenie nauczyło mnie, że nie wiele się różnią poza swoim temperamentem. Prosty ruch do przodu, a klacz w końcu zaczęła iść do przodu stępem z opuszczonym nisko łbem. Trzeba jej pilnować, by nie wpadała na głupie pomysły, ot co. Gdy już wyjechałyśmy z toru całkiem zrezygnowałam z kontaktu i dałam jej po prostu odpocząć, łapiąc za sam supełek na wodzy. Odpuściłam jeszcze o dziurkę popręg. Przetarłam ręką oczy. Dopiero teraz stałam się senna.
Dzielnie dotrwałam aż do stajni, gdzie dopiero się rozkleiłam. Łzy same zamarzały przez okropną temperaturę. Sama nie wiem, dlaczego płakałam. To było silniejsze ode mnie. To właśnie tak odreagowywałam ten stres. Schowałam nos w ukochany bordowy szalik i zeskoczyłam z konia, wjeżdżając na dzieciniec. Nawet nie miałam ochoty na wprowadzanie klaczki do boksu, więc zwinnie założyłam jej gdzieś na środku prześliczny kantar, zdjęłam sprzęt, który wylądował obok tego wyimaginowanego środka stajni, włączyłam maszynę. Musiałam obowiązkowo wyprowadzić jeszcze resztę koni. W końcu czekał je trening. Podeszłam do staroświeckiej lampy, by zobaczyć, która właściwie jest godzina. Piąta trzydzieści. Nie, ta pora nie potrafiła mnie zaskoczyć. Chłopcy powinni już wstać.
Wyjątkowo obolała wlokłam się z powrotem do domu. Rozpalone wszędzie światła raziły swoją jasnością, więc powoli zaczęłam je po kolei gasić, mimo zdziwionych min Kyle'a i Willciama. Mruknęli coś na powitanie, a ja równie niewyraźnie odmruknęłam im o koniach w maszynie. Chciałam tym razem tylko iść spać. Więc od teraz znacie mój lek na bezsenność.
Wiem, że wszystkie piękne filmy obrazują tylko wiatr we włosach i tą niesamowitą prędkość. Wierzcie mi, że na to nie ma czasu. Trening nie polega tylko na przebiegnięciu całego okrążenia w jak najlepszym czasie. Z wyścigowcami trzeba pracować, poświęcić im mnóstwo uwagi. Ich nie można wysłać na pastwisko z dniem przerwy, każdy dzień przynosił nowe efekty. Przecież to tylko kilka sezonów.
Byłyśmy w połowie prostej. Herbatka w końcu ładnie, nisko opierała się o tor, całą energię rozkładając na całe ciało. Jej przepływ był bardzo ważny. To również musisz potrafić kontrolować. Mocny kontakt na wędzidle i galop w ręce był w końcu więcej niż poprawny. Ostatnie trzysta metrów. Przysunęłam własne ciało do rozgrzanego ciała konia, opierając się o nie bardziej lub mniej wygodnie, po czym płynnie przeszłam do oddania Herbatce swobody w ruchu. To tutaj powinna osiągnąć maksymalną prędkość. Klaczka na początku lekko się zdezorientowała, lecz zaraz potem wypuszczona z ruchem dłoni, zaczęła ładnie galopować. Tym razem już z delikatnością posyłałam nieco wyżej w szyję, a nie w łopatki, przy czym Herbatka coraz szybciej biegła do przodu. Nie kręciła się po torze, szła skupiona przed siebie, ładnie wyciągając krok, opuszczając łeb i zaraz zbierając się maksymalnie w górze. Weszłyśmy w ostatni zakręt, gdzie musiałam nadal mocno pilnować zewnętrznej bandy, ponieważ klacz miała w zwyczaju wyłamywać. Dopiero, gdy w sekundę kilka sekund pokonałyśmy jego połowę w przepięknym stylu, stanęłam w strzemionach, wyciągając się do tyłu. Czas powoli zwolnić do kłusa. Znowu przeszłam na mocny kontakt z klaczką, która niby skupiona zawahała się czy na pewno do końca pozostawić prędkość za sobą. Podniosła wyżej łeb, po czym zaczęła się jeszcze bardziej rozluźniać. To nie tak, że koń podczas galopu tego nie ma, lecz właśnie tu czuje się tą różnicę. Dwa rodzaje tego stanu są zupełnie inne. W chodach nadają elastyczność i ten wymarzony impuls z ruchem, a znowu poza treningiem nagle czujesz jak zmęczone mięśnie zwierzęcia odsapują z ulgą. Dokładnie to samo poczułam w tamtym momencie pod sobą. Dopiero sto pięćdziesiąt metrów dalej usiadłam w siodle, wyciągając nogi z krótkich strzemion. Wciągnęłam głośno powietrze razem z Miętową Herbatką, po czym szybko je wypuściłam. Nam obu było niezwykle gorąco. Śmieszna biała poświata unosiła się nad naszą dwójką wśród oświetlonej przez lampy ciemności. Poklepałam klaczkę po szyi. Kasztanka nie spodziewała się tego i zaraz uciekła od mojej ręki, odskakując w bok.
Zaśmiałam się cicho, spokojnie. Herbatka znowu zaczęła wsłuchiwać się w mój głos, drepcząc w miejscu. Ach, więc jednak nadal ma na to siłę? Ja osobiście byłam lekko wykończona. Wyciągnęłam nogi w dół, po czym mocno przytrzymywałam je przy boku konia, dając kolejne sygnały, jednocześnie zamykając palce na wodzy. Niby wyścigowce nie powinny na to reagować, a jednak moje doświadczenie nauczyło mnie, że nie wiele się różnią poza swoim temperamentem. Prosty ruch do przodu, a klacz w końcu zaczęła iść do przodu stępem z opuszczonym nisko łbem. Trzeba jej pilnować, by nie wpadała na głupie pomysły, ot co. Gdy już wyjechałyśmy z toru całkiem zrezygnowałam z kontaktu i dałam jej po prostu odpocząć, łapiąc za sam supełek na wodzy. Odpuściłam jeszcze o dziurkę popręg. Przetarłam ręką oczy. Dopiero teraz stałam się senna.
Dzielnie dotrwałam aż do stajni, gdzie dopiero się rozkleiłam. Łzy same zamarzały przez okropną temperaturę. Sama nie wiem, dlaczego płakałam. To było silniejsze ode mnie. To właśnie tak odreagowywałam ten stres. Schowałam nos w ukochany bordowy szalik i zeskoczyłam z konia, wjeżdżając na dzieciniec. Nawet nie miałam ochoty na wprowadzanie klaczki do boksu, więc zwinnie założyłam jej gdzieś na środku prześliczny kantar, zdjęłam sprzęt, który wylądował obok tego wyimaginowanego środka stajni, włączyłam maszynę. Musiałam obowiązkowo wyprowadzić jeszcze resztę koni. W końcu czekał je trening. Podeszłam do staroświeckiej lampy, by zobaczyć, która właściwie jest godzina. Piąta trzydzieści. Nie, ta pora nie potrafiła mnie zaskoczyć. Chłopcy powinni już wstać.
Wyjątkowo obolała wlokłam się z powrotem do domu. Rozpalone wszędzie światła raziły swoją jasnością, więc powoli zaczęłam je po kolei gasić, mimo zdziwionych min Kyle'a i Willciama. Mruknęli coś na powitanie, a ja równie niewyraźnie odmruknęłam im o koniach w maszynie. Chciałam tym razem tylko iść spać. Więc od teraz znacie mój lek na bezsenność.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz